12.11.2025, 11:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.11.2025, 11:39 przez Lorien Mulciber.)
- Dlaczego ty jesteś jeszcze nie gotowy?- Zapytała nagle, dopiero teraz dostrzegając wilgotne po prysznicu włosy człowieka, którego lubiła określać mianem swojego brata. Brat. Smakowała w myślach to słowo.
Zarówno teraz jak i całkiem niedawno, gdy leżała w Mungu, a wyjątkowo upierdliwa pielęgniarka kazała jej zaktualizować kartę pacjenta. Na nic przekonanie, że “niewiele się zmieniło”. Trzeba i już. W końcu bezmyślnie w rubryczce “osoba do pierwszego kontaktu w razie wypadku” wpisała Alexandra. Potem to skreśliła. Wpisała Anthony’ego. Musi być członek rodziny. Przekreśliła znowu ku wyraźnemu niezadowoleniu pielęgniarki. Wpisała ojca. Usłyszała, że to musi być osoba na stałe przebywająca w kraju. Skreśliła znowu. Pielęgniarka wyrwała jej na wpół wypełniony formularz i wręczyła kolejny. Wpisała więc Basiliusa. Nie, nie może być magomedyk. Skreśliła. Pielęgniarka pokrzyczała, pokrzyczała i sobie wreszcie poszła. Więc Lorien znów wpisała Alexandra. Emergency contact. Też coś. Ale baba nie musiała wiedzieć, że jej brat nie postawi nogi w Mungu, a równie dobrze mogła wpisać pierwszego lepszego znajomego albo Ministrę Magii.
Ułożyła dłonie na biodrach. Kolacja coraz bliżej, a ten leżał rozwalony i… co on w ogóle robił. Nieważne. Puściła psa, żeby przywitał się z nowym panem.
- Scarlett na razie wyszła. Obiecała, że się nie spóźni.- Powiedziała dokładnie tym samym tonem, którego używa do składania raportów przed Wizengamotem.- Widziałam się też z Philomeną, ale zamknęła się w swoim pokoju. Myślę, że nie ma co jej przeszkadzać…
Podeszła do szafy, na której pewnie służba zawiesiła odprasowaną szatę wyjściową Mulcibera. Przypominała jej… Duncana. To było miłe. Nagle poczuła się odrobinę lepiej ze swoją decyzją. Pogłaskała ostrożnie miękki materiał.
- Ostatni raz cię widziałam w takiej szacie na Yule w… ‘58? Pamiętasz, na przyjęciu świątecznym w Ministerstwie Magii. Pamiętam jak ojciec stwierdził, że jest z ciebie szalenie elegancki kawaler.- Zaśmiała się ciepło. Jej wzrok uciekł do lustra na drzwiach szafy. Miała podobne w pokoju, ale zasłoniła je jednym z prześcieradeł. Nawet teraz trudno było jej patrzeć na swoje odbicie.
Ale teraz patrzyła. Na swoją kościstą, drobną sylwetkę, ukrytą pod miękkim materiałem szlafroka. Od szamotania się psa, jedno z ramion osunęło się prezentując materiał jedwabnej chemise. A skoro miała ją na sobie, to znaczy że miała też już ciasno zawiązany gorset. Ale nie zwracała uwagi na swój ubiór. Ani nawet na loki, wystylizowane przez wyjątkowo zdolną służącą w miękkie fale, czy fakt, że brak makijażu ujawnił jej cienie pod oczami i siateczkę popękanych naczynek na policzkach. Przynajmniej mogła podarować sobie ich pudrowanie różem.
Lorien patrzyła na szczupłe dłonie, na drobne pierścionki, które dziś wybrała. Czekała kiedy zobaczy liszaje i kości. Zamrugała. Ale nic się nie zmieniło. Za to kątem oka dostrzegła jak Alexander wyciąga w jej stronę dłoń.
Uniosła kąciki ust. W porządku, mogli tu jeszcze chwilę poczekać. Nacieszyć się ciszą przed kolacją.
Podeszła. Splotla ich palce razem, przysiadając na poduszkach obok brata. Pozwoliła się przytulić. Oparła wygodnie głowę o jego pierś i skupiła się na Łajce, która uznała, że dwoje ludzi to lepiej niż jeden człowiek i dopadła do Lorien, z całych swoich psich sił próbując polizać Lorien po twarzy
Przesunęła lekko drżącymi palcami po karku psiny. Gest czuły i ostrożny. To nie tak, że nie lubiła psów. Lubiła. Może nie tak jak koty, ale lubiła. Po prostu… Zbyt często widziała ojca udającego się na polowanie z wiernymi wyżłami przy boku, czy też powracającego z niego ze zdechłymi bażantami i przepiórkami przytroczonymi do końskiego boku, by podskórnie nie czuć przed nimi respektu. Nawet takimi uroczymi jak to szczenię.
Łajka oparła się przednimi łapkami o jej brzuch, machając ogonem tak radośnie, że raz po raz trafiała w Alexandra.
- Mam coś jeszcze…- Ton się zmienił. Wyciągnęła z kieszeni małą fiolkę pełną charakterystycznego eliksiru - gęstej mazi podobnej do błota, w której leniwie pływały pęcherzyki powietrza. Eliksir wielosokowy. Dobrej jakości sądząc po kolorze i strukturze.- Daj tu coś jej a przez dwie godziny mogę udawać. Umiem udawać.- Zacisnęła nerwowo palce na przedramieniu, drapiąc jedną z ranek po ostatniej przemianie. Niewiele potrzeba było, żeby strupek zmienił się w krwawą papkę. Skubała dalej, czując tkwiące pod skórą pióro.- Pomyślałam, że tak po prostu ucieszysz babkę. Ona na pewno wolałaby, żeby pojawiła się tu Loretta niż ja.
Ciężko powiedzieć co było bardziej przerażające - spokój z jakim to mówiła czy fakt, że sama zdawała się wierzyć w swój pomysł. A może to, że nawet na moment nie przestała głaskać szczeniaka, nie chcąc pokazać po sobie żadnych głębszych emocji.
Zarówno teraz jak i całkiem niedawno, gdy leżała w Mungu, a wyjątkowo upierdliwa pielęgniarka kazała jej zaktualizować kartę pacjenta. Na nic przekonanie, że “niewiele się zmieniło”. Trzeba i już. W końcu bezmyślnie w rubryczce “osoba do pierwszego kontaktu w razie wypadku” wpisała Alexandra. Potem to skreśliła. Wpisała Anthony’ego. Musi być członek rodziny. Przekreśliła znowu ku wyraźnemu niezadowoleniu pielęgniarki. Wpisała ojca. Usłyszała, że to musi być osoba na stałe przebywająca w kraju. Skreśliła znowu. Pielęgniarka wyrwała jej na wpół wypełniony formularz i wręczyła kolejny. Wpisała więc Basiliusa. Nie, nie może być magomedyk. Skreśliła. Pielęgniarka pokrzyczała, pokrzyczała i sobie wreszcie poszła. Więc Lorien znów wpisała Alexandra. Emergency contact. Też coś. Ale baba nie musiała wiedzieć, że jej brat nie postawi nogi w Mungu, a równie dobrze mogła wpisać pierwszego lepszego znajomego albo Ministrę Magii.
Ułożyła dłonie na biodrach. Kolacja coraz bliżej, a ten leżał rozwalony i… co on w ogóle robił. Nieważne. Puściła psa, żeby przywitał się z nowym panem.
- Scarlett na razie wyszła. Obiecała, że się nie spóźni.- Powiedziała dokładnie tym samym tonem, którego używa do składania raportów przed Wizengamotem.- Widziałam się też z Philomeną, ale zamknęła się w swoim pokoju. Myślę, że nie ma co jej przeszkadzać…
Podeszła do szafy, na której pewnie służba zawiesiła odprasowaną szatę wyjściową Mulcibera. Przypominała jej… Duncana. To było miłe. Nagle poczuła się odrobinę lepiej ze swoją decyzją. Pogłaskała ostrożnie miękki materiał.
- Ostatni raz cię widziałam w takiej szacie na Yule w… ‘58? Pamiętasz, na przyjęciu świątecznym w Ministerstwie Magii. Pamiętam jak ojciec stwierdził, że jest z ciebie szalenie elegancki kawaler.- Zaśmiała się ciepło. Jej wzrok uciekł do lustra na drzwiach szafy. Miała podobne w pokoju, ale zasłoniła je jednym z prześcieradeł. Nawet teraz trudno było jej patrzeć na swoje odbicie.
Ale teraz patrzyła. Na swoją kościstą, drobną sylwetkę, ukrytą pod miękkim materiałem szlafroka. Od szamotania się psa, jedno z ramion osunęło się prezentując materiał jedwabnej chemise. A skoro miała ją na sobie, to znaczy że miała też już ciasno zawiązany gorset. Ale nie zwracała uwagi na swój ubiór. Ani nawet na loki, wystylizowane przez wyjątkowo zdolną służącą w miękkie fale, czy fakt, że brak makijażu ujawnił jej cienie pod oczami i siateczkę popękanych naczynek na policzkach. Przynajmniej mogła podarować sobie ich pudrowanie różem.
Lorien patrzyła na szczupłe dłonie, na drobne pierścionki, które dziś wybrała. Czekała kiedy zobaczy liszaje i kości. Zamrugała. Ale nic się nie zmieniło. Za to kątem oka dostrzegła jak Alexander wyciąga w jej stronę dłoń.
Uniosła kąciki ust. W porządku, mogli tu jeszcze chwilę poczekać. Nacieszyć się ciszą przed kolacją.
Podeszła. Splotla ich palce razem, przysiadając na poduszkach obok brata. Pozwoliła się przytulić. Oparła wygodnie głowę o jego pierś i skupiła się na Łajce, która uznała, że dwoje ludzi to lepiej niż jeden człowiek i dopadła do Lorien, z całych swoich psich sił próbując polizać Lorien po twarzy
Przesunęła lekko drżącymi palcami po karku psiny. Gest czuły i ostrożny. To nie tak, że nie lubiła psów. Lubiła. Może nie tak jak koty, ale lubiła. Po prostu… Zbyt często widziała ojca udającego się na polowanie z wiernymi wyżłami przy boku, czy też powracającego z niego ze zdechłymi bażantami i przepiórkami przytroczonymi do końskiego boku, by podskórnie nie czuć przed nimi respektu. Nawet takimi uroczymi jak to szczenię.
Łajka oparła się przednimi łapkami o jej brzuch, machając ogonem tak radośnie, że raz po raz trafiała w Alexandra.
- Mam coś jeszcze…- Ton się zmienił. Wyciągnęła z kieszeni małą fiolkę pełną charakterystycznego eliksiru - gęstej mazi podobnej do błota, w której leniwie pływały pęcherzyki powietrza. Eliksir wielosokowy. Dobrej jakości sądząc po kolorze i strukturze.- Daj tu coś jej a przez dwie godziny mogę udawać. Umiem udawać.- Zacisnęła nerwowo palce na przedramieniu, drapiąc jedną z ranek po ostatniej przemianie. Niewiele potrzeba było, żeby strupek zmienił się w krwawą papkę. Skubała dalej, czując tkwiące pod skórą pióro.- Pomyślałam, że tak po prostu ucieszysz babkę. Ona na pewno wolałaby, żeby pojawiła się tu Loretta niż ja.
Ciężko powiedzieć co było bardziej przerażające - spokój z jakim to mówiła czy fakt, że sama zdawała się wierzyć w swój pomysł. A może to, że nawet na moment nie przestała głaskać szczeniaka, nie chcąc pokazać po sobie żadnych głębszych emocji.