13.11.2025, 03:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.11.2025, 03:46 przez Benjy Fenwick.)
Wiedziałem, że to kot zostanie, żadne „po Samhain” nie będzie miało znaczenia - już odnalazł swoje miejsce i nikt nie miał go stąd wyrzucić, tym bardziej, że Prue nie pytała, gdzie go znalazłem, i dobrze, bo w tym momencie nie było to istotne. Liczyło się, że trafił w dobre ręce… Nasze ręce. Trzymałem kota wciąż blisko siebie, czując, jak jego drobne ciało powoli się rozluźnia. Prudence mówiła o „na zawsze”, a ja wiedziałem, że miała rację - nie było sensu rozważać żadnych terminów, to maleństwo zostało u nas i już. Przez chwilę spoglądałem w jego oczy, które ostrożnie badały nowe otoczenie, i uświadomiłem sobie, że tak naprawdę to był nasz wspólny wybór, chociaż nie pytałem go o zdanie. Skinąłem głową w milczeniu, to brzmiało jak oczywista oczywistość - skoro już go tu przyniosłem, trudno byłoby dopuścić do tego, żeby zniknął. Zresztą, sam też chyba nie chciałem, żeby odszedł. Świat, który miał wcześniej, był dla niego okrutny. Tutaj mógł przynajmniej oddychać spokojniej.
Jej ciekawość odnośnie mojej historii z karaluchem w uchu wywołała u mnie krótki, niemal niewidoczny uśmiech. Kiedyś miałem jej to opowiedzieć, ale nie teraz, teraz najważniejszy był kot. Reszta… Mogła poczekać. Spojrzałem na Prudence, jej uśmiech był wystarczającą nagrodą za to, że przyniosłem go tutaj, nie było potrzeby słów - wiedziałem, że ten moment zostanie z nami na długo.
Prue dotknęła mojej ręki, pomagając mi pozbyć się przemoczonego płaszcza, który wciąż był jego bezpiecznym schronieniem. Upewniłem się, że kot nadal czuje się bezpiecznie, gdy płaszcz opadł, a ona go odwiesiła. W jej ruchach było tyle ostrożności, tyle ciepła, że zwierzak w końcu zaczął badać otoczenie z prawdziwą ciekawością, zamiast drżeć lub syczeć. Maleństwo spoglądało na nią złotymi, błyszczącymi oczkami, a ja skinąłem głową, chociaż w duchu uznałem, że to wcale nie miało znaczenia, kto „znał go dłużej”. Nie chodziło o jakieś zasługi ani kolejność spotkań - to, że był przy mnie, w moich ramionach, przez pewien czas, nie dawało mi monopolu na decyzje, mimo to, w głowie przewijałem wszystkie możliwe imiona, które pasowałyby do jego maleńkiej, dzikiej, ale już nieco oswojonej natury. Nic - zero. Nie znałem się na takich sprawach, nie za bardzo wiedziałem, jak do tego podejść. Mimo to - próbowałem, coraz dalej odbiegając tokiem myślowym, czego prawdopodobnie nie powinienem był robić. Zaskoczyło mnie, jak nagle moje myśli zostały wyrwane z ciepłego rytmu tego wieczoru. Wystarczyło, że pomyślałem o czymś, o czym nie chciałem myśleć, co skojarzyło mi się z tamtą nocą, i poczułem coś niepokojącego - zimny dreszcz przesunął się po moim karku, a kot, którego trzymałem, natychmiast to wyczuł.
- Nie. - Wymamrotałem pod nosem, zanim jeszcze zdążyłem zrozumieć, co się działo, instynkt, sam w sobie, podpowiedział mi coś znajomego, niepokojącego. Stuknięcia podeszw butów, ciężkie i pewne, przeszły gdzieś między mną a ścianą, a ja poczułem chłód przeszywający skórę. Kroki - te kroki, bliskie, ciężkie, wypełnione czymś… Zgniłym, nieprzyjemnym, jakby samo powietrze wokół pulsowało jego obecnością. Smród zgnilizny duszy, której nie dało się wytłumaczyć racjonalnie. Przez moment chciałem sobie wmówić, że to halucynacje, tylko moje zmęczenie albo wyobraźnia robią ze mnie wariata, ale niepokój przyszedł nagle, zbyt realny, żeby go zignorować. Czułem, jak panika zaczyna ściskać mnie od środka - to nie był zwykły strach, to była przeczuwalna, zimna obecność, której nie potrafiłem odepchnąć. Bezwiednie puściłem kota, który wypadł z moich ramion i odskoczył w bok, w poszukiwaniu bezpiecznego kąta. Nie spodziewałem się, że coś takiego uderzy mnie wprost w głowę. Myśli o kocie w jednej chwili zderzyły się z czymś zupełnie innym, czymś, co wbiło mnie w miejsce, w którym nie chciałem być. Nadal słyszałem kroki i czułem ten smród, tak gęsty, że niemal wnikał pod skórę, niepokojący, chorobliwy. Przełknięcie śliny utkwiło mi w gardle, a serce zaczęło walić tak mocno, że każdy oddech wydawał się zbyt głośny.
Odruchowo spojrzałem w twarz Prue, dostrzegając na niej cień, bardzo realny, pochodzący z zewnątrz cień, który przesunął się po jej ciepłych rysach, i nagle cały świat zwęził się do jednej myśli - tego, że coś zbliżało się zbyt szybko, nie mogłem tego powstrzymać. Uczucie zgnilizny, ciężaru, smrodu, który nie pochodził od niczego materialnego, wcisnęło się w mój umysł i ciało. Nie odezwałem się, nie chciałem stresować Prudence ani zwierzęcia, ale każdy ruch, każdy mój kolejny oddech był kolejny raz naznaczony świadomością, że ten cień nie znikał tak łatwo, nawet w najbezpieczniejszym kącie. Wiedziałem, że prędzej czy później, wszystko, co ze mną związane, zacznie się psuć.
Obróciłem się na pięcie, kierując się w stronę łazienki, zanim rozum zdążył przetworzyć to, co się działo. Drzwi trzasnęły zbyt głośno, echo odbiło się od ścian. Oparłem dłonie o umywalkę, a czoło o lustro, próbując złapać oddech, ale żołądek już się buntował - czułem na sobie zapach herbaty, ciepło, które przed chwilą jeszcze znaczyło bezpieczeństwo, ale teraz dławiło - wymioty przyszły falą, gwałtowną, czyszczącą tylko powierzchnię, zostawiając wewnątrz ten sam strach, ten sam jad, którego nie dało się wypłukać. Serce waliło mi w uszach, a dreszcze przebiegały po całym ciele. Zamarłem na klęczkach, słysząc jedynie własny oddech i to niepokojące echo kroków, które wciąż brzmiało mi w głowie. Nie potrafiłem od tego uciec, nie teraz, nie wcale, nawet gdy już myślałem, że było lepiej, jedynie światło łazienki i zimne kafle pod rękami dawały mi jakąś, choćby minimalną kotwicę w rzeczywistości.
Chciałem, żeby było dobrze. Chciałem spokoju, ciepła i bezpieczeństwa, i zawiodłem - w jej przytulnym mieszkanku, w naszym tymczasowym wycinku raju, w miejscu, gdzie wszystko miało być prawdziwe i bezpieczne. Było tylko jedno, co mogłem zrobić w tym momencie, ale nie wiedziałem, czy starczy mi siły…
Jej ciekawość odnośnie mojej historii z karaluchem w uchu wywołała u mnie krótki, niemal niewidoczny uśmiech. Kiedyś miałem jej to opowiedzieć, ale nie teraz, teraz najważniejszy był kot. Reszta… Mogła poczekać. Spojrzałem na Prudence, jej uśmiech był wystarczającą nagrodą za to, że przyniosłem go tutaj, nie było potrzeby słów - wiedziałem, że ten moment zostanie z nami na długo.
Prue dotknęła mojej ręki, pomagając mi pozbyć się przemoczonego płaszcza, który wciąż był jego bezpiecznym schronieniem. Upewniłem się, że kot nadal czuje się bezpiecznie, gdy płaszcz opadł, a ona go odwiesiła. W jej ruchach było tyle ostrożności, tyle ciepła, że zwierzak w końcu zaczął badać otoczenie z prawdziwą ciekawością, zamiast drżeć lub syczeć. Maleństwo spoglądało na nią złotymi, błyszczącymi oczkami, a ja skinąłem głową, chociaż w duchu uznałem, że to wcale nie miało znaczenia, kto „znał go dłużej”. Nie chodziło o jakieś zasługi ani kolejność spotkań - to, że był przy mnie, w moich ramionach, przez pewien czas, nie dawało mi monopolu na decyzje, mimo to, w głowie przewijałem wszystkie możliwe imiona, które pasowałyby do jego maleńkiej, dzikiej, ale już nieco oswojonej natury. Nic - zero. Nie znałem się na takich sprawach, nie za bardzo wiedziałem, jak do tego podejść. Mimo to - próbowałem, coraz dalej odbiegając tokiem myślowym, czego prawdopodobnie nie powinienem był robić. Zaskoczyło mnie, jak nagle moje myśli zostały wyrwane z ciepłego rytmu tego wieczoru. Wystarczyło, że pomyślałem o czymś, o czym nie chciałem myśleć, co skojarzyło mi się z tamtą nocą, i poczułem coś niepokojącego - zimny dreszcz przesunął się po moim karku, a kot, którego trzymałem, natychmiast to wyczuł.
- Nie. - Wymamrotałem pod nosem, zanim jeszcze zdążyłem zrozumieć, co się działo, instynkt, sam w sobie, podpowiedział mi coś znajomego, niepokojącego. Stuknięcia podeszw butów, ciężkie i pewne, przeszły gdzieś między mną a ścianą, a ja poczułem chłód przeszywający skórę. Kroki - te kroki, bliskie, ciężkie, wypełnione czymś… Zgniłym, nieprzyjemnym, jakby samo powietrze wokół pulsowało jego obecnością. Smród zgnilizny duszy, której nie dało się wytłumaczyć racjonalnie. Przez moment chciałem sobie wmówić, że to halucynacje, tylko moje zmęczenie albo wyobraźnia robią ze mnie wariata, ale niepokój przyszedł nagle, zbyt realny, żeby go zignorować. Czułem, jak panika zaczyna ściskać mnie od środka - to nie był zwykły strach, to była przeczuwalna, zimna obecność, której nie potrafiłem odepchnąć. Bezwiednie puściłem kota, który wypadł z moich ramion i odskoczył w bok, w poszukiwaniu bezpiecznego kąta. Nie spodziewałem się, że coś takiego uderzy mnie wprost w głowę. Myśli o kocie w jednej chwili zderzyły się z czymś zupełnie innym, czymś, co wbiło mnie w miejsce, w którym nie chciałem być. Nadal słyszałem kroki i czułem ten smród, tak gęsty, że niemal wnikał pod skórę, niepokojący, chorobliwy. Przełknięcie śliny utkwiło mi w gardle, a serce zaczęło walić tak mocno, że każdy oddech wydawał się zbyt głośny.
Odruchowo spojrzałem w twarz Prue, dostrzegając na niej cień, bardzo realny, pochodzący z zewnątrz cień, który przesunął się po jej ciepłych rysach, i nagle cały świat zwęził się do jednej myśli - tego, że coś zbliżało się zbyt szybko, nie mogłem tego powstrzymać. Uczucie zgnilizny, ciężaru, smrodu, który nie pochodził od niczego materialnego, wcisnęło się w mój umysł i ciało. Nie odezwałem się, nie chciałem stresować Prudence ani zwierzęcia, ale każdy ruch, każdy mój kolejny oddech był kolejny raz naznaczony świadomością, że ten cień nie znikał tak łatwo, nawet w najbezpieczniejszym kącie. Wiedziałem, że prędzej czy później, wszystko, co ze mną związane, zacznie się psuć.
Obróciłem się na pięcie, kierując się w stronę łazienki, zanim rozum zdążył przetworzyć to, co się działo. Drzwi trzasnęły zbyt głośno, echo odbiło się od ścian. Oparłem dłonie o umywalkę, a czoło o lustro, próbując złapać oddech, ale żołądek już się buntował - czułem na sobie zapach herbaty, ciepło, które przed chwilą jeszcze znaczyło bezpieczeństwo, ale teraz dławiło - wymioty przyszły falą, gwałtowną, czyszczącą tylko powierzchnię, zostawiając wewnątrz ten sam strach, ten sam jad, którego nie dało się wypłukać. Serce waliło mi w uszach, a dreszcze przebiegały po całym ciele. Zamarłem na klęczkach, słysząc jedynie własny oddech i to niepokojące echo kroków, które wciąż brzmiało mi w głowie. Nie potrafiłem od tego uciec, nie teraz, nie wcale, nawet gdy już myślałem, że było lepiej, jedynie światło łazienki i zimne kafle pod rękami dawały mi jakąś, choćby minimalną kotwicę w rzeczywistości.
Chciałem, żeby było dobrze. Chciałem spokoju, ciepła i bezpieczeństwa, i zawiodłem - w jej przytulnym mieszkanku, w naszym tymczasowym wycinku raju, w miejscu, gdzie wszystko miało być prawdziwe i bezpieczne. Było tylko jedno, co mogłem zrobić w tym momencie, ale nie wiedziałem, czy starczy mi siły…
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)