– To chyba w ogóle rzadkość, żeby poltergeisty nie gnieździły się w zamkniętej przestrzeni, jak na przykład szkoła czy dom, a latały sobie i szalały na zewnątrz – a przynajmniej Victoria to właśnie pamiętała z książek i ogólnie ze szkoły oraz doświadczenia. Nie przypominała sobie żeby taki Irytek latał po błoniach Hogwartu i tam robił te swoje kawały, zawsze zaczajał się na biednych uczniów wyskakując z jakiejś zbroi, obrazu albo przez zamknięte drzwi klasy, którą właśnie zdemolował. Ten latający po magicznych dzielnicach ją zastanawiał, ale nie na tyle, żeby jakoś mocno zawracać sobie nim głowę… głównie dlatego, że miała inne problemy no i złapanie takiego gagatka to nie była taka prosta sprawa. Poza tym, wedle tego, co mówił Berht, egzorcyzm był w pełni skuteczny dopiero, gdy pozbyło się ducha w ogniach Samhain, a to jak na złość było tylko raz w roku.
– Nie jestem pewna… Poltergeista chyba faktycznie nie słyszały, a poza tym oba były wtedy tutaj nowe i jakieś dziwne odruchy zrzucałam na to, że jeszcze nie przywykły, więc nie zwróciłam większej uwagi – stwierdziła z zastanowieniem i aż przymrużyła oczy wysilając pamięć. – A teraz… Trochę za mało jestem w domu, żeby mieć pełne dane – mogłaby zapytać Prim, albo Sauriela, może coś zauważyli. Może widzieli też zachowanie kotów, a może było jakieś jeszcze inne wyjaśnienie? – Może… Nie wykluczam niczego – mruknęła, a klątwołamacz był taką ostatecznością. Nie chciała tu jakiegoś ściągać, jeśli nie było takiej potrzeby, bo wiedziała, że maja teraz ręce pełne roboty, a tutaj nikt się nie skarżył ani na naglą bezsenność (ona i Prim cierpiały na nią już od dawna), ani na żadne odciski dłoni, duszenie, czy inne dziwne rzeczy. Tylko te niepokojące hałasy… Wybudzały czasami Victorię, to fakt. I w dzień, jeśli akurat była w domu, też wprawiały ją w konsternację.
– Dziękuję, Strzałko – zwróciła się do skrzatki i uśmiechnęła do niej. Ta skrzatka zawsze była nieśmiała i jąkała się chyba od zawsze, a swoje obowiązki wykonywała dobrze, zaś Victoria była bardzo daleka od karania skrzatów czy ogólnie do bycia nerwową. – Możesz wrócić do tego, co robiłaś – Victoria nawet nie była pewna, czym dokładnie się teraz zajmowała, czy sobie po prostu odpoczywała, czy chciała się przejść, czy co – zresztą nie zamierzała się w to mieszać. Skrzatka ukłoniła się i zniknęła z trzaskiem, a Victoria westchnęła. Nie ze względu na Strzałkę, a na hałasy z piwnicy.
– Kotki w piwnicy pewnie teraz śpią – odparła i uśmiechnęła się, myśląc sobie, że jeżeli w ogóle Sauriel tu teraz był, no to zapewne spał. A one zamierzały sprawdzić piwnicę, więc…
Wyciągnęła też swoją różdżkę i skierowała się do schodów, planując zejść nimi z samej góry na sam dół, na wszelki wypadek popukać jeszcze po drodze gdzieniegdzie w ścianę na klatce schodowej. Koty, które zostały w salonie, zorientowały się zresztą, że coś się dzieje i przynajmniej mała Luna zerwała się z miejsca i pognała po schodach za Brenną i Victorią, gdy te przechodziły przez pierwsze piętro, aż do piwnicy.
– No dobra… – mruknęła, gdy znalazły się w korytarzu, w którym kończyły się schody i gdzie znajdowały się trzy pary drzwi. Nic tam zresztą nie było ponad to, nawet obrazów, bo Victoria nie miała czasu żadnego tutaj kupić i powiesić. Stała sobie tylko w kącie wielka monstera w donicy no i był jeszcze rzeźbiony stolik z szufladą, na którym nic nie stało. Poza tym pustka. – Sprawdzamy najpierw stolik? Czy ściany… – bo w stoliku faktycznie mógł się schować bogin. I jak na złość nic teraz nie stukało. Popatrzyła uważnie na Brennę, a potem na kicię, która przyszła tu za nimi, bardzo ciekawa tego, co się właśnie dzieje i skąd ten cały ambaras.