– No? Może tak narozrabiał, że wie, że dementorzy w Azkabanie już czekają z otwartymi ramionami i wolał dmuchać na zimne jak się skapnął, że gdzieś popełnił taki błąd, po którym na niego wpadniemy – przekonywała, bo uparcie nie chciała dopuścić do siebie myśli, że jakiś frajer mógł przewidywać ruchy… nieznanych mu nawet osób, bo skąd miał wiedzieć, że to akurat niezawodny duet Brenna x Victoria ruszy jego śladem. – Katastrofy… ależ oryginalnie – mruknęła pod nosem, mentalnie odznaczając na swojej liście cechę wróżbity niewiarygodnego: oni wprost uwielbiali widywać wszędzie ponuraki, mówić o katastrofie i stracie i inne takie dyrdymały. – Zawsze sobie powtarzam, żeby nie wierzyć wróżbom – ale sam fakt, że typ mógł sprawić, że te wróżby się spełniały, bo miał jakąś przeklętą lampę… Miała zapytać jak ostatecznie skończyła się ta historia, ale wtedy właśnie latarnie zgasły, a Victoria poczuła się przez moment ślepa jak kret. W odruchu mocniej złapała za różdżkę i mocniej otworzyła oczy, próbując czegoś w tej ciemności wypatrzyć, obracając głowę najpierw w lewo, potem w prawo…
– Nie wiem… – dostrzegła króciutki błysk różdżki Brenny i sama uniosła głowę, widząc, że jednak światła w mieszkaniach nie zgasły – to tylko ulica. To niczego jeszcze nie dowodziło, ale miała cholerną nadzieję, że to nie jest kolejny atak imć Voldemorta. Nasłuchiwała, gotując się jednak na absolutnie wszystko…
No, na prawie wszystko.
– Że co? – odpowiedziała na to jakże niepasujące do niczego wyznanie Brenny i skonsternowana machnęła różdżką, próbują wyczarować światło na jej końcu, by zrozumieć, o czym Longbottom w ogóle do niej gada.
// Kształtowanie ◉◉◉◉○ – światełko
Sukces!
Jej Lumos nie zgasło po chwili, pozwalając na rozświetlenie całej sceny, a Victoria musiała przyznać, że pojawiająca się znikąd, zaciśnięta na nadgarstku Brenny oderwana, trupia ręka, to nie było coś, co miała w swoim bingo na październik. Zamrugała kilka razy, zupełnie tak, jak Brenna przed chwilą, przez moment krążyła spojrzeniem na Brennę, to na rękę, znowu na Brennę, znowu na rękę… A ostatecznie uniosła swoją różdżkę nad głowę i okręciła się wokół własnej osi, szukając ciała, do którego owa łapa powinna należeć. Z marnym skutkiem.
– Co się kurwa dzieje w tym mieście – wymamrotała, nawet nieświadoma tego, że oderwane łapsko powinno zrobić na niej większe wrażenie. Że obie powinny się właśnie wydzierać. Ale nie. One całkiem spokojnie przyjęły to do wiadomości i… I szukały teraz… No. Sensu. – Pokaż ją, spróbuję ją odczepić – uznała w końcu, przytomnie, ale późno, zbliżywszy się do przyjaciółki.