12.11.2025, 19:14 ✶
Przyłapałem się na tym, że uśmiecham się niemal mimowolnie, obserwując, jak Prudence wpatruje się w kota z taką uwagą, jakbym w tajemniczy sposób otworzył przed nią nowy rozdział. Nie byłem typem, który okazywał łatwo emocje, a już na pewno nie rozmiękczał się nad malutkimi stworzeniami, ale coś w tej chwili sprawiło, że poczułem dziwne ciepło. Kiedy powiedziała to cicho „koteczek”, coś w moim wnętrzu zadrżało, nie wiedziałem dlaczego - może przez to, jak brzmiało to słowo w jej ustach, tak miękko, jakby naprawdę mówiła do dziecka. Stałem przez chwilę, patrząc, jak jej oczy śledzą każdy ruch kota, który nie zareagował od razu. Zamiast tego zmrużył oczy, lekko przechylił głowę i wydał z siebie ciche, ledwie słyszalne mruknięcie, które bardziej przypominało syk niż pomruk zadowolenia.
- Spokojnie, nie zlobi ci kszywdy. - Powiedziałem nisko, bardziej do kotka niż do niej. Zwróciłem uwagę na to, jak się kurczył w moich ramionach, jakby wiedział, że w moim płaszczu miał względne bezpieczeństwo. Złote oczy zwierzęcia znowu błysnęły, kiedy uniosłem dłoń i odchyliłem materiał trochę bardziej. Zrobiłem to powoli, pozwalając, by miękkie światło z lampy przesunęło się po jego futrze. Prue nachyliła się lekko, a ja poczułem jej zapach - ten znajomy, ciepły, z nutą truskawek - mieszający się z wilgocią deszczu, którą przyniosłem ze sobą. Z jej twarzy biło coś tak spokojnego, że nawet demon, bo wciąż tak o nim myślałem, przestał się szarpać. Kot przekrzywił głowę, jego maleńkie pazurki zahaczyły o rękaw mojego płaszcza, wąsiki poruszyły się, a potem zrobił ruch w jej stronę. Nie miałem pojęcia, jak kot zareaguje na dłoń, ale obserwowałem każdy jego ruch.
- Moszemy go wziąś, jeśli zechcesz. Albo poszukaś mu nowego domu, gdy tylko minie Samhain. - Moje spojrzenie przeszło z kota na Prue. Wzruszyłem ramionami, trochę niezdarnie, przez sam gest przyznając, że nie do końca wiem, co z tym zrobić. To było jej mieszkanie, jej przestrzeń - ja byłem tu gościem, nawet jeśli udawaliśmy, że dzielimy coś więcej. A jednak… Spojrzenie, które jej posłałem, było pełne tej cichej, zmęczonej melancholii, przypominało o tym, że nasze „my” to nadal bardziej iluzja niż fakt. - Ja… - Zawahałem się na chwilę, nie wiedząc, jak powiedzieć to, co chodziło mi po głowie. Tamto słowo, „domu”, zawisło w powietrzu na moment, a ja udawałem, że nie czuję, jak delikatnie mi ciąży. Patrzyłem na nią chwilę za długo - w jej spojrzeniu było coś, co przypominało ciepło bijące od ognia, przy którym siedzisz zbyt blisko - nie parzy, ale przypomina, że możesz się oparzyć, a mimo to dalej do niego lgniesz. - Nie wiem za balso, jak się nim zajmowaś… - Powiedziałem, lekko obojętnie, wybierając łatwiejszą wersję, niż ta, że tak naprawdę nie był to nasz wspólny dom, chociaż w moim głosie pobrzmiewała nuta melancholii. - Ale ty wiesz, co się lobi s kotami, plawda? Bo ja… No, wiesz. Najbliszej posiadania zwieszęsia byłem, gdy kalaluch zagnieścił mi się w uchu. - Rzuciłem z nutą ironii w głosie, nieco przekornie.
Kociak lekko mruknął, co sprawiło, że poczułem coś w rodzaju ulgi, choć wcale nie było mi lżej. Zawsze byłem tym, który przynosi problem, a nie rozwiązuje go, nawet jeśli nie zamierzałem tego przyznawać głośno. Chciałem, żeby to był bardziej gest niż słowa, bo w tym, co powiedziałem, i tak kryło się całe nasze niepewne, trochę smutne „my” - kot był tylko pretekstem, żebyśmy mogli chociaż na chwilę udawać, że wszystko jest w porządku. W końcu inaczej nie robilibyśmy długoterminowych planów, nie przynosząc do domu żyjącej istoty.
- Spokojnie, nie zlobi ci kszywdy. - Powiedziałem nisko, bardziej do kotka niż do niej. Zwróciłem uwagę na to, jak się kurczył w moich ramionach, jakby wiedział, że w moim płaszczu miał względne bezpieczeństwo. Złote oczy zwierzęcia znowu błysnęły, kiedy uniosłem dłoń i odchyliłem materiał trochę bardziej. Zrobiłem to powoli, pozwalając, by miękkie światło z lampy przesunęło się po jego futrze. Prue nachyliła się lekko, a ja poczułem jej zapach - ten znajomy, ciepły, z nutą truskawek - mieszający się z wilgocią deszczu, którą przyniosłem ze sobą. Z jej twarzy biło coś tak spokojnego, że nawet demon, bo wciąż tak o nim myślałem, przestał się szarpać. Kot przekrzywił głowę, jego maleńkie pazurki zahaczyły o rękaw mojego płaszcza, wąsiki poruszyły się, a potem zrobił ruch w jej stronę. Nie miałem pojęcia, jak kot zareaguje na dłoń, ale obserwowałem każdy jego ruch.
- Moszemy go wziąś, jeśli zechcesz. Albo poszukaś mu nowego domu, gdy tylko minie Samhain. - Moje spojrzenie przeszło z kota na Prue. Wzruszyłem ramionami, trochę niezdarnie, przez sam gest przyznając, że nie do końca wiem, co z tym zrobić. To było jej mieszkanie, jej przestrzeń - ja byłem tu gościem, nawet jeśli udawaliśmy, że dzielimy coś więcej. A jednak… Spojrzenie, które jej posłałem, było pełne tej cichej, zmęczonej melancholii, przypominało o tym, że nasze „my” to nadal bardziej iluzja niż fakt. - Ja… - Zawahałem się na chwilę, nie wiedząc, jak powiedzieć to, co chodziło mi po głowie. Tamto słowo, „domu”, zawisło w powietrzu na moment, a ja udawałem, że nie czuję, jak delikatnie mi ciąży. Patrzyłem na nią chwilę za długo - w jej spojrzeniu było coś, co przypominało ciepło bijące od ognia, przy którym siedzisz zbyt blisko - nie parzy, ale przypomina, że możesz się oparzyć, a mimo to dalej do niego lgniesz. - Nie wiem za balso, jak się nim zajmowaś… - Powiedziałem, lekko obojętnie, wybierając łatwiejszą wersję, niż ta, że tak naprawdę nie był to nasz wspólny dom, chociaż w moim głosie pobrzmiewała nuta melancholii. - Ale ty wiesz, co się lobi s kotami, plawda? Bo ja… No, wiesz. Najbliszej posiadania zwieszęsia byłem, gdy kalaluch zagnieścił mi się w uchu. - Rzuciłem z nutą ironii w głosie, nieco przekornie.
Kociak lekko mruknął, co sprawiło, że poczułem coś w rodzaju ulgi, choć wcale nie było mi lżej. Zawsze byłem tym, który przynosi problem, a nie rozwiązuje go, nawet jeśli nie zamierzałem tego przyznawać głośno. Chciałem, żeby to był bardziej gest niż słowa, bo w tym, co powiedziałem, i tak kryło się całe nasze niepewne, trochę smutne „my” - kot był tylko pretekstem, żebyśmy mogli chociaż na chwilę udawać, że wszystko jest w porządku. W końcu inaczej nie robilibyśmy długoterminowych planów, nie przynosząc do domu żyjącej istoty.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)