To wyjaśnienie nie pomagało za bardzo. Znaczy się Victoria rozumiała, co Brenna powiedziała, ale jednocześnie nie rozumiała, bo jej mózg zwyczajnie nie chciał zrozumieć. Trup, ręka trupa – skąd tu takie coś i jakim cudem złapało za dłoń Brenny? Czy ta nagła ciemność miała z tym coś wspólnego? Najpewniej, tylko w jaki sposób? Trup zwiastował ciemność, czy ciemność trupa? No i… Nie dało się zapomnieć, że jednak nadal były w pobliżu Nokturnu. Może jakiś eksperyment wyrwał się tam komuś spod kontroli… I przy tej myśli ciemne spojrzenie Victorii na dłużej zatrzymało się w kierunku ulicy Śmiertlenego Nokturnu właśnie.
Nie było jednak teraz czasu na rozważania, bo w pierwszej kolejności należało uwolnić Brennę od tego niechcianego i całkiem… okropnego uścisku. A przynajmniej okropnego dla większości ludzi. Victoria, często obcując z wampirem, miała na ten temat nieco inne podejście, znacznie luźniejsze i na myśl o dotknięciu odciętej, trupiej ręki, jakoś nie czuła tego wzdrygnięcia, które powinno się normalnie pojawić.
Podeszła do Brenny i wsadziła jej do kieszeni swoją całkiem lodowatą rękę i znalazłszy tam wspomniana chusteczkę, wyciągnęła ją, żeby teraz narzucić na magicznie zmaterializowany wierzch dłoni i móc odczepić te całkiem ciepłe palce, które ciepłe być nie powinny, od ich ofiary. Na całe szczęście nie trwało to długo i ostatecznie Victoria trzymała rączkę za palec i chusteczkę, prawie tak, jakby z ręki zwisał jej za szczypce rak – obrazek był niemalże tak samo absurdalny. Może z tą różnicą, że trupia łapa pasowała do niej bardziej niż czerwoniutki raczek.
– Wytwór rzemieślnika? Nie sądzę. Wygląda faktycznie jak ręka – powiedziała okiem znawcy, gdy uniosła tę rękę na wysokość swoich oczu. – Bardziej mnie zastanawia jaki jest związek tej łapy z tym, że światła tu tak nagle zgasły… Ostatecznie ciągle jesteśmy w pobliżu Nokturnu – opuściła rękę z łapką wzdłuż ciała, a drugą, trzymającą różdżkę rozświetlającą im otoczenie, nadal trzymała wysoko. – Popilnuję – uśmieszek zatańczył na jej ustach, bo sytuacja wydawała się kuriozalna. W czasie, gdy Brenna przemieniła się w wilka, próbując złapać trop za trupem, Lestrange jednak starała się polegać na swoim wzroku i rozglądała się, czy coś nie próbuje do nich podpełznąć, ani czy przypadkiem nie zbliża się jakiś człowiek, któremu będzie musiała powiedzieć, że to zaplanowana operacja i żeby kontynuował. Nikt na szczęście się nie napatoczył, kiedy Brenna wększyła, ręka też nie próbowała żadnych nowych podrygów, nie próbowała złapać i Victorii za dłoń, zwisała sobie dokładnie tak, jak oderwana ręka powinna się zachowywać. Z tą różnicą, że przez chusteczkę nie czuła braku różnicy temperatur pomiędzy sobą, a oderwaną kończyną – a powinna. Tutaj Brenna miała pełną rację.
– Nie widziałam też, żeby ktokolwiek się tutaj kręcił. No i melduję, że twoja rączka była bardzo grzeczna – dodała już nieco żartobliwie. – Myślisz, że to może mieć coś wspólnego z naszym uciekinierem? Jakaś próba zmylenia pościgu? Może w coś wdepłyśmy w tej jego ruderze i teraz się aktywowało? – rozmyślała nad tym dalej. Ale równie dobrze… to mógł być kolejny zbieg okoliczności tego dnia. Zaczynało ich być jakoś śmiesznie dużo...