16.11.2025, 19:38 ✶
Prue była mistrzynią w zaniżaniu swojej własnej legendy - i może dlatego nie mogłem jej tak po prostu przytaknąć, gdy mówiła, że „nigdy więcej”, „nie dla niej”, „rzuci w kąt”. Powiedziała to swoim rzeczowym tonem - „kawałek drewna” - a ja, chociaż zazwyczaj potrafiłem pokątnie kpić z rzeczy, które innym sprawiały trudność, przy niej nie miałem w sobie ani odrobiny tej zadziornej złośliwości. Może odrobinkę, bo taka już była moja natura, ale nie w taki sposób, by ją zranić.
- Gdybyś wiedziała, ile razy ja prawie zleciałem z tego „kawałka drewna”, zanim nauczył się mnie słuchać… - Mruknąłem pod nosem z lekkim rozbawieniem, a potem odwróciłem głowę, kiedy przewróciła oczami, bo to zawsze było u niej słodsze niż przyznałbym komukolwiek.
- Jasne, że ktoś musi mnie pilnować. - Przytaknąłem z udawaną powagą, jakbym godził się z losem zapisanym w gwiazdach. - A nikt nie robi tego tak sumiennie, jak ty. - Odwróciłem głowę, patrząc na nią z tym lekkim półuśmiechem, który podobno miał w sobie więcej uroku, niż było to dla mnie bezpieczne, więc całkiem bezczelnie z niego korzystałem, nawet jeśli akurat na Prue to nie działało.
Szliśmy dalej, a wiatr niósł zapach nagrzanych trzcin. Wtedy zatrzymałem się na moment, jakby coś mnie tknęło, chociaż prawdę mówiąc, nosiłem to w sobie od dawna.
- Wiesz, Pruey… - Zacząłem spokojnie, jakby od niechcenia. - Moja oferta zawsze jest na stole. Ta dotycząca miotły. - Słowa wypłynęły gładko, bez nacisku, chociaż oboje dobrze wiedzieliśmy, co za nimi stało. Nie musiałem jej zapewniać, że nic by się jej nie stało - to było tak oczywiste, jak to, że jezioro odbijało dziś światło jak polerowane srebro. Wyprzedziłem ją o pół kroku, ale zaraz zwolniłem, bo z Prudence nie wypadało iść zbyt daleko przed siebie - źle by to wyglądało. Trzymałem się blisko, lecz nie narzucająco, tak jak zawsze, spoglądając na nią kątem oka, w majowym słońcu jej włosy wyglądały, jakby wciągały w siebie światło, a ona nie miała o tym pojęcia.
- Jak tylko będziesz chciała. - Dodałem cicho, z miękką pewnością człowieka, który nie zwykł rzucać słów na wiatr. - Choćby jutro, choćby za rok, jeśli kiedykolwiek zechcesz spróbować jeszcze raz, poza zajęciami, nawet od ziemi o tyle - tu uniosłem palce, pokazując coś śmiesznie niskiego - zaklniemy miotłę i zrobimy to lepiej od psorki. Jej lekcje są do bani. - Wzruszyłem ramionami lekko, jakby to była najprostsza rzecz na świecie, a nie cicha obietnica, której zamierzałem dotrzymać nawet za sto lat. Gdy powiedziała „tylko dzisiaj”, obróciłem się lekko, idąc już trochę tyłem i powstrzymując szeroki uśmiech. Zatrzymałem się na moment, niby to poprawiając rąbek szaty, chociaż tak naprawdę chciałem, by mnie dogoniła, a gdy zrównała się ze mną, rzuciłem jej to najzwyklejsze, a jednak trochę porozumiewawcze spojrzenie.
- Tylko dzisiaj. - Powtórzyłem spokojnie, chociaż wiedziałem, że gdy przyjdzie jutro, znów spróbuję ją namówić na coś niewłaściwego, a ona być może znów pójdzie za mną, bo tak właśnie wyglądała nasza równowaga. Skinąłem głową z pełną, uroczystą powagą, której absolutnie nie należało mi ufać, a słońce świeciło coraz wyżej, jakby błogosławiło wszystkie nieodpowiednie decyzje, które mieliśmy podjąć.
- Gdybyś wiedziała, ile razy ja prawie zleciałem z tego „kawałka drewna”, zanim nauczył się mnie słuchać… - Mruknąłem pod nosem z lekkim rozbawieniem, a potem odwróciłem głowę, kiedy przewróciła oczami, bo to zawsze było u niej słodsze niż przyznałbym komukolwiek.
- Jasne, że ktoś musi mnie pilnować. - Przytaknąłem z udawaną powagą, jakbym godził się z losem zapisanym w gwiazdach. - A nikt nie robi tego tak sumiennie, jak ty. - Odwróciłem głowę, patrząc na nią z tym lekkim półuśmiechem, który podobno miał w sobie więcej uroku, niż było to dla mnie bezpieczne, więc całkiem bezczelnie z niego korzystałem, nawet jeśli akurat na Prue to nie działało.
Szliśmy dalej, a wiatr niósł zapach nagrzanych trzcin. Wtedy zatrzymałem się na moment, jakby coś mnie tknęło, chociaż prawdę mówiąc, nosiłem to w sobie od dawna.
- Wiesz, Pruey… - Zacząłem spokojnie, jakby od niechcenia. - Moja oferta zawsze jest na stole. Ta dotycząca miotły. - Słowa wypłynęły gładko, bez nacisku, chociaż oboje dobrze wiedzieliśmy, co za nimi stało. Nie musiałem jej zapewniać, że nic by się jej nie stało - to było tak oczywiste, jak to, że jezioro odbijało dziś światło jak polerowane srebro. Wyprzedziłem ją o pół kroku, ale zaraz zwolniłem, bo z Prudence nie wypadało iść zbyt daleko przed siebie - źle by to wyglądało. Trzymałem się blisko, lecz nie narzucająco, tak jak zawsze, spoglądając na nią kątem oka, w majowym słońcu jej włosy wyglądały, jakby wciągały w siebie światło, a ona nie miała o tym pojęcia.
- Jak tylko będziesz chciała. - Dodałem cicho, z miękką pewnością człowieka, który nie zwykł rzucać słów na wiatr. - Choćby jutro, choćby za rok, jeśli kiedykolwiek zechcesz spróbować jeszcze raz, poza zajęciami, nawet od ziemi o tyle - tu uniosłem palce, pokazując coś śmiesznie niskiego - zaklniemy miotłę i zrobimy to lepiej od psorki. Jej lekcje są do bani. - Wzruszyłem ramionami lekko, jakby to była najprostsza rzecz na świecie, a nie cicha obietnica, której zamierzałem dotrzymać nawet za sto lat. Gdy powiedziała „tylko dzisiaj”, obróciłem się lekko, idąc już trochę tyłem i powstrzymując szeroki uśmiech. Zatrzymałem się na moment, niby to poprawiając rąbek szaty, chociaż tak naprawdę chciałem, by mnie dogoniła, a gdy zrównała się ze mną, rzuciłem jej to najzwyklejsze, a jednak trochę porozumiewawcze spojrzenie.
- Tylko dzisiaj. - Powtórzyłem spokojnie, chociaż wiedziałem, że gdy przyjdzie jutro, znów spróbuję ją namówić na coś niewłaściwego, a ona być może znów pójdzie za mną, bo tak właśnie wyglądała nasza równowaga. Skinąłem głową z pełną, uroczystą powagą, której absolutnie nie należało mi ufać, a słońce świeciło coraz wyżej, jakby błogosławiło wszystkie nieodpowiednie decyzje, które mieliśmy podjąć.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)