11.11.2025, 16:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.11.2025, 16:20 przez Aaron Andrew Moody.)
Do gabinetu Lorien Mulciber przyszedł, aby ująć z barków sędziny trosk. Zdeklarować się, że przyjmie na swoje ciężar prowadzenia śledztwa w sprawie Koroleva, przedstawić plan na jego przydybanie... Nie spodziewał się, że przyjdzie mu wyjść stąd cięższym o dwa papierowe dementorki. Umościły się w kieszeniach marynarki Aarona, jak gdyby miały się za parę goryli z jego obstawy: jeden po prawej, drugi po lewej.
Gdyby tak łatwo mógł zrównoważyć ciężar na swej piersi.
Nie spodziewał się bowiem, jak ciężkim stanie się jego serce w miarę jak kontynuowali z pozoru zwykłą rozmowę.
"Człowiekiem jest ten, kto nie zatracił na mocy klątw tożsamości i zdolności do samostanowienia, rozumowania i tworzenia więzi społecznych"... Tak, znał te przepisy. Znał je aż za dobrze. Jego własny syn, obłożony był klątwą wilkołactwa, o czym Lorien wiedzieć nie mogła. A Aaron... Aaron wciąż to przeżywał. Przeżywał każdego dnia, że musiało to spaść właśnie na Alastora. Przecież wszyscy wiedzieli, że wilkołaki traktowane były jako obywatele gorszego sortu. Z pogardą i społeczną stygmatyzacją w stosunku do ich społeczności stykał się na porządku dziennym. "Wilkołaki nie są już ludźmi", słyszał nie raz, nie dwa, Aaron, "wilkołaki są potworami". Niczego nienawidził tak bardzo, jak myśli, że byle kto mógł odmówić jego synowi godności człowieka. Kwestionować człowieczeństwo, które Alastorowi było przyrodzonym. Jakże straszliwie zaczynały mu wówczas drżeć ręce. Przed oczami widział tylko czerwień, ślepy niemal w swym gniewie, któremu nie mógł dać ujścia. W uszach słyszał szum krwi. Czuł jej smak na przygryzionym języku, bo przecież nie mógł się odezwać. Nie mógł wygrać tej walki, nieważne, jak bardzo by tego nie pragnął. Nie gdy przeciwko niemu stał cały świat.
Gdy sędzina zacytowała tekst ustawy, ręka aurora, dotąd niedbale złożona na oparciu krzesła, zadrgała więc mimowolnie. Zdołał się, rzecz jasna, opanować, choć jego twarz stężała, jak gdyby bardzo nie spodobało mu się to, co właśnie usłyszał. Zauważył, że podobna konwulsja przebiegła przez twarz sędziny, od której nie oderwał choćby na chwilę spojrzenia. A spojrzenie Aarona, choć poważne, wrogości było pozbawione. Znał przecież wyrok, jaki wydał na nią los zanim jeszcze przyszła na świat. Maledictus, klątwa krwi. Czy więc mówiła o sobie? W przeciwieństwie do Alastora, Lorien nie ukrywała nigdy swej przypadłości. Oczywiście, że mówiła o sobie. Zbyt ciężko było mu nie pomyśleć w tej chwili o swoim synu. Myśli Aarona zawsze przecież uciekały prędzej czy później w stronę jego dzieci... A jednak nie pozwolił sobie na dalsze roztkliwianie się nad bólem, jaki w związku z klątwą syna odczuwał. Jego ból był tylko i wyłącznie jego bólem. Sprawy natury osobistej nie powinny wpływać na trzeźwość jego osądu. Nie powinny zajmować jego myśli w tak ważnej chwili. Nie, w tej chwili najważniejszym było pomóc kobiecie, która o pomoc prosiła. Nie dlatego, że prosiła, a dlatego, że pomoc zwyczajnie jej się należała.
"Gdzie kończy się człowieczeństwo, panie Moody?".
– Pani nie pyta o to, gdzie się kończy – odparł poważnie Aaron, jego oblicze zastygłe w wyrazie wyważonej uprzejmości. – Nie tak naprawdę. Cytując wszystkie te artykuły, tak naprawdę pyta pani o to, gdzie się zaczyna. A ja, z całym szacunkiem, nie potrafię udzielić odpowiedzi na to pytanie.
"Za istotę ludzką uznaje się każdego, kto urodził się z rodziców obdarzonych mocą magiczną"... Wciąż tylko poszukiwanie początku w odwiecznym cyklu, jakim było życie. Aaron pozostawiał doprecyzowanie tych kwestii jurystom. Przecież byli mądrzejsi od niego, gotów był to przyznać w pełni szczerze. Sama Lorien, jako sędzia, znała się na prawie lepiej niż Aaron, który był aurorem. A aurorzy nie sięgali po kodeksy, jeżeli mogli sięgnąć po różdżki. Gdy Aaron roztrząsał sens przywołanych przez nią artykułów, wpadał w nużące zapętlenie głupawych czytanek rodem z kowenowego katechizmu. "Wszelkie stworzenie powstało w łonie Matki", i wszystkie te religijne pierdoły. Wierzył, że człowiekiem jest się od samego początku, gdzie był jednak ten początek? Czy człowiekiem było się już w chwili poczęcia, czy dopiero po urodzeniu? Ministerstwo było instytucją świecką, odrzucić winni więc moralność właściwą religii. Człowieczeństwa nie należało rozpatrywać w kategoriach moralnych, lecz prawnych, w tym się z sędzią zgadzali. A jednak, tak usilnie próbując określić granice człowieczeństwa, Aaron nie mógł pozbyć się wrażenia, że mówili wciąż o jego początku, nie o końcu. Może dlatego, że początek był zagadką godną uwagi prawnika. Koniec zaś... Koniec bliższy był domenie aurora.
– Wszystkie te dywagacje, chociaż niewątpliwie istotne z prawnego punktu widzenia, ważne dla rozwoju naszego ustawodawstwa, ustanawiania precedensów... Zawsze zdawały mi się absurdalnymi. Więcej sensu znaleźć można w bardziej prymitywnych zapiskach naszych anglosaskich przodków. "Hipogryf jest takim, jakim go widzimy", pisali wczesnośrednowieczni kronikarze. Po co opisywać hipogryfa? Każdy wie przecież jak wygląda hipogryf. – Aaron uniósł lekko brwi, a chociaż przyzwolił sobie na szczyptę ironii, wciąż pozostawał w pełni poważnym. – Wszyscy wiemy też jak wygląda człowiek. Nie czarodziej. Nie mugol. Człowiek. Magia nie jest warunkiem człowieczeństwa.
Sama Lorien obnażyła tę niedoskonałość czarodziejskiego prawodawstwa, przyznając, że nie powinno się wiązać magii z człowieczeństwem. Przecież magią posługiwały się nawet skrzaty domowe. Bez wątpienia obdarzone były więc w jakimś stopniu mocą magiczną... Ale człowieczeństwem? Już nie bardzo.
Ale przecież Lorien Mulciber o tym wiedziała. Wiedziała o tym wszystkim. Czy to był test, zastanawiał się przez chwilę Aaron, czy prowokacja? Być może zareagował na jej rozważania zbyt gwałtownie, ale zbyt czułą strunę poruszyła w jego sercu. "Człowiekiem jest ten, kto nie zatracił na mocy klątw tożsamości i zdolności do samostanowienia, rozumowania i tworzenia więzi społecznych"... Cóż z tego, że Korolev wymusił na niej przemianę? Sędzią, którą była w formie ludzkiej, nie przestawała być nagle w formie ptasiej. A Korolev zaatakował przecież i jedną, i drugą. Aaron Moody nie wiedział, w której formie Lorien Mulciber byłaby bardziej skłonna wykłuć mu za to oczy. Gdyby miał jednak oceniać... Prędzej zrobiłaby to kobieta, niż ptak, pomyślał.
Spodobała mu się ta myśl.
– Ale zostawmy to za sobą – dodał. Oczy Aarona uważnie sunęły wzdłuż oblicza siedzącej za biurkiem Lorien, wydając się śledzić każdy ruch sędziny. Każde najmniejsze choćby mrugnięcie. Musiał jednak zobaczyć coś w jej twarzy, co spowodowało, że nagle nachylił się nieco bliżej biurka. Trochę przypomiał przy tym kota, który przeciąga znużony grzbiet. – Zamiast tego... Proszę mi pozwolić zabrać się na przejażdżkę hipogryfem.
Aaron zmrużył delikatnie oczy, jak gdyby zapomniał, że uśmiechać należy się ustami.
– Pytała pani, gdzie kończy się człowieczeństwo – wymruczał. – Na to pytanie mogę odpowiedzieć. Mogę powiedzieć, gdzie naprawdę kończy się człowiek. Człowiek kończy się tutaj. – Moody stuknął zdecydowanie palcem w leżącą przed nim teczkę z aktami. – Człowiek kończy się w chwili, gdy łamie prawo. A dokładniej, gdy łamie je po to, by skrzywdzić drugiego człowieka, naruszając jego prawa i wolności. W chwili, gdy nastaje na cudzą wolność, czy nie powinien więc utracić własnej? Wolność jednego człowieka kończy się w końcu tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego. A jeżeli człowiek występuje przeciwko innemu człowiekowi, występuje przecież przeciw człowieczeństwu jako takiemu. Tam więc kończy się jego człowieczeństwo. Na styku nosa i pięści – dodał, nawiązując do bójki, w jaką wdał się w na terenie atrium Robert Crouch. – A skoro przestępca samodzielnie wyrzeka się swojego człowieczeństwa... Czemu mielibyśmy traktować go jak człowieka? Nie jest nim. – Aaron skinął mimowolnie głową, dochodząc do konkluzji swojego wywodu: wypuścił głośno powietrze nosem, zanim kontynuował. – Nie jest człowiekiem – powtórzył. – Czemu więc auror, który zabija przestępcę w śmiertelnym pościgu, narażając przy tym własne życie, musi odpowiadać przed komisją niewłaściwego użycia czarów? Przecież nie zabił człowieka. To nie był już człowiek. – Przemawiał tonem łagodnym, ale wystarczyło spojrzeć w jego oczy, aby na ich dnie dostrzec bezwzględność. – Czemu detektyw, który w służbie krajowi zanurza się w umyśle wspólnika tej szumowiny, żeby wydobyć z niego zeznanie dla oskarżyciela, zostaje zaszczuty przez aparat kontroli? Przecież nie sięgał do umysłu człowieka. To nie był człowiek. Wyzbył się człowieczeństwa, wraz z jego wszystkimi przywilejami. Nie ma już praw należnych człowiekowi, nie ma jego wolności... Czy nie wystarczy, że dajemy mu prawo do sprawiedliwego procesu? Jest to przecież przywilejem człowieka. A on przestał być człowiekiem.
Aaron odchylił się swobodnie w krześle.
– Nie zasługuje na współczucie, ani na imię, którym nazywała go matka. Dla mnie nie ma imienia. Nie ma nazwiska, jakie dał mu w spadku ojciec. Dla mnie jest numerem sprawy. Artykułem w kodeksie prawa karnego, którego używamy, aby postawić mu zarzuty. Aby go stosownie skazać w postępowaniu sądowym. W trakcie procesu staje się numerem postępowania, jakie przeciw niemu prowadzimy. A po procesie... Numerem, jaki dajemy mu za kratami Azkabanu. Nie zasługuje bowiem na miejsce w naszym społeczeństwie. Danie mu celi jest w tym wszystkim aktem łaski. Pewnego razu, ja... – urwał nagle, jak gdyby w ostatniej chwili powstrzymał się przed powiedzeniem czegoś niewłaściwego. Pokręcił tylko głową, zacisnąwszy usta w wąską kreskę. – Ale to nieistotne. Istotne jest to, że my, pani Mulciber... My jesteśmy ludźmi.
Usiadł na powrót prosto, przesuwając po biurku pustą teczkę, na której napisał już numer postępowania, jakie miał wszcząć z ramienia biura aurorów.
– Więc w sprawie Koroleva Juniora, czy raczej, w sprawie opatrzonej numerem 72/09/4801... – Aaron przeniósł wzrok z powrotem na twarz Lorien. – ...Pani zeznanie będzie kluczowym. W tym zeznaniu interesują mnie przede wszystkim trzy rzeczy. Po pierwsze, czy Korolev miał na sobie coś, co mogłoby sugerować, że jest Naśladowcą. Jakiekolwiek powiązanie z ugrupowaniem Śmierciożerców, nawet jeżeli byłaby to tylko maska albo płaszcz. – Oboje wiedzieli, że za podobną maskarady groziły wysokie wyroki. – Nie sądzę, aby sympatyzował z ekstremistami czystej krwi, wierzę jednak, że mógł chcieć wykorzystać chaos na ulicach Londynu w celach rabunkowych, jak wielu mu podobnych. Był już wcześniej zatrzymywany za drobne akty wandalizmu, ale zawsze kończyło się to grzywną. – Aaron przeczytał Lorien na głos kilka odnotowanych w aktach wykroczeń. – Wiem jednak, że utrzymuje kontakty z ludźmi z półświatka. Drobni przestępcy, kanciarze, zadłużeni po uszy desperaci... Mieszka u jednego z nich. Gość nazwiskiem Burt Roerden, stary oszust. Nie chce mi się wierzyć, że wypadł z biznesu. A więc, po drugie. Czy pamięta pani, czy był sam, czy ktoś mu towarzyszył? Obracając się w takim towarzystwie, można by podejrzewać Koroleva o działanie w ramach zorganizowanej grupy przestępczej. Zwłaszcza, że jego kumpel, Roerden z jeszcze innym kumplem wpadli kiedyś na gorącym uczynku. – Aaron podsunął odpowiednie akta Lorien. – Po trzecie, czy był w pełni świadomy tego, kim pani jest. Nie chciałbym, aby ktokolwiek miał wątpliwości co do jego poczytalności. W tym celu potrzebujemy też opisu reakcji otoczenia, relacji świadków. Czy ktoś go próbował powstrzymać, czy wokół panowało zamieszanie, bo akurat coś wybuchło, albo płonęło? Czy można powiedzieć, że zaatakował panią, w swym wyrachowaniu licząc na to, że uniknie konsekwencji? Czy próbował zatuszować to, co zrobił, wymazując komuś wspomienia? – Wykluczyć działanie pod wpływem afektu było trudnym, ale nie niemożliwym. – To są kierunki, które należy w moim przekonaniu uwzględnić w planowaniu postępowania.
Gdyby tak łatwo mógł zrównoważyć ciężar na swej piersi.
Nie spodziewał się bowiem, jak ciężkim stanie się jego serce w miarę jak kontynuowali z pozoru zwykłą rozmowę.
"Człowiekiem jest ten, kto nie zatracił na mocy klątw tożsamości i zdolności do samostanowienia, rozumowania i tworzenia więzi społecznych"... Tak, znał te przepisy. Znał je aż za dobrze. Jego własny syn, obłożony był klątwą wilkołactwa, o czym Lorien wiedzieć nie mogła. A Aaron... Aaron wciąż to przeżywał. Przeżywał każdego dnia, że musiało to spaść właśnie na Alastora. Przecież wszyscy wiedzieli, że wilkołaki traktowane były jako obywatele gorszego sortu. Z pogardą i społeczną stygmatyzacją w stosunku do ich społeczności stykał się na porządku dziennym. "Wilkołaki nie są już ludźmi", słyszał nie raz, nie dwa, Aaron, "wilkołaki są potworami". Niczego nienawidził tak bardzo, jak myśli, że byle kto mógł odmówić jego synowi godności człowieka. Kwestionować człowieczeństwo, które Alastorowi było przyrodzonym. Jakże straszliwie zaczynały mu wówczas drżeć ręce. Przed oczami widział tylko czerwień, ślepy niemal w swym gniewie, któremu nie mógł dać ujścia. W uszach słyszał szum krwi. Czuł jej smak na przygryzionym języku, bo przecież nie mógł się odezwać. Nie mógł wygrać tej walki, nieważne, jak bardzo by tego nie pragnął. Nie gdy przeciwko niemu stał cały świat.
Gdy sędzina zacytowała tekst ustawy, ręka aurora, dotąd niedbale złożona na oparciu krzesła, zadrgała więc mimowolnie. Zdołał się, rzecz jasna, opanować, choć jego twarz stężała, jak gdyby bardzo nie spodobało mu się to, co właśnie usłyszał. Zauważył, że podobna konwulsja przebiegła przez twarz sędziny, od której nie oderwał choćby na chwilę spojrzenia. A spojrzenie Aarona, choć poważne, wrogości było pozbawione. Znał przecież wyrok, jaki wydał na nią los zanim jeszcze przyszła na świat. Maledictus, klątwa krwi. Czy więc mówiła o sobie? W przeciwieństwie do Alastora, Lorien nie ukrywała nigdy swej przypadłości. Oczywiście, że mówiła o sobie. Zbyt ciężko było mu nie pomyśleć w tej chwili o swoim synu. Myśli Aarona zawsze przecież uciekały prędzej czy później w stronę jego dzieci... A jednak nie pozwolił sobie na dalsze roztkliwianie się nad bólem, jaki w związku z klątwą syna odczuwał. Jego ból był tylko i wyłącznie jego bólem. Sprawy natury osobistej nie powinny wpływać na trzeźwość jego osądu. Nie powinny zajmować jego myśli w tak ważnej chwili. Nie, w tej chwili najważniejszym było pomóc kobiecie, która o pomoc prosiła. Nie dlatego, że prosiła, a dlatego, że pomoc zwyczajnie jej się należała.
"Gdzie kończy się człowieczeństwo, panie Moody?".
– Pani nie pyta o to, gdzie się kończy – odparł poważnie Aaron, jego oblicze zastygłe w wyrazie wyważonej uprzejmości. – Nie tak naprawdę. Cytując wszystkie te artykuły, tak naprawdę pyta pani o to, gdzie się zaczyna. A ja, z całym szacunkiem, nie potrafię udzielić odpowiedzi na to pytanie.
"Za istotę ludzką uznaje się każdego, kto urodził się z rodziców obdarzonych mocą magiczną"... Wciąż tylko poszukiwanie początku w odwiecznym cyklu, jakim było życie. Aaron pozostawiał doprecyzowanie tych kwestii jurystom. Przecież byli mądrzejsi od niego, gotów był to przyznać w pełni szczerze. Sama Lorien, jako sędzia, znała się na prawie lepiej niż Aaron, który był aurorem. A aurorzy nie sięgali po kodeksy, jeżeli mogli sięgnąć po różdżki. Gdy Aaron roztrząsał sens przywołanych przez nią artykułów, wpadał w nużące zapętlenie głupawych czytanek rodem z kowenowego katechizmu. "Wszelkie stworzenie powstało w łonie Matki", i wszystkie te religijne pierdoły. Wierzył, że człowiekiem jest się od samego początku, gdzie był jednak ten początek? Czy człowiekiem było się już w chwili poczęcia, czy dopiero po urodzeniu? Ministerstwo było instytucją świecką, odrzucić winni więc moralność właściwą religii. Człowieczeństwa nie należało rozpatrywać w kategoriach moralnych, lecz prawnych, w tym się z sędzią zgadzali. A jednak, tak usilnie próbując określić granice człowieczeństwa, Aaron nie mógł pozbyć się wrażenia, że mówili wciąż o jego początku, nie o końcu. Może dlatego, że początek był zagadką godną uwagi prawnika. Koniec zaś... Koniec bliższy był domenie aurora.
– Wszystkie te dywagacje, chociaż niewątpliwie istotne z prawnego punktu widzenia, ważne dla rozwoju naszego ustawodawstwa, ustanawiania precedensów... Zawsze zdawały mi się absurdalnymi. Więcej sensu znaleźć można w bardziej prymitywnych zapiskach naszych anglosaskich przodków. "Hipogryf jest takim, jakim go widzimy", pisali wczesnośrednowieczni kronikarze. Po co opisywać hipogryfa? Każdy wie przecież jak wygląda hipogryf. – Aaron uniósł lekko brwi, a chociaż przyzwolił sobie na szczyptę ironii, wciąż pozostawał w pełni poważnym. – Wszyscy wiemy też jak wygląda człowiek. Nie czarodziej. Nie mugol. Człowiek. Magia nie jest warunkiem człowieczeństwa.
Sama Lorien obnażyła tę niedoskonałość czarodziejskiego prawodawstwa, przyznając, że nie powinno się wiązać magii z człowieczeństwem. Przecież magią posługiwały się nawet skrzaty domowe. Bez wątpienia obdarzone były więc w jakimś stopniu mocą magiczną... Ale człowieczeństwem? Już nie bardzo.
Ale przecież Lorien Mulciber o tym wiedziała. Wiedziała o tym wszystkim. Czy to był test, zastanawiał się przez chwilę Aaron, czy prowokacja? Być może zareagował na jej rozważania zbyt gwałtownie, ale zbyt czułą strunę poruszyła w jego sercu. "Człowiekiem jest ten, kto nie zatracił na mocy klątw tożsamości i zdolności do samostanowienia, rozumowania i tworzenia więzi społecznych"... Cóż z tego, że Korolev wymusił na niej przemianę? Sędzią, którą była w formie ludzkiej, nie przestawała być nagle w formie ptasiej. A Korolev zaatakował przecież i jedną, i drugą. Aaron Moody nie wiedział, w której formie Lorien Mulciber byłaby bardziej skłonna wykłuć mu za to oczy. Gdyby miał jednak oceniać... Prędzej zrobiłaby to kobieta, niż ptak, pomyślał.
Spodobała mu się ta myśl.
– Ale zostawmy to za sobą – dodał. Oczy Aarona uważnie sunęły wzdłuż oblicza siedzącej za biurkiem Lorien, wydając się śledzić każdy ruch sędziny. Każde najmniejsze choćby mrugnięcie. Musiał jednak zobaczyć coś w jej twarzy, co spowodowało, że nagle nachylił się nieco bliżej biurka. Trochę przypomiał przy tym kota, który przeciąga znużony grzbiet. – Zamiast tego... Proszę mi pozwolić zabrać się na przejażdżkę hipogryfem.
Aaron zmrużył delikatnie oczy, jak gdyby zapomniał, że uśmiechać należy się ustami.
– Pytała pani, gdzie kończy się człowieczeństwo – wymruczał. – Na to pytanie mogę odpowiedzieć. Mogę powiedzieć, gdzie naprawdę kończy się człowiek. Człowiek kończy się tutaj. – Moody stuknął zdecydowanie palcem w leżącą przed nim teczkę z aktami. – Człowiek kończy się w chwili, gdy łamie prawo. A dokładniej, gdy łamie je po to, by skrzywdzić drugiego człowieka, naruszając jego prawa i wolności. W chwili, gdy nastaje na cudzą wolność, czy nie powinien więc utracić własnej? Wolność jednego człowieka kończy się w końcu tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego. A jeżeli człowiek występuje przeciwko innemu człowiekowi, występuje przecież przeciw człowieczeństwu jako takiemu. Tam więc kończy się jego człowieczeństwo. Na styku nosa i pięści – dodał, nawiązując do bójki, w jaką wdał się w na terenie atrium Robert Crouch. – A skoro przestępca samodzielnie wyrzeka się swojego człowieczeństwa... Czemu mielibyśmy traktować go jak człowieka? Nie jest nim. – Aaron skinął mimowolnie głową, dochodząc do konkluzji swojego wywodu: wypuścił głośno powietrze nosem, zanim kontynuował. – Nie jest człowiekiem – powtórzył. – Czemu więc auror, który zabija przestępcę w śmiertelnym pościgu, narażając przy tym własne życie, musi odpowiadać przed komisją niewłaściwego użycia czarów? Przecież nie zabił człowieka. To nie był już człowiek. – Przemawiał tonem łagodnym, ale wystarczyło spojrzeć w jego oczy, aby na ich dnie dostrzec bezwzględność. – Czemu detektyw, który w służbie krajowi zanurza się w umyśle wspólnika tej szumowiny, żeby wydobyć z niego zeznanie dla oskarżyciela, zostaje zaszczuty przez aparat kontroli? Przecież nie sięgał do umysłu człowieka. To nie był człowiek. Wyzbył się człowieczeństwa, wraz z jego wszystkimi przywilejami. Nie ma już praw należnych człowiekowi, nie ma jego wolności... Czy nie wystarczy, że dajemy mu prawo do sprawiedliwego procesu? Jest to przecież przywilejem człowieka. A on przestał być człowiekiem.
Aaron odchylił się swobodnie w krześle.
– Nie zasługuje na współczucie, ani na imię, którym nazywała go matka. Dla mnie nie ma imienia. Nie ma nazwiska, jakie dał mu w spadku ojciec. Dla mnie jest numerem sprawy. Artykułem w kodeksie prawa karnego, którego używamy, aby postawić mu zarzuty. Aby go stosownie skazać w postępowaniu sądowym. W trakcie procesu staje się numerem postępowania, jakie przeciw niemu prowadzimy. A po procesie... Numerem, jaki dajemy mu za kratami Azkabanu. Nie zasługuje bowiem na miejsce w naszym społeczeństwie. Danie mu celi jest w tym wszystkim aktem łaski. Pewnego razu, ja... – urwał nagle, jak gdyby w ostatniej chwili powstrzymał się przed powiedzeniem czegoś niewłaściwego. Pokręcił tylko głową, zacisnąwszy usta w wąską kreskę. – Ale to nieistotne. Istotne jest to, że my, pani Mulciber... My jesteśmy ludźmi.
Usiadł na powrót prosto, przesuwając po biurku pustą teczkę, na której napisał już numer postępowania, jakie miał wszcząć z ramienia biura aurorów.
– Więc w sprawie Koroleva Juniora, czy raczej, w sprawie opatrzonej numerem 72/09/4801... – Aaron przeniósł wzrok z powrotem na twarz Lorien. – ...Pani zeznanie będzie kluczowym. W tym zeznaniu interesują mnie przede wszystkim trzy rzeczy. Po pierwsze, czy Korolev miał na sobie coś, co mogłoby sugerować, że jest Naśladowcą. Jakiekolwiek powiązanie z ugrupowaniem Śmierciożerców, nawet jeżeli byłaby to tylko maska albo płaszcz. – Oboje wiedzieli, że za podobną maskarady groziły wysokie wyroki. – Nie sądzę, aby sympatyzował z ekstremistami czystej krwi, wierzę jednak, że mógł chcieć wykorzystać chaos na ulicach Londynu w celach rabunkowych, jak wielu mu podobnych. Był już wcześniej zatrzymywany za drobne akty wandalizmu, ale zawsze kończyło się to grzywną. – Aaron przeczytał Lorien na głos kilka odnotowanych w aktach wykroczeń. – Wiem jednak, że utrzymuje kontakty z ludźmi z półświatka. Drobni przestępcy, kanciarze, zadłużeni po uszy desperaci... Mieszka u jednego z nich. Gość nazwiskiem Burt Roerden, stary oszust. Nie chce mi się wierzyć, że wypadł z biznesu. A więc, po drugie. Czy pamięta pani, czy był sam, czy ktoś mu towarzyszył? Obracając się w takim towarzystwie, można by podejrzewać Koroleva o działanie w ramach zorganizowanej grupy przestępczej. Zwłaszcza, że jego kumpel, Roerden z jeszcze innym kumplem wpadli kiedyś na gorącym uczynku. – Aaron podsunął odpowiednie akta Lorien. – Po trzecie, czy był w pełni świadomy tego, kim pani jest. Nie chciałbym, aby ktokolwiek miał wątpliwości co do jego poczytalności. W tym celu potrzebujemy też opisu reakcji otoczenia, relacji świadków. Czy ktoś go próbował powstrzymać, czy wokół panowało zamieszanie, bo akurat coś wybuchło, albo płonęło? Czy można powiedzieć, że zaatakował panią, w swym wyrachowaniu licząc na to, że uniknie konsekwencji? Czy próbował zatuszować to, co zrobił, wymazując komuś wspomienia? – Wykluczyć działanie pod wpływem afektu było trudnym, ale nie niemożliwym. – To są kierunki, które należy w moim przekonaniu uwzględnić w planowaniu postępowania.
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.