11.11.2025, 18:40 ✶
Cisza była dziwnie miękka, jakby ktoś rozłożył ją między nami na podłodze zamiast koca, nie przywykłem do takiego rodzaju spokoju - nie tego, który każe milczeć z lęku, tylko tego, w którym milczenie nie wymagało żadnego tłumaczenia. Złapałem się na tym, że przypominam sobie dom, nie w sensie miejsca, tylko dźwięku - brzdęk szklanki, ciężki krok po podłodze, trzask drzwi. Zapach dymu i metaliczny smak krwi w ustach - to wszystko wracało, kiedy robiło się zbyt cicho. Odepchnąłem to wspomnienie tak, jak się odpycha coś gorącego, co pali palce, ale powracało raz za razem. Teoretycznie mógłbym już być daleko stąd w pokoju wspólnym, z nogami na stole, udając, że to był dzień jak każdy inny, ale nie ruszyłem się. Nie wiedziałem nawet, kiedy przestałem chcieć wyjść. Zostałem, oparty o zimny parapet, z dłoniami wsuniętymi do kieszeni, patrząc na to, jak śnieg padał coraz gęściej, przykrywając dziedziniec, jakby chciał uciszyć cały świat. Głos Prudence był wyjątkowo spokojny, pozbawiony tej ostrej nuty, którą zwykle niosło każde jej słowo. Odpowiedziałem odruchowo, jakbym znał ten dialog na pamięć.
- Mhm. Tak czy siak, daj jej spokój przez kilka dni i nie kombinuj, bo skończy się gorzej. - To był ton, którego używałem na treningach, gdy ktoś z młodszych graczy udawał bohatera. Nie ostry, ale nie łagodny. Przez chwilę chciałem dodać coś kąśliwego, dla równowagi, lecz słowa ugrzęzły mi w gardle. Poprawiłem się plecami na chłodnym kawałku ściany, patrząc, jak próbuje sobie poradzić z kostką. Zawsze wszystko robiła sama - nawet teraz, gdy miała prawo poprosić o pomoc, wybierała dumę zamiast ulgi. Miała w sobie to coś - tę dziwną konsekwencję ludzi, którzy wolą cierpieć po cichu, niż przyznać, że coś ich przerasta, więc nie narzucałem się z dodatkowym, niechcianym wsparciem na siłę.
Oparłem głowę o mur i pozwoliłem sobie na oddech, w takich chwilach zawsze czułem się trochę jak wtedy, gdy siedziałem sam w starym pokoju i czekałem, aż gniew ucichnie po drugiej stronie drzwi. To jednocześnie był i nie był ten sam rodzaj ciszy, wciąż wzbudzał lekki dysonans, ale głównie przez to, że wydawał się inny. Może nawet... Łagodny. Przez grubą szybę widać było śnieg - miękki, gęsty, cichy. Zamek wyglądał, jakby zasnął, tylko gdzieś w oddali słychać było echo kroków, najpewniej woźnego. Nie rozumiałem, czemu to na mnie działało w ten sposób - może dlatego, że nikt nigdy nie potrafił tak milczeć, w moim świecie cisza była groźbą, tutaj... Była czymś prawie łagodnym.
- Dla zapomnienia. - Odpowiedziałem w pierwszej chwili, w zamyśleniu, niezbyt przytomnie. Zapomnienie, tak. Przez chwilę pomyślałem, że mógłbym tak siedzieć dłużej, może pierwszy raz od dawna nie musząc niczego udawać, ale potem przypomniałem sobie, kim jestem, kim mam być - i wszystko wróciło na swoje miejsce. Włącznie z tym, że nie powinienem się zapominać i mówić głupot.
- Bo tak? Ludzie uzależniają się od różnego gówna, po co to analizować? - Powiedziałem to sucho, niemal szorstko. - Eliksir zrobi swoje, jeśli mu pozwolisz i przestaniesz się guzdrać. Jak skończysz, powinnaś iść odpocząć. - Chciałem dodać coś jeszcze, coś banalnego - „jutro będzie lepiej” albo „uważaj na siebie” - ale nie byłem człowiekiem od takich słów, nigdy nie byłem. Zamiast tego przesunąłem dłonią po parapecie, strzepując z niego pył, i rzuciłem:
- Spierdalam stąd. Jakby co, wiesz, gdzie mnie znaleźć. - To brzmiało wystarczająco obojętnie, wystarczająco jak ja. Potem spojrzałem jeszcze raz na śnieg za oknem, wstając z miejsca i rzucając bandaż na skrzynię, białe płatki wirowały powoli, w ciszy, jakby czas naprawdę mógł się zatrzymać. Na sekundę uwierzyłem, że świat jest spokojny. A potem odwróciłem wzrok, bo wiedziałem, że nie jest.
- Mhm. Tak czy siak, daj jej spokój przez kilka dni i nie kombinuj, bo skończy się gorzej. - To był ton, którego używałem na treningach, gdy ktoś z młodszych graczy udawał bohatera. Nie ostry, ale nie łagodny. Przez chwilę chciałem dodać coś kąśliwego, dla równowagi, lecz słowa ugrzęzły mi w gardle. Poprawiłem się plecami na chłodnym kawałku ściany, patrząc, jak próbuje sobie poradzić z kostką. Zawsze wszystko robiła sama - nawet teraz, gdy miała prawo poprosić o pomoc, wybierała dumę zamiast ulgi. Miała w sobie to coś - tę dziwną konsekwencję ludzi, którzy wolą cierpieć po cichu, niż przyznać, że coś ich przerasta, więc nie narzucałem się z dodatkowym, niechcianym wsparciem na siłę.
Oparłem głowę o mur i pozwoliłem sobie na oddech, w takich chwilach zawsze czułem się trochę jak wtedy, gdy siedziałem sam w starym pokoju i czekałem, aż gniew ucichnie po drugiej stronie drzwi. To jednocześnie był i nie był ten sam rodzaj ciszy, wciąż wzbudzał lekki dysonans, ale głównie przez to, że wydawał się inny. Może nawet... Łagodny. Przez grubą szybę widać było śnieg - miękki, gęsty, cichy. Zamek wyglądał, jakby zasnął, tylko gdzieś w oddali słychać było echo kroków, najpewniej woźnego. Nie rozumiałem, czemu to na mnie działało w ten sposób - może dlatego, że nikt nigdy nie potrafił tak milczeć, w moim świecie cisza była groźbą, tutaj... Była czymś prawie łagodnym.
- Dla zapomnienia. - Odpowiedziałem w pierwszej chwili, w zamyśleniu, niezbyt przytomnie. Zapomnienie, tak. Przez chwilę pomyślałem, że mógłbym tak siedzieć dłużej, może pierwszy raz od dawna nie musząc niczego udawać, ale potem przypomniałem sobie, kim jestem, kim mam być - i wszystko wróciło na swoje miejsce. Włącznie z tym, że nie powinienem się zapominać i mówić głupot.
- Bo tak? Ludzie uzależniają się od różnego gówna, po co to analizować? - Powiedziałem to sucho, niemal szorstko. - Eliksir zrobi swoje, jeśli mu pozwolisz i przestaniesz się guzdrać. Jak skończysz, powinnaś iść odpocząć. - Chciałem dodać coś jeszcze, coś banalnego - „jutro będzie lepiej” albo „uważaj na siebie” - ale nie byłem człowiekiem od takich słów, nigdy nie byłem. Zamiast tego przesunąłem dłonią po parapecie, strzepując z niego pył, i rzuciłem:
- Spierdalam stąd. Jakby co, wiesz, gdzie mnie znaleźć. - To brzmiało wystarczająco obojętnie, wystarczająco jak ja. Potem spojrzałem jeszcze raz na śnieg za oknem, wstając z miejsca i rzucając bandaż na skrzynię, białe płatki wirowały powoli, w ciszy, jakby czas naprawdę mógł się zatrzymać. Na sekundę uwierzyłem, że świat jest spokojny. A potem odwróciłem wzrok, bo wiedziałem, że nie jest.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)