– Cóż… – zaczęła, przeciągając odrobinę to słowo, bo powróciła pamięcią do swoich rozmyślań sprzed miesięcy. Rozmawiała na ten temat z Atreusem: że gdy byli w limbo, Voldemort nie był sam, była z nim trójka jego przydupasów, z czego tylko jeden zachowywał się tak, jakby był świadomy. Pozostała dwójka… Kręciła się tam bezmyślnie. Wtedy Victoria wysnuła teorię, że może ta dwójka postradała zmysły? A co, jeśli ten stan się utrzymał? Że może powinni poszukać, kto przestał przychodzić do pracy? Nie byłby to oczywiście żaden dowód niczego, ale… – Może był w limbo i zabrał stamtąd coś więcej, w trochę inny sposób niż… ja? – podsunęła, patrząc uważnie na Brennę. Była pewna, że Mavelle podzieliła się ze swoją kuzynką wszystkimi szczegółami tego, co tam zastali. – Była tam dwójka takich, których ta wycieczka chyba przerosła, bo nie kontaktowali. Ale może pojechał krajoznawczo do Afryki i tam go coś opętało i stąd to umiłowanie do afrykańskich bębnów i tańców godowych – możliwości było tutaj wiele tak naprawdę. Wszystkie równie absurdalne, co prawdopodobne.
– Wierz mi, ja też – dlatego opanowała oklumencję: by bronić się przed tym wpływem z zewnątrz, by nikt nie mógł mieszać jej w głowie. Rzeczywistość zweryfikowała ją jednak w tym roku bardzo boleśnie, bo okazywało się, że mogła sobie tę umiejętność wsadzić w… gdzieś. – Niestety nawet oklumencja nie jest wszechmocna – bywała wręcz irytująco bezużyteczna, a przynajmniej dokładniej tak Tori czuła się w tym roku, zaczynając od Beltane i rzeczy, których nie powinna widzieć w ogniu, przez wspomnienia, które do niej nie należały, a łączyły się z jej własnymi, poprzez obrazy przeszłości na Perle Morza, czy emocjach, które nie były jej w Windermere. A nie wiedziała nawet o tym, że straciła jakieś wspomnienia, bo spojrzała w ogień. – Musiałabyś chyba kupić więcej takich domów, żeby poszkodowani mieli miejsce – westchnęła, bo czy jeden dom mógł być wystarczający? Ilość miejsc w takim domu była niestety ograniczona. I na jak długo byłby tymczasowy? – Pod latarnią jest najciemniej, jak to mówią – dodała, dopasowując się do tego cichego głosu Brenny. Może właśnie tam, gdzie to najbardziej oczywiste, bo to pierwsza rzecz, jaką się odrzuci. Sama jednak o tym nie myślała, na pierwszym miejscu stawiając swoją rodzinę i bliskich znajomych, a następnie pracę, w której robiła kolosalne nadgodziny.
– Tak, słyszę to co jakiś czas. Ale nie umiem powiedzieć kiedy to było po raz pierwszy… Chyba to wtedy zignorowałam. Wiesz, że może ktoś stuka, bo remontują i to się po prostu niesie i tak dalej… – mruknęła i uniosła spojrzenie, próbując wysilić pamięć. – Możliwe, że doszedł do takiego samego wniosku. Albo akurat faktycznie nic nie słyszał? – naprawdę nie wiedziała. Nie wątpiła, że gdyby hałasy pochodziły z tego jego pokoju, to zrobiłby z tym porządek. I nie podejrzewała go też o to, żeby miał je generować, no bo po co? Fakt, że miała tutaj do czynienia z poltergeistem, bardzo grała na korzyść Sauriela, o którym mogła powiedzieć wiele, ale nie to, by złośliwie chciał uprzykrzać im wszystkim życie. Na ile go poznała, to lubił spokój i żeby nie zawracano mu za bardzo głowy, o ile to nie jest konieczne. No i koty go uwielbiały. Zaś co się tyczyło ich relacji… Ta była skomplikowana i w żadnej mierze nieokreślona, natomiast oczywiste było to, że nie byli sobie obojętni. –Dziewczyny się nie skarżyły… Może nie chciały mi zawracać głowy – dodała, myśląc sobie o Strzałce, która najpewniej sądziła, że to ktoś z domowników i nie chciała się narażać. – Teraz myślę sobie, że to dodawanie sobie teorii, to była straszna głupota – i ewidentny mechanizm obronny mózgu, który wygodnie zapomniał o tym, że ten dom został wyciszony od hałasów z zewnątrz, ale też dźwięki stąd nie przedostawały się poza mury mieszkania.
Szuflada ziała pustką – i było to tak do przewidzenia, jak i generowało kolejne pytania, bo w takim razie skoro nie bogin w biurku, to…
Victoria przez moment patrzyła na Lunę, która właśnie uniosła łapkę, by zacząć ją sobie lizać i myć, i miała takie poczucie, że coś tutaj jest nie do końca w porządku. Umysł usilnie próbował to ignorować, bo wszystko jest przecież w porządku, wszystko jest normalnie, wszystko jest…
Ciemnowłosa przekrzywiła głowę i zmarszczyła brwi, dostrzegając najpierw linię nie pasującą do reszty, później kolor.
– Brenn – wydusiła z siebie w końcu, kiedy dotarło do niej na co patrzy, a duże oczy Viki zrobiły się jeszcze większe. – Bren, tu coś jest, patrz – kucnęła nawet i pogładziła Lunę, psując całą jej pracę w myciu się, po czym delikatnie ją przesunęła, zmuszając żeby zlazła z czegoś, co musiało być klapą w podłodze. – Przysięgam ci, że tego tu wcześniej nie było – przejechała palcem po łączeniu klapy z podłogą, teraz ewidentnie odcinające się jedno od drugiego. Było tam, czuła to pod palcami.