14.11.2025, 17:49 ✶
Każdy, kto znał Dægberhta Flinta wiedział, że obchody wszelkich świąt Koła Roku były dla niego niezwykle ważne. Chłopak nie pogardziłby większym sabatem z okazji Mabon, takim przypominającym mu, że do Anglii warto było wracać, ale nie brak mu było piątej klepki – w pełni rozumiał, dlaczego w tym roku zorganizowano jedynie zakurzony kiermasz, a większość czarodziejów wolała spędzić ten czas w zamkniętym, bezpiecznym gronie rodzinnym.
On też miał dużą, wartą uwagi rodzinę, wiecie?
Miał rodziców, od których bardzo sprawnie uciekł, żeby nie wysłuchiwać kolejnej przydługiej wypowiedzi ojca o tym, jak bezużyteczny był w tym co robił, skoro tak często przychodziło im dokładać do jego interesów.
Miał dziadków, którzy zdawali się nie zauważać go od czasu rozwodu.
Miał też (byłą)żonę i córkę. Tę drugą łatwo było przeoczyć przez wzgląd na to, jak mało spędzał z nią czasu, (byłej)żony natomiast nie sposób było zignorować, kiedy stała na ulicy i krzyczała na niego z kolejnego z tysiąca zrozumiałych powodów, a on nieruchomy i sztywny uśmiechał się tylko, cudem powstrzymując drganie powieki mogące zdemaskować go w tym, jak bardzo miał ochotę rzucić w nią wszystkimi trzymanymi przez siebie pakunkami i uciec w szkockie góry. Z jednej strony nie chciał, żeby go ktokolwiek w tym stanie zobaczył, z drugiej wydawało mu się, że mogłoby mu to pomóc – gdyby wszyscy zobaczyli, że on czasami też mierzy się z agresją i niesprawiedliwością, nawet jeżeli to on dopuścił się do skruszenia fundamentów ich małżeństwa.
Abigail radziła sobie z tym na swój sposób. Czmychnęła rodzicom, poprawiając czerwony kubraczek, w którym wyglądała jak wielka truskawka i poszła przodem w kierunku Necronomiconu, będącego docelowym miejscem ich spaceru. To ona pierwsza zapukała do drzwi, wspięła się na ten jakże niebezpieczny stopień (i była z siebie bardzo dumna!), a także przywitała z każdym, kto był na tę kolację zaproszony. Jej ojciec, pachnący przepięknym, różanym zapachem (a to było do niego niepodobne) dołączył do niej później, utrzymując szeroki uśmiech, mający zamaskować to, że przed chwilą Vivi prysnęła mu perfumami prosto w twarz.
Nie zamierzał poruszać tego tematu z nikim innym niż Peregrin. Nie lubił słuchać o tym, że sobie na takie zachowanie w pełni zasłużył, a kobiety... cóż, lubiły stawać po swojej stronie i odrobinę im się nie dziwił. Nie znaczyło to oczywiście, że w pomieszczeniu znajdowały się osoby, których nie darzył sympatią lub szacunkiem – zdarzało mu się zaplątać we własnych przemyśleniach*, po prostu... Kiedy człowiek nie może kłamać, a przysięgę złożoną Matce traktował BARDZO poważnie, lepiej się było w pewne dyskusje nie wdawać.
Ograniczył się do bycia dobrym gościem. Dobry gość uśmiechał się szeroko, przynosił prezenty (mimo otrzymanego listu obyło się bez biedronek, ale to nie znaczyło, że przyszedł z pustymi rękoma – przyniósł dwie puszki ziołowego naparu, jakiego się w Anglii dostać nie dało, bo go sam skomponował z liści zwiezionych zewsząd, plecionki z Ameryki Południowej odstraszające złe duchy, wino z Whitecroft i absurdalną ilość „nieodpakowanych” kasztanów, na których przyniesienie głośno nalegała jego córka), witał się z Lorraine w progu, a później innych witał równie serdecznie. Dobry gość zachwycał się głośno posągiem:
– Jakiż to piękny, czarujący twór ludzkich rąk.
Zachowywał też komplementy odnośnie potraw do czasu aż ich nie spróbuje, bo nikt nie lubił pustych słów.
– Abbie, a co mieliśmy powiedzieć?
Młoda Flintówna nabrała powietrza w usta i oboje powiedzieli chórem:
– Dziękujemy za zaproszenie.
Jeżeli im się to udało, chcieli tymi podziękowaniami poczęstować nie tylko Lorraine, ale również (a może nawet i głównie), twórczynię zaproszenia, czyli Fridę. Nie miał jeszcze okazji jej wyczuć, zorientować się jakim dzieckiem była, na co sobie pozwalała, a co nie.
* – Ciężko być mężczyzną przy Lorraine. Kiedy z jednej strony widzisz w niej swoją siostrę – czarującą wilę Wulfwyn – i niby myślisz o kimś, z kim dzieliłeś krew i rodziców, za kogo oddałbyś swoje życie tak jak za Abigail, a później... kiedy wyobrażałeś sobie kogoś o urodzie panny Malfoy skąpanego w blasku księżyca, oblanego wodą leśnej sadzawki, budziły się w tobie popędy, których zdecydowanie nie chciałeś czuć przy rodzonej siostrze. Nie był złym człowiekiem, prawda? To nawet nie było tak, że chciał cokolwiek z tymi myślami zrobić. Ale one pojawiały się znikąd, atakowały go, były tak piekielnie intruzywne... Piekielnie? Nie, to co sobie wyobrażał, nie mogło być żadnym piekłem, nie mogło być karą. Po prostu było podszyte skojarzeniami obdzierającymi to z czystości.
PS. Popłynęłam i zabrakło mi słów na opis stroju - ma na sobie długą, czarną, czarodziejską szatę z koronkowymi rękawami i płaszcz. Tak, wyobrażałam to sobie jako losową sukienkę z Reserved.
On też miał dużą, wartą uwagi rodzinę, wiecie?
Miał rodziców, od których bardzo sprawnie uciekł, żeby nie wysłuchiwać kolejnej przydługiej wypowiedzi ojca o tym, jak bezużyteczny był w tym co robił, skoro tak często przychodziło im dokładać do jego interesów.
Miał dziadków, którzy zdawali się nie zauważać go od czasu rozwodu.
Miał też (byłą)żonę i córkę. Tę drugą łatwo było przeoczyć przez wzgląd na to, jak mało spędzał z nią czasu, (byłej)żony natomiast nie sposób było zignorować, kiedy stała na ulicy i krzyczała na niego z kolejnego z tysiąca zrozumiałych powodów, a on nieruchomy i sztywny uśmiechał się tylko, cudem powstrzymując drganie powieki mogące zdemaskować go w tym, jak bardzo miał ochotę rzucić w nią wszystkimi trzymanymi przez siebie pakunkami i uciec w szkockie góry. Z jednej strony nie chciał, żeby go ktokolwiek w tym stanie zobaczył, z drugiej wydawało mu się, że mogłoby mu to pomóc – gdyby wszyscy zobaczyli, że on czasami też mierzy się z agresją i niesprawiedliwością, nawet jeżeli to on dopuścił się do skruszenia fundamentów ich małżeństwa.
Abigail radziła sobie z tym na swój sposób. Czmychnęła rodzicom, poprawiając czerwony kubraczek, w którym wyglądała jak wielka truskawka i poszła przodem w kierunku Necronomiconu, będącego docelowym miejscem ich spaceru. To ona pierwsza zapukała do drzwi, wspięła się na ten jakże niebezpieczny stopień (i była z siebie bardzo dumna!), a także przywitała z każdym, kto był na tę kolację zaproszony. Jej ojciec, pachnący przepięknym, różanym zapachem (a to było do niego niepodobne) dołączył do niej później, utrzymując szeroki uśmiech, mający zamaskować to, że przed chwilą Vivi prysnęła mu perfumami prosto w twarz.
Nie zamierzał poruszać tego tematu z nikim innym niż Peregrin. Nie lubił słuchać o tym, że sobie na takie zachowanie w pełni zasłużył, a kobiety... cóż, lubiły stawać po swojej stronie i odrobinę im się nie dziwił. Nie znaczyło to oczywiście, że w pomieszczeniu znajdowały się osoby, których nie darzył sympatią lub szacunkiem – zdarzało mu się zaplątać we własnych przemyśleniach*, po prostu... Kiedy człowiek nie może kłamać, a przysięgę złożoną Matce traktował BARDZO poważnie, lepiej się było w pewne dyskusje nie wdawać.
Ograniczył się do bycia dobrym gościem. Dobry gość uśmiechał się szeroko, przynosił prezenty (mimo otrzymanego listu obyło się bez biedronek, ale to nie znaczyło, że przyszedł z pustymi rękoma – przyniósł dwie puszki ziołowego naparu, jakiego się w Anglii dostać nie dało, bo go sam skomponował z liści zwiezionych zewsząd, plecionki z Ameryki Południowej odstraszające złe duchy, wino z Whitecroft i absurdalną ilość „nieodpakowanych” kasztanów, na których przyniesienie głośno nalegała jego córka), witał się z Lorraine w progu, a później innych witał równie serdecznie. Dobry gość zachwycał się głośno posągiem:
– Jakiż to piękny, czarujący twór ludzkich rąk.
Zachowywał też komplementy odnośnie potraw do czasu aż ich nie spróbuje, bo nikt nie lubił pustych słów.
– Abbie, a co mieliśmy powiedzieć?
Młoda Flintówna nabrała powietrza w usta i oboje powiedzieli chórem:
– Dziękujemy za zaproszenie.
Jeżeli im się to udało, chcieli tymi podziękowaniami poczęstować nie tylko Lorraine, ale również (a może nawet i głównie), twórczynię zaproszenia, czyli Fridę. Nie miał jeszcze okazji jej wyczuć, zorientować się jakim dzieckiem była, na co sobie pozwalała, a co nie.
* – Ciężko być mężczyzną przy Lorraine. Kiedy z jednej strony widzisz w niej swoją siostrę – czarującą wilę Wulfwyn – i niby myślisz o kimś, z kim dzieliłeś krew i rodziców, za kogo oddałbyś swoje życie tak jak za Abigail, a później... kiedy wyobrażałeś sobie kogoś o urodzie panny Malfoy skąpanego w blasku księżyca, oblanego wodą leśnej sadzawki, budziły się w tobie popędy, których zdecydowanie nie chciałeś czuć przy rodzonej siostrze. Nie był złym człowiekiem, prawda? To nawet nie było tak, że chciał cokolwiek z tymi myślami zrobić. Ale one pojawiały się znikąd, atakowały go, były tak piekielnie intruzywne... Piekielnie? Nie, to co sobie wyobrażał, nie mogło być żadnym piekłem, nie mogło być karą. Po prostu było podszyte skojarzeniami obdzierającymi to z czystości.
PS. Popłynęłam i zabrakło mi słów na opis stroju - ma na sobie długą, czarną, czarodziejską szatę z koronkowymi rękawami i płaszcz. Tak, wyobrażałam to sobie jako losową sukienkę z Reserved.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr