11.11.2025, 21:18 ✶
Nie pamiętał, kiedy ostatni raz czuł taką bezsilność. Ogień, który strawił zarówno Londyn, jak i Dolinę Godryka, wydawał się mu być żywym stworzeniem pożerającym wszystko, co napotkało na swojej drodze.
Łącznie z nadzieją na wyjście z tego cało.
A przecież był przyzwyczajony do kryzysów! Jak Julian Bletchley potrafił podejmować doskonałe decyzje pod presją czasu, tak tej nocy nie istniały żadne, które mogłyby przynieść pozytywne skutki. Cały czas teleportował się z miejsca na miejsce, pomagał obcym, próbował coś gasić, coś ratować, ale stolica Anglii i tak płonęła. I płonęłaby dalej, gdyby zaklęty ogień miał jeszcze co pożerać.
— Masz rację, Sikorko — odparł cicho, a następnie przytaknął. — Wygląda na to, że mieliśmy trochę szczęścia.
Nie wierzył we własne słowa i nie potrafił się uśmiechnąć. Jego własna rodzina przetrwała bez niego.
Nie dzięki niemu.
Bez niego.
Nie zdążył zaproponować Hestii, żeby rzeczywiście sprawdzili wnętrze, ponieważ w powietrzu rozległ się znajomy dźwięk teleportacji. Obrócił się gwałtownie, a serce zamarło mu na moment.
Na tle szarości stały Jolene i Alice. Następnie już tylko widział, jak najmłodsza z nich pobiegła w stronę matki i siostry, i jak trzy kobiety w jego życiu splotły się w jednym uścisku. Wtedy dopiero poczuł, że jego nogi drżały, adrenalina z całej nocy zaczynała w nim opadać.
Nie miał prawa do nich podejść. Utracił to prawo. Mężczyzna, który nie był w stanie być przy rodzinie w chwili, gdy świat płonął? Nie potrafił nawet wcześniej powiedzieć Hestii, że się cieszył.
Było coś upokarzającego w tym, że przetrwały pomimo niego.
Zrobił krok w tył. Powoli. Tak, aby nie przerwać tego momentu. Niech zostanie ich — czysty, niezbrukany jego obecnością. Jeśli mieli zacząć od nowa, niech chociaż ten jeden ułamek sekundy będzie wolny od jego winy.
!Strach przed imieniem
Łącznie z nadzieją na wyjście z tego cało.
A przecież był przyzwyczajony do kryzysów! Jak Julian Bletchley potrafił podejmować doskonałe decyzje pod presją czasu, tak tej nocy nie istniały żadne, które mogłyby przynieść pozytywne skutki. Cały czas teleportował się z miejsca na miejsce, pomagał obcym, próbował coś gasić, coś ratować, ale stolica Anglii i tak płonęła. I płonęłaby dalej, gdyby zaklęty ogień miał jeszcze co pożerać.
— Masz rację, Sikorko — odparł cicho, a następnie przytaknął. — Wygląda na to, że mieliśmy trochę szczęścia.
Nie wierzył we własne słowa i nie potrafił się uśmiechnąć. Jego własna rodzina przetrwała bez niego.
Nie dzięki niemu.
Bez niego.
Nie zdążył zaproponować Hestii, żeby rzeczywiście sprawdzili wnętrze, ponieważ w powietrzu rozległ się znajomy dźwięk teleportacji. Obrócił się gwałtownie, a serce zamarło mu na moment.
Na tle szarości stały Jolene i Alice. Następnie już tylko widział, jak najmłodsza z nich pobiegła w stronę matki i siostry, i jak trzy kobiety w jego życiu splotły się w jednym uścisku. Wtedy dopiero poczuł, że jego nogi drżały, adrenalina z całej nocy zaczynała w nim opadać.
Nie miał prawa do nich podejść. Utracił to prawo. Mężczyzna, który nie był w stanie być przy rodzinie w chwili, gdy świat płonął? Nie potrafił nawet wcześniej powiedzieć Hestii, że się cieszył.
Było coś upokarzającego w tym, że przetrwały pomimo niego.
Zrobił krok w tył. Powoli. Tak, aby nie przerwać tego momentu. Niech zostanie ich — czysty, niezbrukany jego obecnością. Jeśli mieli zacząć od nowa, niech chociaż ten jeden ułamek sekundy będzie wolny od jego winy.
!Strach przed imieniem
you've taken your rightful place
at the table of kings
at the table of kings