Było to o tyle problematyczne, że przecież to nie tak, że obie z Brenną narzekały na brak pracy. Tej miały aż nadto, od groma wręcz – a trupa rączka łapiąca przechodniów za rękę mogła niestety bardzo szybko uzyskać wysoki priorytet działania. Światła reflektorów nie były tutaj chyba potrzebne… obie wykonywały swoją pracę sumiennie, nawet Victoria, która z zapamiętaniem przestrzegała godzin pracy, bo gdy ściągała mundur to starała się nie myśleć o łapaniu czarnoksiężników i tak dalej. Ponoć balans w życiu był potrzebny… W każdym razie obie miały ręce pełne roboty, która mogłaby pójść w odstawkę, jeśli miały tutaj nekromantę na wolności.
I niestety Brenna miała rację: to faktycznie bardzo pasowało do wróżenia z części ciał, do rozkopywania grobów, wyciągania kości i… no cokolwiek tamten „wróżbita” z nimi robił. Może rzucał na podłogę i patrzył w jaki kształt się ułożyły, albo mieszał sobie nimi w herbacie – opcji było dużo i właściwie żadna nie przypadała jej do gustu.
– Jeśli zapomniał… to gdzie się chowała? Musiałaby się gdzieś przyczaić, a potem pójść za nami – próbowała sobie przypomnieć, w którym miejscu potencjalnie mogła siedzieć, ale prawdę mówiąc nic nie przychodziło jej do głowy: w tamtym mieszkaniu, albo brakowało rzeczy, albo były poniszczone w drzazgi, a ręka mogła być tak naprawdę gdziekolwiek.
Jeśli jednak ją za nimi wysłał… To może gdzieś tu jeszcze był – i teraz cieszył się, że dwie paniusie są w kropce.
– Niech go szlag – mruknęła pod nosem na myśl o tej długiej nocy, która je najpewniej teraz czekała, westchnęła przy tym i raz jeszcze spojrzała na rączkę, która smętnie sobie teraz zwisała, trzymana za palce przez Victorię. – Omińmy atrium, lepiej od razu na nasze piętro – nie było sensu się przeciskać z dłonią przez ewentualnych maruderów, którzy o tej porze mogli się jeszcze kręcić po atrium, jeszcze by im się wyślizgnęła… Tym niemniej owinęły rękę szalikiem Brenny, a chwilę później, po ostatnim upewnieniu się, że nikogo nie ma obok nich, teleportowały się do Ministerstwa.