13.11.2025, 00:07 ✶
Peron znów tonął w parze i hałasie - ten sam, co zawsze, a jednak z każdym rokiem, jakby bardziej duszny. Nawet dźwięk gwizdka lokomotywy nie wywoływał już tego znajomego dreszczu podniecenia, był po prostu początkiem kolejnego roku, kolejnego powrotu. Torby, kufry, miotły - wszystko już było wciśnięte na swoje miejsce, górne półki były zapchane po brzegi. Pachniało gumą balonową i słodyczami z wózka, który jeszcze nie przedzierał się przez korytarz, bo nie miałby szans z ludzką masą.
Siedziałem rozwalony przy oknie, z nogą opartą o siedzenie naprzeciwko, żując gumę z leniwą rutyną. Ktoś rzucił papierową kulką w sufit, inna osoba kopnęła mnie w nogę, komentując coś o wycieraniu buta w materiał siedziska, śmialiśmy się z czegoś, co tylko nam wydawało się zabawne, i nikt z zewnątrz pewnie nie zrozumiałby, co właściwie było w tym śmiesznego.
Drzwi przedziału otworzyły się z lekkim zgrzytem. Nie musiałem nawet patrzeć, wiedziałem, zanim jeszcze głos jej brata rozbrzmiał w wejściu, czułem tę zmianę w powietrzu - lekki chłód, jakby ktoś odsunął firankę i wpuścił wiatr. Ruchem podbródka wskazałem mu wolne siedzenie, jedyne jakie zostało, prócz tego pod moimi butami, a guma w moich ustach pękła z cichym trzaskiem.
Nie było miejsca dla niej.
Stała przez chwilę w drzwiach, może licząc, że się przesunę, zdejmę nogi z siedzenia, może że coś się zmieni, ale nikt się nie ruszył. Kumple dalej trajkotali o czymś zupełnie obojętnym, a ja…
Czułem jej wzrok, ten sam, który kiedyś potrafił rozbroić mnie jednym ruchem, teraz chłodny, spokojny, niemal obcy. Spojrzałem na nią krótko, tylko przez sekundę, i wróciłem wzrokiem do okna. Nic nie powiedziałem, jak co roku, siedziałem w tym samym miejscu, tylko że tym razem coś we mnie nie chciało się już śmiać. Żułem gumę, wypuszczając z ust bańkę, która pękła cicho w powietrzu. Mogłem się przesunąć, mogłem powiedzieć cokolwiek, ale nie zrobiłem ani jednego, ani drugiego. Pociąg ruszył. Kiedy odchodziła korytarzem, słyszałem tylko stuk jej kroków. Raz, dwa, trzy - aż dźwięk zagłuszył śmiech kumpli i pociąg ruszył.
Nie patrzyłem za nią, nie wtedy. Byliśmy jak dwa statki mijające się w nocy, każdy w swoim kierunku, każdy z własnym ładunkiem, z którym nie chciał się dzielić.
Siedziałem rozwalony przy oknie, z nogą opartą o siedzenie naprzeciwko, żując gumę z leniwą rutyną. Ktoś rzucił papierową kulką w sufit, inna osoba kopnęła mnie w nogę, komentując coś o wycieraniu buta w materiał siedziska, śmialiśmy się z czegoś, co tylko nam wydawało się zabawne, i nikt z zewnątrz pewnie nie zrozumiałby, co właściwie było w tym śmiesznego.
Drzwi przedziału otworzyły się z lekkim zgrzytem. Nie musiałem nawet patrzeć, wiedziałem, zanim jeszcze głos jej brata rozbrzmiał w wejściu, czułem tę zmianę w powietrzu - lekki chłód, jakby ktoś odsunął firankę i wpuścił wiatr. Ruchem podbródka wskazałem mu wolne siedzenie, jedyne jakie zostało, prócz tego pod moimi butami, a guma w moich ustach pękła z cichym trzaskiem.
Nie było miejsca dla niej.
Stała przez chwilę w drzwiach, może licząc, że się przesunę, zdejmę nogi z siedzenia, może że coś się zmieni, ale nikt się nie ruszył. Kumple dalej trajkotali o czymś zupełnie obojętnym, a ja…
Czułem jej wzrok, ten sam, który kiedyś potrafił rozbroić mnie jednym ruchem, teraz chłodny, spokojny, niemal obcy. Spojrzałem na nią krótko, tylko przez sekundę, i wróciłem wzrokiem do okna. Nic nie powiedziałem, jak co roku, siedziałem w tym samym miejscu, tylko że tym razem coś we mnie nie chciało się już śmiać. Żułem gumę, wypuszczając z ust bańkę, która pękła cicho w powietrzu. Mogłem się przesunąć, mogłem powiedzieć cokolwiek, ale nie zrobiłem ani jednego, ani drugiego. Pociąg ruszył. Kiedy odchodziła korytarzem, słyszałem tylko stuk jej kroków. Raz, dwa, trzy - aż dźwięk zagłuszył śmiech kumpli i pociąg ruszył.
Nie patrzyłem za nią, nie wtedy. Byliśmy jak dwa statki mijające się w nocy, każdy w swoim kierunku, każdy z własnym ładunkiem, z którym nie chciał się dzielić.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)