11.11.2025, 16:54 ✶
Paskudny kaszel zdecydowanie dominował ostatnio życie zawodowe Basiliusa. Na całe szczęście Prewettowi udało się uniknąć zostania ofiarą pospalononocnego schorzenia, naktóre nie dość, że nie było jeszcze jednego konkretnego eliksiru to nikt też nie miał pojęcia, czy nie niosło ono za sobą skutków długofalowych. Był natomiast ofiarą przemęczenia i własnego zdrowia, ale z tym mógł żyć. No i chociaż sam nie kaszlał to niemal wszyscy którzy przychodzili ostatnio do niego już nie mieli takiego szczęścia.
Jeden z pacjentów właśnie opuścił jego gabinet i Prewett potrzebował kilku minut na opanowanie wyciągniętych przed chwilą papierów i fiolek, kiedy do pomieszczenia wszedł kolejny czarodziej. Nicholas Travers. Zaskoczony uzdrowiciel uniósł wzrok znad biurka i zmarszczył brwi, rozważając przez chwilę, czy nie odpowiedzieć uprzejmie zniecierpliwionemu czarodziejowi, że jeszcze nie poprosił o kolejną osobę, a Travers nie wyglądał tak jakby się wykrwawiał, ale ostatecznie uznał, że nie miało to największego sensu. Naprawdę był dzisiaj na to zbyt zajęty i za mało złośliwy. Po prostu przypilnuje kolejną osobę, aby odczekała, a w najgorszym wypadku poprosi jakiegoś mniej zabieganego pracownika, aby pilnował kolejki.
– Dzień dobry – powiedział więc po prostu, na szybko porządkując papiery. – Pan Travers, proszę usiąść. Potrzebuję jeszcze chwili, jak pan widzi dzisiaj jest prawdziwe zamieszanie – Z tymi słowami, Prewett wstał, odłożył jedną z teczek na swoje miejsce, upewnił się, że puste fiolki po eliksirach znalazły się tam gdzie powinny i wreszcie podszedł do niewielkiej umywalki aby na szybko umyć i zdezynfekować odpowiednim eliksirem dłonie. Po tym wszystkim wreszcie powrócił na swoje miejsce i uśmiechnął się do pacjenta.
– No dobrze. Jak się pan czuje? Co dzisiaj pana sprowadza?– spytał
Jeden z pacjentów właśnie opuścił jego gabinet i Prewett potrzebował kilku minut na opanowanie wyciągniętych przed chwilą papierów i fiolek, kiedy do pomieszczenia wszedł kolejny czarodziej. Nicholas Travers. Zaskoczony uzdrowiciel uniósł wzrok znad biurka i zmarszczył brwi, rozważając przez chwilę, czy nie odpowiedzieć uprzejmie zniecierpliwionemu czarodziejowi, że jeszcze nie poprosił o kolejną osobę, a Travers nie wyglądał tak jakby się wykrwawiał, ale ostatecznie uznał, że nie miało to największego sensu. Naprawdę był dzisiaj na to zbyt zajęty i za mało złośliwy. Po prostu przypilnuje kolejną osobę, aby odczekała, a w najgorszym wypadku poprosi jakiegoś mniej zabieganego pracownika, aby pilnował kolejki.
– Dzień dobry – powiedział więc po prostu, na szybko porządkując papiery. – Pan Travers, proszę usiąść. Potrzebuję jeszcze chwili, jak pan widzi dzisiaj jest prawdziwe zamieszanie – Z tymi słowami, Prewett wstał, odłożył jedną z teczek na swoje miejsce, upewnił się, że puste fiolki po eliksirach znalazły się tam gdzie powinny i wreszcie podszedł do niewielkiej umywalki aby na szybko umyć i zdezynfekować odpowiednim eliksirem dłonie. Po tym wszystkim wreszcie powrócił na swoje miejsce i uśmiechnął się do pacjenta.
– No dobrze. Jak się pan czuje? Co dzisiaj pana sprowadza?– spytał