06.11.2025, 16:31 ✶
Nie lubił się spóźniać, natomiast bycie na czas nie zawsze wchodziło w grę, zwłaszcza ostatnio, gdy wokół działo się coraz więcej nieprzewidywalnych rzeczy. Z dwojga złego, wolał więc wychodzić możliwie jak najwcześniej, pojawiając się jeszcze przed oficjalną godziną spotkania. Tak. Nawet, jeśli wypadała ona niemalże w samym środku wilgotnej londyńskiej nocy.
Poniekąd był przyzwyczajony do konieczności wychodzenia z domu na długo po tym, gdy wielu innych ludzi kładło się spać albo już słodko spało. Nie było to dla niego nic szczególnego, tym bardziej, gdy w grę wchodziło zrobienie czegoś, w co nieświadomie została zamieszana całkiem mu bliska osoba. Jasne, może nie zawsze się dogadywali, ostatnio zaliczyli kilka słabszych momentów, ale nie zamierzał udawać, że nie przejął się uzyskaną informacją. Nie mógł także przekazać jej koledze w innych okolicznościach, czy to listownie, czy w Exmoor. To musiało być tu, musiało być teraz.
Całe szczęście, udało im się zorganizować spotkanie. Przybył na nie niemalże na czas, może pięć minut wcześniej, tak samo spodziewając się, jak i nie spodziewając się, że będzie pierwszy. Benjy nie był aż tak przewidywalny. Nie dla niego. W razie czego był jednak gotów poczekać tak długo jak to było potrzebne. Tak się jednak nie stało.
Ambroise zwolnił kilka kroków przed przyjacielem, nie od razu pewien, co tak właściwie widzi. Jeszcze przed chwilą miał wrażenie, że Fenwick po prostu czeka. Stoi i tyle. Jak zawsze z papierosem w dłoni, w tej swojej pozornie niewzruszonej pozie, za którą bez wątpienia kryło się zbyt wiele myśli, by którakolwiek dała się nazwać spokojną.
Ale coś było nie tak. Coś w sposobie, w jaki Benjy opierał się o mur. W tym, jak głowa opadła mu lekko w bok, a spojrzenie nawet z tej odległości zdawało się być nietypowo przymglone.
Ambroise zwolnił krok, instynktownie prostując plecy i marszcząc czoło. Coś w tej scenie było na tyle nietypowe, że nie zamachał ręką ani nie zwrócił uwagi kolegi na swoją obecność. Po prostu szedł, wpatrując się w sylwetkę, która nagle nie wyglądała już tak znajomo.
Słowa, które padły chwilę później, sprawiły, że wszystko w nim zesztywniało. Głos przyjaciela zabrzmiał dziwnie czysto, niemal uroczyście z tą nienaturalną dykcją, jakiej nigdy wcześniej u niego nie słyszał. Nawet wtedy, gdy jeszcze chodziło do Hogwartu, czasami musząc zachowywać się jak na dobrze wychowanych chłopców przystało.
Każda sylaba opuszczająca usta kumpla była jak ostre przecięcie chłodnego powietrza słowem, wypowiedziane nie do niego, ale do kogoś... ...czegoś?... ...innego. Do nieistniejącej publiki? Benjy sprawiał przy tym wrażenie pustego, jakby był tylko naczyniem, a nie źródłem.
- Co ty - zaczął, lecz nie dokończył.
Poczuł jak włosy na karku stają mu dęba, choć nie rozumiał jeszcze, o co tak właściwie tu chodziło. W tonie przyjaciela nie było nic z człowieka, którego znał. Głos był zimny, wyzuty z emocji.
Na zgliszczach tego świata...
Nie poruszył się, gdy wreszcie stanął bliżej Fenwicka. Jeszcze przez chwilę pozostał w niemal całkowitym bezruchu. Mógłby coś powiedzieć, zadać pytanie, zrobić krok, ale nie zrobił nic. Wpatrywał się w przyjaciela, który stał z rozchylonymi ustami, wyglądając tak, jakby próbował dokończyć zdanie, a może wręcz przeciwnie: posłuchać głosu, który nie należał do niego, tłumiąc go w sobie.
Patrzył jak papieros wypada z drżących palców Benjy'ego i syczy, gasnąc na mokrym bruku. Dopiero wtedy podszedł bliżej, wolno, z ostrożnością kogoś, kto nie jest pewien, czy zbliża się do człowieka, czy do czegoś, co właśnie przestało nim być.
- Hej - głos Ambroisa był cichy, pozbawiony typowej dla niego ironii. - Co to miało być? - Zgniótł niedopałek pod butem, chociaż przecież ten leżał już w kałuży. Był to jednak gest bardziej automatyczny niż przemyślany, może nawet nieco absurdalny, ale z drugiej strony... ...w jakiś sposób mający nadać rzeczywistości pozory porządku.
Poniekąd był przyzwyczajony do konieczności wychodzenia z domu na długo po tym, gdy wielu innych ludzi kładło się spać albo już słodko spało. Nie było to dla niego nic szczególnego, tym bardziej, gdy w grę wchodziło zrobienie czegoś, w co nieświadomie została zamieszana całkiem mu bliska osoba. Jasne, może nie zawsze się dogadywali, ostatnio zaliczyli kilka słabszych momentów, ale nie zamierzał udawać, że nie przejął się uzyskaną informacją. Nie mógł także przekazać jej koledze w innych okolicznościach, czy to listownie, czy w Exmoor. To musiało być tu, musiało być teraz.
Całe szczęście, udało im się zorganizować spotkanie. Przybył na nie niemalże na czas, może pięć minut wcześniej, tak samo spodziewając się, jak i nie spodziewając się, że będzie pierwszy. Benjy nie był aż tak przewidywalny. Nie dla niego. W razie czego był jednak gotów poczekać tak długo jak to było potrzebne. Tak się jednak nie stało.
Ambroise zwolnił kilka kroków przed przyjacielem, nie od razu pewien, co tak właściwie widzi. Jeszcze przed chwilą miał wrażenie, że Fenwick po prostu czeka. Stoi i tyle. Jak zawsze z papierosem w dłoni, w tej swojej pozornie niewzruszonej pozie, za którą bez wątpienia kryło się zbyt wiele myśli, by którakolwiek dała się nazwać spokojną.
Ale coś było nie tak. Coś w sposobie, w jaki Benjy opierał się o mur. W tym, jak głowa opadła mu lekko w bok, a spojrzenie nawet z tej odległości zdawało się być nietypowo przymglone.
Ambroise zwolnił krok, instynktownie prostując plecy i marszcząc czoło. Coś w tej scenie było na tyle nietypowe, że nie zamachał ręką ani nie zwrócił uwagi kolegi na swoją obecność. Po prostu szedł, wpatrując się w sylwetkę, która nagle nie wyglądała już tak znajomo.
Słowa, które padły chwilę później, sprawiły, że wszystko w nim zesztywniało. Głos przyjaciela zabrzmiał dziwnie czysto, niemal uroczyście z tą nienaturalną dykcją, jakiej nigdy wcześniej u niego nie słyszał. Nawet wtedy, gdy jeszcze chodziło do Hogwartu, czasami musząc zachowywać się jak na dobrze wychowanych chłopców przystało.
Każda sylaba opuszczająca usta kumpla była jak ostre przecięcie chłodnego powietrza słowem, wypowiedziane nie do niego, ale do kogoś... ...czegoś?... ...innego. Do nieistniejącej publiki? Benjy sprawiał przy tym wrażenie pustego, jakby był tylko naczyniem, a nie źródłem.
- Co ty - zaczął, lecz nie dokończył.
Poczuł jak włosy na karku stają mu dęba, choć nie rozumiał jeszcze, o co tak właściwie tu chodziło. W tonie przyjaciela nie było nic z człowieka, którego znał. Głos był zimny, wyzuty z emocji.
Na zgliszczach tego świata...
Nie poruszył się, gdy wreszcie stanął bliżej Fenwicka. Jeszcze przez chwilę pozostał w niemal całkowitym bezruchu. Mógłby coś powiedzieć, zadać pytanie, zrobić krok, ale nie zrobił nic. Wpatrywał się w przyjaciela, który stał z rozchylonymi ustami, wyglądając tak, jakby próbował dokończyć zdanie, a może wręcz przeciwnie: posłuchać głosu, który nie należał do niego, tłumiąc go w sobie.
Patrzył jak papieros wypada z drżących palców Benjy'ego i syczy, gasnąc na mokrym bruku. Dopiero wtedy podszedł bliżej, wolno, z ostrożnością kogoś, kto nie jest pewien, czy zbliża się do człowieka, czy do czegoś, co właśnie przestało nim być.
- Hej - głos Ambroisa był cichy, pozbawiony typowej dla niego ironii. - Co to miało być? - Zgniótł niedopałek pod butem, chociaż przecież ten leżał już w kałuży. Był to jednak gest bardziej automatyczny niż przemyślany, może nawet nieco absurdalny, ale z drugiej strony... ...w jakiś sposób mający nadać rzeczywistości pozory porządku.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down