06.11.2025, 18:18 ✶
Nie otrzymał odpowiedzi, ale czy tak naprawdę spodziewał się ją uzyskać? Zwłaszcza tak od razu, zupełnie natychmiast? Po tym wszystkim, co się stało, a co nawet bez głębszej wiedzy istocie problemu było czymś nieludzkim? Złym, parszywym, śmierdzącym czymś gorszym niż pewnie mógłby się spodziewać? Nawet jeśli w powietrzu nie unosił się ten konkretny swąd, Ambroisowi już z daleka śmierdziało to czarną magią. Mroczniejszą niż ta, którą znał. Bardziej...
...wszechwładną.
Bezwiednie sięgnął po różdżkę, nie odwracając przy tym wzroku od Benjy'ego. Przyjaciel wciąż stał zawieszony w pół ruchu, z oczami wbitymi gdzieś ponad jego ramieniem. To nie wyglądało dobrze, naprawdę nie wyglądało. Cokolwiek miało teraz miejsce, było nienaturalne.
Ambroise przestąpił krok, próbując złapać wzrok towarzysza. Jednocześnie dyskretnie machnął różdżką, tuż przy swoim biodrze, starając się dowieść lub zaprzeczyć obecności kogoś trzeciego. Nic się nie stało. Nie wyglądało na to, aby ktoś im towarzyszył, a przynajmniej nie z bliska, więc ponownie wsunął ją do rękawa, bezwiednie chrząkając.
- Słyszałem to - powiedział powoli, uważnie ważąc każde słowo. - Całe - chyba po prostu potrzebował powiedzieć to na głos, nadać znaczenie zarówno swoim słowom, jak i reakcji.
Bo wciąż tu był, prawda? Nie odszedł, nie odsunął się. Wręcz przeciwnie, stanął bliżej, bo czymkolwiek to było, skoro padło między nimi, byli w tym razem.
Milczenie. Jedyną odpowiedzią była ta sama przejmująca cisza, co wcześniej. Ambroise uniósł dłoń, jakby chciał dotknąć Benjy'ego, ale zawahał się w połowie ruchu. Zamiast tego przesunął palcami po wewnętrznej stronie płaszcza, ponownie odnajdując różdżkę. Nie dlatego, że chciał jej użyć, raczej dlatego, że czuł się cholernie nieswojo. Kolejny raz nie miał pojęcia, co powinien zrobić. Nienawidził tego uczucia.
- Dobra, spokojnie - wymruczał, tym razem ciszej, prawie tak, jakby mówił do kogoś śpiącego. - Oddychaj - z trudem wydusił z siebie to słowo, bo sam czuł, że powietrze staje się cięższe.
Krople deszczu zaczynały gęstnieć, tworząc delikatną zasłonę między nimi a resztą świata. Zerknął w stronę parku, w ciemność po drugiej stronie ulicy. Żadnego ruchu, żadnych cieni. Tylko zwykła londyńska noc z jej nieustannym szumem, który jednak dziś brzmiał niepokojąco cicho.
...wszechwładną.
Bezwiednie sięgnął po różdżkę, nie odwracając przy tym wzroku od Benjy'ego. Przyjaciel wciąż stał zawieszony w pół ruchu, z oczami wbitymi gdzieś ponad jego ramieniem. To nie wyglądało dobrze, naprawdę nie wyglądało. Cokolwiek miało teraz miejsce, było nienaturalne.
Ambroise przestąpił krok, próbując złapać wzrok towarzysza. Jednocześnie dyskretnie machnął różdżką, tuż przy swoim biodrze, starając się dowieść lub zaprzeczyć obecności kogoś trzeciego. Nic się nie stało. Nie wyglądało na to, aby ktoś im towarzyszył, a przynajmniej nie z bliska, więc ponownie wsunął ją do rękawa, bezwiednie chrząkając.
- Słyszałem to - powiedział powoli, uważnie ważąc każde słowo. - Całe - chyba po prostu potrzebował powiedzieć to na głos, nadać znaczenie zarówno swoim słowom, jak i reakcji.
Bo wciąż tu był, prawda? Nie odszedł, nie odsunął się. Wręcz przeciwnie, stanął bliżej, bo czymkolwiek to było, skoro padło między nimi, byli w tym razem.
Milczenie. Jedyną odpowiedzią była ta sama przejmująca cisza, co wcześniej. Ambroise uniósł dłoń, jakby chciał dotknąć Benjy'ego, ale zawahał się w połowie ruchu. Zamiast tego przesunął palcami po wewnętrznej stronie płaszcza, ponownie odnajdując różdżkę. Nie dlatego, że chciał jej użyć, raczej dlatego, że czuł się cholernie nieswojo. Kolejny raz nie miał pojęcia, co powinien zrobić. Nienawidził tego uczucia.
- Dobra, spokojnie - wymruczał, tym razem ciszej, prawie tak, jakby mówił do kogoś śpiącego. - Oddychaj - z trudem wydusił z siebie to słowo, bo sam czuł, że powietrze staje się cięższe.
Krople deszczu zaczynały gęstnieć, tworząc delikatną zasłonę między nimi a resztą świata. Zerknął w stronę parku, w ciemność po drugiej stronie ulicy. Żadnego ruchu, żadnych cieni. Tylko zwykła londyńska noc z jej nieustannym szumem, który jednak dziś brzmiał niepokojąco cicho.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down