– Tak, zdecydowanie – zgodziła się, że będzie trzeba tutaj ściągnąć ludzi i już na samą myśl zaczynała ją boleć głowa. Cokolwiek tutaj było… nie działo się dobrze i najchętniej wymasowałaby sobie mózg. Jakby mało miała na głowie problemów. Jasne – zawsze mogły się z siostrami przenieść do Maida Vale, ale na ile mogła, wolała nie wpaść ponownie w sidła matki. Lepiej jej się żyło, trzymając Isabelle Lestrange na odległość ramienia co najmniej i swoje siostry, na ile same tego chciały i mogła, też wolała od matki odciągnąć…
Nie wiedziała, że Longbottomom też zrobiono taką makabryczną niespodziankę i teraz tym bardziej czuła wewnątrz jakieś takie narastające uczucie niepewności i strachu, a było to dla Victorii poczucie dość nowe. Rzadko kiedy się bała, ale nie była przecież pozbawioną emocji osobą, za którą miało ją sporo ludzi. Spojrzała też współczująco na Brennę.
– Jakby wystarczającą wiadomością nie było to, co zrobiono z naszymi domami – mruknęła w odpowiedzi. Bo tak, uważała, że to była wiadomość właśnie za to, co stało się w Limbo. I ona i Atreus ponieśli tamtej nocy cenę… Bulstrode tym większą, bo jego strata była nie do odrobienia – psychiczna, bolesna rana na sercu. U niej mogło się to skończyć podobnie, gdyby w domu był ojciec, bo siostry i matka na ogień były odporne, o czym nie musiał wiedzieć każdy, ale i tak… stracili calutki dobytek. Nie mogła tego odebrać inaczej, niż jak wiadomość, jak ostrzeżenie, że następnym razem może to być ktoś inny. Longbottomowie się nie podporządkowali i również płacili cenę, tym mniejszą, bo żaden z nich nie zignorował bezpośredniego polecenia, by pokłonić się przed samozwańczym Lordem, ale przeklęcie domu też było mocną karą, bardzo wymowną. A te ołtarzyki, kości… Może ktoś się tylko bawił, a może była to kolejna wiadomość: naznaczenie ich w jakiś sposób. – Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nasz dom spłonął przeze mnie – stwierdziła po prostu. – Ale może te dziwne rzeczy na Mabon to faktycznie tylko zbieg okoliczności. Tamte laleczki były ładnie zrobione, nie cuchnęły czarną magią – a tutaj? Czy tu cuchnęło? Nie czuła niczego aż tak charakterystycznego, oprócz zwyczajowego zapachu jakiego można się było spodziewać w piwniczce. Posmutniała trochę, ale nie wyglądała na zaskoczoną, kiedy słuchała teorii Brenny – wcale nie takiej znowu paranoicznej. Ale może obie nabawiły się paranoi, tylko czy ktoś mógłby je winić? – Zastanawiałam się ciągle, czy ta kobieta będzie się próbowała jakoś zemścić – odparła po chwili. – Ale może to faktycznie ktoś inny, kto połączył kropki. Albo może nawet ona. Albo… Przyszło mi jeszcze coś do głowy. Pamiętasz tego świra atakującego w snach? Wchodził do zamkniętych pomieszczeń, równie dobrze mógłby się dostać też tutaj… – do pomieszczenia, które nie miało więcej przejść, a to jedno było w jakiś sposób… zaczarowane? Ukryte? Tak czy siak… nie znały celu tego ołtarza i bębna, a dodając wszystko co działo się w tej kamienicy, wniosek był prosty i Brenna powiedziała go już na głos: lepiej było tu nie mieszkać. A przynajmniej do czasu gruntownego sprawdzenia przez klątwołamaczy i innych.
Lestrange rozejrzała się jeszcze raz dookoła, szukając czegokolwiek co mogłoby naprowadzić na jakieś wnioski. Tych jednak nie było.
– Ale masz rację. To chyba pora odwiedzić miejsca, które oglądałam i zapytać, czy oferta sprzedaży wciąż aktualna. To i tak miał być tylko przystanek – wymamrotała czując już ciężar tego, co miało ją czekać: kolejna przeprowadzka.