12.11.2025, 21:36 ✶
Odpowiadała mu głucha cisza, echo niosło się po wnętrzu i dudniło, jakby miało przygotować go na coś okropnego. Obwiniał się. Nie miał, jak uprzedzić jej wcześniej i przygotować na to, co miało nadejść tej nocy. Nie chciał ją w to wplątywać, im mniej wiedziała, tym była bezpieczniejsza. Zrobił kilka kroków w stronę najbliższych drzwi, które prowadziły do prawej części domu. Wnętrze pokrywała warstwa popiołu, dominowała szarość, ale zapach nie był tak męczący, jak w centrum miasta. Ogień łagodnie potraktował ich dom, chociaż dla Rosie ten widok musiał być druzgoczący. Nie czuł też odoru spalonego ciała.
Dźwięk głosu wyrwał go z zamyślenia i obrócił się napięcie, poszukując jego źródła. Skrzatka nie wyglądała najlepiej, ale żyła i skoro wskazywała mu miejsce, jego kryzysowa narzeczona musiała tam być.
- Już idę, zajmę się tym. Zadbaj o siebie, doprowadź się do porządku, bo Panna Greengrass będzie się martwić. - zwrócił się do stworzenia, gdy mijał je na schodach. Nie chciał brzmieć tak, jakby wydawał rozkazy, bo to przecież nie był jego skrzat, ale wiedział, że brunetka by się tym martwiła. Ona się ogólnie rzecz biorąc wieloma rzeczami martwiła, co stanowiło poniekąd jego przeciwieństwo. Schody zaskrzypiały, a Anthony przyśpieszył, kierując się w stronę wskazaną przez Florę, do drzwi, które tkwiły uchylone. Korytarz wydawał mu się wyjątkowo długi, irytująco ciągnący się i pogrążony w półmroku. Zdał sobie sprawę, że nie wiedział, czy powinien zapukać, wchodząc do damskiej sypialni. Prywatnej przestrzeni, w której miała czuć się bezpiecznie i chociaż nie chciał tego psuć, nie zatrzymał się przed drzwiami, nie zapukał.
- Roselyn? Wchodzę. - zakomunikował jej tylko, pchając drewniane skrzydło, które otworzyło się, ukazując wnętrze. Rozejrzał się tylko przelotnie, nie skupiał na szczegółach i zdobieniach, na wystroju, szukając jedynie sylwetki drobnej kobiety. Żołądek mu ścisnęło na jej widok, pięść zacisnęła się, a kolejna fala wyrzutów przemknęła przez jego głowę, odznaczając się dreszczem na karku. Przeklął w myślach, ruszając przed siebie i zaraz znajdując się przed nią, wyciągając w jej stronę dłonie. - Hej, hej.. Rosie, spójrz na mnie. Wszystko dobrze. - starał się brzmieć łagodnie, mówić ciszej niż zwykle, gdy jedną z dłoni przesunął po jej policzku, zgarniając na bok pokryte pyłem pasmo włosów. Była cała brudna. Roztrzęsiona. Nie podobał się Anthonyemu ten widok, sprawiał, że jakaś gula pojawiała się w gardle i nie mógł jej przełknąć. Przyjrzał się jej dokładniej, omiótł spojrzeniem sylwetkę, leniwie przesuwając wzrokiem po odkrytych fragmentach skóry.
- Chodź tu do mnie. - polecił, wciąż łagodnie, cofając się na chwilę – tylko po to, żeby ostrożnie złapać ją w talii i pomóc jej wstać. Nie mogła tak tkwić i się kiwać, pogrążać w strachu i rozpaczy. Anthony potem wziął ją na ręce, ostrożnie przyciągając do siebie i nie bardzo miała, jak od tego uciec. Nie sądził, że zabranie jej z tego pokoju, przynajmniej dopóki się trochę nie uspokoi, będzie właściwie i dobre dla jej głowy, musiał więc korzystać z tego, co miał pod ręką. Może w oczach ich rodziców i rodzin nie było to szczytem przyzwoitości i zachowaniem godnym gentlemana, ale co miał poradzić? Westchnął cicho, poprawił ją sobie w ramionach i obrócił, kierując swoje kroki w stronę jednego z mebli. Podszedł do łóżka i usiadł, sadzając sobie dziewczynę na kolanach. Jedna z jego dłoni obejmowała ją szczelnie w talii, a drugą pogłaskał ją po głosach. Musiała mu powiedzieć, czy wszystko było dobrze, trudno było mu ocenić jej ewentualne obrażenia. - Potrzebujesz uzdrowiciela, mała? - zapytał dla pewności, pamiętając, jak dziadek mówił, że z kobietami najłatwiej rozmawiać poprzez zadawania prostych, czasem oczywistych pytań. Takie, na które musiały dać równie prostą i łatwą do przyswojenia odpowiedź, pozbawioną zbędnej otoczki. Nie wiedział w jakim stanie było jego mieszkanie, ale jeśli nie tam, to weźmie ją po prostu do rezydencji Borginów. Tu zostać nie mogła, na pewno nie sama.
Dźwięk głosu wyrwał go z zamyślenia i obrócił się napięcie, poszukując jego źródła. Skrzatka nie wyglądała najlepiej, ale żyła i skoro wskazywała mu miejsce, jego kryzysowa narzeczona musiała tam być.
- Już idę, zajmę się tym. Zadbaj o siebie, doprowadź się do porządku, bo Panna Greengrass będzie się martwić. - zwrócił się do stworzenia, gdy mijał je na schodach. Nie chciał brzmieć tak, jakby wydawał rozkazy, bo to przecież nie był jego skrzat, ale wiedział, że brunetka by się tym martwiła. Ona się ogólnie rzecz biorąc wieloma rzeczami martwiła, co stanowiło poniekąd jego przeciwieństwo. Schody zaskrzypiały, a Anthony przyśpieszył, kierując się w stronę wskazaną przez Florę, do drzwi, które tkwiły uchylone. Korytarz wydawał mu się wyjątkowo długi, irytująco ciągnący się i pogrążony w półmroku. Zdał sobie sprawę, że nie wiedział, czy powinien zapukać, wchodząc do damskiej sypialni. Prywatnej przestrzeni, w której miała czuć się bezpiecznie i chociaż nie chciał tego psuć, nie zatrzymał się przed drzwiami, nie zapukał.
- Roselyn? Wchodzę. - zakomunikował jej tylko, pchając drewniane skrzydło, które otworzyło się, ukazując wnętrze. Rozejrzał się tylko przelotnie, nie skupiał na szczegółach i zdobieniach, na wystroju, szukając jedynie sylwetki drobnej kobiety. Żołądek mu ścisnęło na jej widok, pięść zacisnęła się, a kolejna fala wyrzutów przemknęła przez jego głowę, odznaczając się dreszczem na karku. Przeklął w myślach, ruszając przed siebie i zaraz znajdując się przed nią, wyciągając w jej stronę dłonie. - Hej, hej.. Rosie, spójrz na mnie. Wszystko dobrze. - starał się brzmieć łagodnie, mówić ciszej niż zwykle, gdy jedną z dłoni przesunął po jej policzku, zgarniając na bok pokryte pyłem pasmo włosów. Była cała brudna. Roztrzęsiona. Nie podobał się Anthonyemu ten widok, sprawiał, że jakaś gula pojawiała się w gardle i nie mógł jej przełknąć. Przyjrzał się jej dokładniej, omiótł spojrzeniem sylwetkę, leniwie przesuwając wzrokiem po odkrytych fragmentach skóry.
- Chodź tu do mnie. - polecił, wciąż łagodnie, cofając się na chwilę – tylko po to, żeby ostrożnie złapać ją w talii i pomóc jej wstać. Nie mogła tak tkwić i się kiwać, pogrążać w strachu i rozpaczy. Anthony potem wziął ją na ręce, ostrożnie przyciągając do siebie i nie bardzo miała, jak od tego uciec. Nie sądził, że zabranie jej z tego pokoju, przynajmniej dopóki się trochę nie uspokoi, będzie właściwie i dobre dla jej głowy, musiał więc korzystać z tego, co miał pod ręką. Może w oczach ich rodziców i rodzin nie było to szczytem przyzwoitości i zachowaniem godnym gentlemana, ale co miał poradzić? Westchnął cicho, poprawił ją sobie w ramionach i obrócił, kierując swoje kroki w stronę jednego z mebli. Podszedł do łóżka i usiadł, sadzając sobie dziewczynę na kolanach. Jedna z jego dłoni obejmowała ją szczelnie w talii, a drugą pogłaskał ją po głosach. Musiała mu powiedzieć, czy wszystko było dobrze, trudno było mu ocenić jej ewentualne obrażenia. - Potrzebujesz uzdrowiciela, mała? - zapytał dla pewności, pamiętając, jak dziadek mówił, że z kobietami najłatwiej rozmawiać poprzez zadawania prostych, czasem oczywistych pytań. Takie, na które musiały dać równie prostą i łatwą do przyswojenia odpowiedź, pozbawioną zbędnej otoczki. Nie wiedział w jakim stanie było jego mieszkanie, ale jeśli nie tam, to weźmie ją po prostu do rezydencji Borginów. Tu zostać nie mogła, na pewno nie sama.