Tak, to też – był to główny powód, dla którego spłonął ich dom: Voldemort i jego zgraja, nie zamierzała temu zaprzeczać. I nie była to jakkolwiek pocieszająca myśl. Voldemort uczynił temu światu wiele zła, a Anglię zostawił z otwartą, ropiejącą raną. Victoria starała się zrobić wiele, by ochronić swoich bliskich, a podczas Spalonej Nocy robiła co mogła na ulicach Londynu, to jednak było niewystarczająco. Nie mogła zapobiec pożarom. I nie mogła pomóc swojej rodzinie, a o spalonym domu dowiedziała się dzień później. Uśmiechnęła się przy tym smutno do Brenny, bo nie wierzyła, że to, jak do zera spłonął ich dom, to był przypadek. I przy tym wiedziała, że mogło być gorzej. I nie czuła się też przy tym poszkodowana bardziej, niż inni – Lestrange nie byli w końcu jedyni.
– Masz na myśli te kości? – w sensie te podrzucone Longbottomom. Lestrange nie znała się aż tak dobrze na widmowidzeniu, na tym, jakie warunki trzeba dokładnie spełnić, wiedziała tylko, że widmowidz potrzebuje przedmiotu do rozczytania i świec.
– Powiedzieliby ci pewnie, że mają teraz ważniejsze rzeczy do roboty. Ale myślę, że zawsze mają jakieś ważniejsze rzeczy. Złożyłam do Harper prośbę, żeby mnie wpuścili na Polanę Ognisk, bo mam już dość tego ciągłego czekania na ich łaskawe wnioski z czegokolwiek i powiedziała mi wtedy, mniej więcej, że Niewymowni ryzykują życiem dla sprawy. Ale mam podobne zdanie do twojego – w Victorii było mnóstwo frustracji, bo nie wiedziała, czy niewymowni nie dzielą się informacjami bo ich nie mają, czy dlatego, że było im to nie na rękę i popsułoby aurę tajemniczości. W każdym razie Spalona Noc nie przyspieszyła tego procesu. – Tak jakbyśmy my wszyscy nie ryzykowali – wyprostowała palce dłoni i spojrzała na nie, nim zacisnęła je ponownie w pięści. – Chyba nic tu po nas… O ile nie masz zamiaru zagrać na bębenku, to możemy wyłazić – łypnęła jeszcze raz na zakrwawiony bęben, rzuciła ostatnie spojrzenie na cholery ołtarz i w zasadzie mogły wyjść.
– Zaręczona? – powtórzyła za Brenną zaskoczona, gdy wyłaziła ostrożnie po drabinie. Skąd taka myśl u przyjaciółki? Brunetka nie połączyła ewidentnych kropek i odpowiedziała jej dopiero, gdy już wylazła z dziury i swoim zwyczajem (nie umiała powstrzymać odruchu) strzepywała właśnie kurz z ramion, brzucha i nóg energicznymi ruchami. Nie znosiła brudu. – Nie, nie jestem. Czemu? – szukała w Brennie odpowiedzi, patrząc na nią z konsternacją.
Przeniosła jeszcze spojrzenie na dziurę w podłodze i klapie, myśląc sobie, jak je najlepiej zabezpieczyć skoro mają wezwać Ministerstwo i wtedy… No cóż. Victoria pomyślała sobie że ma zwidy i w bardzo obcym dla niej geście uniosła dłonie do oczu i przetarła powieki pięściami. Na nic się to jednak zdało, bo nie było żadnej klapy. Nie było żadnej dziury. Tylko kwiat w donicy stał sobie teraz na środku korytarza, a Lestragne poczuła jak zasycha jej w gardle. Jak chyba kręci jej się w głowie…
– Powiedz mi, że nie oszalałam. Błagam powiedz mi, że też to widzisz – a raczej: że nie widzisz.