13.11.2025, 15:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.11.2025, 15:55 przez Benjy Fenwick.)
Zaczęło się od kota. Nie tego, który teraz siedział w jej mieszkanku, ale tamtego - na balkonie jednej z kamienic, zanim jeszcze wszystko się posypało. Później tamten pożar, wszechobecne płomienie, plac przed Ministerstwem, jeden pocałunek, spojrzenie oczu w ledwo rozświetlonej piwnicy. Wtedy pomyślałem, że to znak - wreszcie coś się odwraca, może nawet ja mam prawo do odrobiny ciepła, jeśli tylko będę wystarczająco uważny. Naiwne, jak na kogoś, kto widział już, jak kończą się wszystkie dobre rzeczy, ale wtedy nie chciałem powtarzać sobie, że wszystko, czego dotknę, i tak się rozsypie. Chciałem, żeby było normalnie, nie idealnie - na to i tak nie miałem dostatecznie dużo złudzeń, po prostu zwyczajnie, żeby można było wstać rano, wypić kawę, usłyszeć, jak ktoś chodzi po kuchni - by wiedzieć, że to życie, a nie resztka snu. Prudence dawała mi to przez chwilę, w jakiś niewytłumaczalny sposób, miała w sobie coś, co rozbrajało nawet moje najtwardsze zabezpieczenia, ale to nie trwało długo. Zawsze tak było, przy mnie wszystko się psuło ludzie, miejsca, uczucia - wystarczyło, że się zbliżę. Chciałem wytłumaczyć to sobie po kolei, znaleźć źródło, początek, winnego, ale winny byłem tylko ja. Może to te wszystkie miejsca, które odwiedziłem, może klątwy, które łamałem, zostawiały coś po sobie, jak toksyny, które z czasem wsiąkają w krew, a może po prostu coś się we mnie rozpadło, gdy porzuciłem rodzinną powinność, i nie umiałem tego poskładać, bo zawsze było mi pisane bycie czyimś boginem.
Kiedy patrzyłem w lustro po tym wszystkim, z ustami jeszcze gorzkimi od żółci, widziałem coś obcego - nie kogoś, tylko coś, co tylko udawało, że jest mną. Odgarnąłem włosy, przemyłem twarz, spojrzałem prosto w swoje oczy i nic w nich nie zobaczyłem - żadnej iskry, żadnego człowieka, tylko pustkę, która się rozlewała coraz szerzej - twarz, która nie wyglądała już jak moja, blizny, zasinienia, oczy podkrążone jak u człowieka, który zbyt długo patrzył w mrok. Próbowałem zetrzeć to spojrzenie zimną wodą, ale nie dało się. Woda w kranie szumiała, odbijając się od zlewu. Przepłukałem usta, potem myłem zęby długo, zbyt długo, aż dziąsła zaczęły krwawić. Potrzebowałem czuć metaliczny smak, coś realnego. Lustro parowało, a ja patrzyłem w swoje odbicie, nic nie widząc.
Wyszedłem z łazienki tak cicho, jak tylko potrafiłem. Nie dlatego, że się skradałem, ale dlatego, że to już weszło mi w krew - poruszać się, nie robiąc hałasu, oddychać, nie zdradzając obecności. Cichość to przetrwanie. Prudence siedziała w salonie, z kotem wtulonym w kolana. Światło lampy było miękkie, ciepłe, pasowało do niej, do mnie - nie. Wszystko wyglądało jak kadr z życia, które mogło być moje, gdybym tylko był kimś innym, gdybym potrafił zostać, ale każda sekunda dłużej była jak próba trzymania w dłoni czegoś, co już się rozpadało. Wystarczyła chwila, cień, załamanie światła w jej mieszkaniu, żeby to miejsce przestało być bezpieczne. Zatrzymałem się w progu, nawet nie oddychając, nie chciałem, żeby mnie usłyszała. Chciałem ją tylko zapamiętać taką - spokojną, skupioną na czymś niewinnym, z ręką pogrążoną w czarnym futerku. Nie wiedziała, co się działo w mojej głowie, nie mogła, te kroki, ten odór zgnilizny, cień, który przeszedł przez jej twarz, nie istniały dla nikogo poza mną, ale ja je czułem. Czułem to wszystko, tak duszące, jakby ktoś założył mi klamrę na kark, niewidzialny łańcuch na szyję, i powoli go zaciskał. To nie był lęk - to była świadomość, zimna, ostra, prawdziwa, że jeśli zostanę tu dłużej, w końcu coś bezpowrotnie przepadnie, i, co gorsza, nie będę to ja. Powinienem się odezwać, lowiedzieć, że przepraszam, to nie ona, że to ja, coś jest ze mną nie tak, czasem słyszę szepty, których nie ma, i że boję się, że pewnego dnia coś przez mnie przejdzie, ale każde słowo byłoby kłamstwem - bo to już się stało. Język przykleił mi się do podniebienia, a głos utknął gdzieś głęboko, gardło nie pozwalało mi wydać z siebie dźwięku. Nie chciałem, żeby patrzyła na mnie jak na kogoś, kogo trzeba ratować - nigdy nie chciałem być tym, którego się żałuje. Więc nie powiedziałem nic, po prostu odwróciłem się, sięgnąłem po kurtkę, zostawiając płaszcz na wieszaku. Wyszedłem, bez słowa, deszcz wsiąkał w materiał, w skórę, w myśli, ulica była pusta, tylko latarnie odbijały się w mokrym bruku. Szedłem bez celu, przed siebie, byle dalej.
Chciałem, żeby było normalnie, naprawdę chciałem, ale dla kogoś takiego jak ja, normalność to tylko miraż, a każdy, kto się do mnie zbliży, prędzej czy później tonie razem ze mną.
Kiedy patrzyłem w lustro po tym wszystkim, z ustami jeszcze gorzkimi od żółci, widziałem coś obcego - nie kogoś, tylko coś, co tylko udawało, że jest mną. Odgarnąłem włosy, przemyłem twarz, spojrzałem prosto w swoje oczy i nic w nich nie zobaczyłem - żadnej iskry, żadnego człowieka, tylko pustkę, która się rozlewała coraz szerzej - twarz, która nie wyglądała już jak moja, blizny, zasinienia, oczy podkrążone jak u człowieka, który zbyt długo patrzył w mrok. Próbowałem zetrzeć to spojrzenie zimną wodą, ale nie dało się. Woda w kranie szumiała, odbijając się od zlewu. Przepłukałem usta, potem myłem zęby długo, zbyt długo, aż dziąsła zaczęły krwawić. Potrzebowałem czuć metaliczny smak, coś realnego. Lustro parowało, a ja patrzyłem w swoje odbicie, nic nie widząc.
Wyszedłem z łazienki tak cicho, jak tylko potrafiłem. Nie dlatego, że się skradałem, ale dlatego, że to już weszło mi w krew - poruszać się, nie robiąc hałasu, oddychać, nie zdradzając obecności. Cichość to przetrwanie. Prudence siedziała w salonie, z kotem wtulonym w kolana. Światło lampy było miękkie, ciepłe, pasowało do niej, do mnie - nie. Wszystko wyglądało jak kadr z życia, które mogło być moje, gdybym tylko był kimś innym, gdybym potrafił zostać, ale każda sekunda dłużej była jak próba trzymania w dłoni czegoś, co już się rozpadało. Wystarczyła chwila, cień, załamanie światła w jej mieszkaniu, żeby to miejsce przestało być bezpieczne. Zatrzymałem się w progu, nawet nie oddychając, nie chciałem, żeby mnie usłyszała. Chciałem ją tylko zapamiętać taką - spokojną, skupioną na czymś niewinnym, z ręką pogrążoną w czarnym futerku. Nie wiedziała, co się działo w mojej głowie, nie mogła, te kroki, ten odór zgnilizny, cień, który przeszedł przez jej twarz, nie istniały dla nikogo poza mną, ale ja je czułem. Czułem to wszystko, tak duszące, jakby ktoś założył mi klamrę na kark, niewidzialny łańcuch na szyję, i powoli go zaciskał. To nie był lęk - to była świadomość, zimna, ostra, prawdziwa, że jeśli zostanę tu dłużej, w końcu coś bezpowrotnie przepadnie, i, co gorsza, nie będę to ja. Powinienem się odezwać, lowiedzieć, że przepraszam, to nie ona, że to ja, coś jest ze mną nie tak, czasem słyszę szepty, których nie ma, i że boję się, że pewnego dnia coś przez mnie przejdzie, ale każde słowo byłoby kłamstwem - bo to już się stało. Język przykleił mi się do podniebienia, a głos utknął gdzieś głęboko, gardło nie pozwalało mi wydać z siebie dźwięku. Nie chciałem, żeby patrzyła na mnie jak na kogoś, kogo trzeba ratować - nigdy nie chciałem być tym, którego się żałuje. Więc nie powiedziałem nic, po prostu odwróciłem się, sięgnąłem po kurtkę, zostawiając płaszcz na wieszaku. Wyszedłem, bez słowa, deszcz wsiąkał w materiał, w skórę, w myśli, ulica była pusta, tylko latarnie odbijały się w mokrym bruku. Szedłem bez celu, przed siebie, byle dalej.
Chciałem, żeby było normalnie, naprawdę chciałem, ale dla kogoś takiego jak ja, normalność to tylko miraż, a każdy, kto się do mnie zbliży, prędzej czy później tonie razem ze mną.
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)