17.11.2025, 02:54 ✶
Jej jeden upadek wrył się w nią głębiej niż moje wszystkie lotnicze głupoty razem wzięte. „Spadłam raz, a dobrze.” Mówiła to tak, jakby miało ją to określać do końca życia, a ja słuchałem tego jej spokojnego tonu i aż mnie kusiło, by nią lekko potrząsnąć, choćby jednym słowem. Zawsze potrafiła to ująć w taki sposób, że brzmiało to niby rozsądnie, niby niepodważalnie, a jednak pod spodem czułem tę starą ranę, którą nosiła uparcie, jak odznakę. Tak to wszystko podsumowała, jakby to miało zamknąć całą sprawę na wieczność, słuchając jej, czułem się jak ktoś, kto właśnie dostał wykład z nieodwołalności losu wygłoszony przez czternastolatkę, która powinna wiedzieć lepiej niż ktokolwiek, że nic na świecie nie było aż tak ostateczne. Milczałem chwilę, słuchając tej jej mądrej powagi starszej o dziesięć lat niż ona sama.
- Pruey… - Mruknąłem, lekko, bez napominania, jakby jej imię, wypowiedziane w ten sposób, samo mogło ją przekonać, że nie miała racji. - Gdybyśmy liczyli tylko te „raz, a dobrze”. - Kontynuowałem, unosząc brwi. - To ja już dawno powinienem oddać miotłę pierwszemu lepszemu pierwszakowi. Latanie prosi się o kłopoty, zwłaszcza gdy człowiek próbuje wyglądać przy tym imponująco. Ty spadłaś raz… Bo byłaś wtedy dzieciakiem, a nie urodzoną sportowczynią. - Wzruszyłem ramionami, swobodnie, jakby mówił o czymś tak zwyczajnym, jak wiatr. Powiedziała to z tą swoją logiką, której niby nie dało się podważyć, a jednak człowiek miał ochotę zrobić to na przekór. „Raz, a dobrze”… Brzmiało to tak, jakby cały świat miał ją z góry skreślić za jeden lot, który poszedł nie tak. A przecież zawsze dążyła do perfekcji w innych rzeczach, więc czemu nie tutaj.
Powietrze pachniało majowym ciepłem, a ona brzmiała tak przejęcie, tak troskliwie, że nawet ja, wieczny specjalista od bagatelizowania wszystkiego, poczułem coś w rodzaju… No, czegoś w rodzaju odpowiedzialności. Szliśmy dalej, a ona perorowała o tym swoim obowiązku, jakby urodziła się z książką zamiast miotły w dłoni. „Chcę dla ciebie jak najlepiej” - powiedziała, i choć brzmiało to jak sucho postawiona teza, poczułem w tym ciepło - tę dziwną, znajomą miękkość, która zawsze przychodziła nieproszenie, gdy patrzyłem na nią z boku.
- Wiem, sze chcesz dobsze. - Powiedziałem, zwalniając kroku, żeby szła obok zamiast za mną.
Spojrzenie, którym obdarzyła mnie przez krótką chwilę, miało w sobie coś, co sprawiło, że przeszedł mnie delikatny dreszcz samozadowolenia - tego zupełnie prywatnego, którego nigdy bym nie przyznał nikomu poza sobą. Nie umknęło mi jednak, że chwilę później odwróciła wzrok - stanowczo, zbyt stanowczo, jak ktoś, kto uważał, że patrzenie za długo to już jakieś wykroczenie. Uniosłem brwi, nic na to nie mówiąc.
- Mój czas, Pruey. - Odparłem miękko, dopiero, gdy powróciliśmy do tematu latania, z figlarnym przeciągnięciem ostatniego słowa, które pewnie powinno ją irytować, a tylko sprawiało, że kręciła głową. - Nie jest aż tak cenny, jak ci się wydaje. Daj mi znać, gdzie i kiedy, to wystarczy, umowy ze mną nie znikają. - Mruknąłem, leniwie, z tą pewnością, która w moim wieku powinna była śmieszyć dorosłych, ale nigdy nie śmieszyła jej. - Będę czekał, ile trzeba, choćby do końca szkoły. - Mruknąłem, unosząc brwi tak nonszalancko, jak tylko potrafił czternastolatek, który czuł słońce na plecach i miał świadomość, że zaraz zrobi coś całkiem głupiego. Nie miałem pojęcia, że tym „czymś głupim” będą decyzje, jakie skutecznie wymażą wszystkie złożone obietnice…
- Wierzę w każde jedno słowo, które mówię. - Rzuciłem w końcu, obracając się do niej z tym odrobinę zuchwałym półuśmiechem, który zwykle otwierał jej drogę do kolejnych przewróceń oczami. - I w to, że będę cię dziś bardzo mądrze rozpraszał. - Stanąłem obok niej, ręce w kieszeniach, lekko odchylony do tyłu, jakby słońce było stworzone specjalnie po to, żeby na nas świecić. Ona patrzyła na wodę, a ja patrzyłem na nią - nie za długo, tylko tyle, ile mogłem sobie pozwolić, zanim los upomni się o równowagę.
Jej uśmiech… Szeroki, pełny, prawdziwy, był warty każdej chwili, gdy nie ślęczeliśmy nad książkami. - Warto było? - Powtórzyłem powoli, pozwalając, by każde słowo wybrzmiało z osobna. - Jeszcze nie widziałaś najlepszej części dnia.
- Pruey… - Mruknąłem, lekko, bez napominania, jakby jej imię, wypowiedziane w ten sposób, samo mogło ją przekonać, że nie miała racji. - Gdybyśmy liczyli tylko te „raz, a dobrze”. - Kontynuowałem, unosząc brwi. - To ja już dawno powinienem oddać miotłę pierwszemu lepszemu pierwszakowi. Latanie prosi się o kłopoty, zwłaszcza gdy człowiek próbuje wyglądać przy tym imponująco. Ty spadłaś raz… Bo byłaś wtedy dzieciakiem, a nie urodzoną sportowczynią. - Wzruszyłem ramionami, swobodnie, jakby mówił o czymś tak zwyczajnym, jak wiatr. Powiedziała to z tą swoją logiką, której niby nie dało się podważyć, a jednak człowiek miał ochotę zrobić to na przekór. „Raz, a dobrze”… Brzmiało to tak, jakby cały świat miał ją z góry skreślić za jeden lot, który poszedł nie tak. A przecież zawsze dążyła do perfekcji w innych rzeczach, więc czemu nie tutaj.
Powietrze pachniało majowym ciepłem, a ona brzmiała tak przejęcie, tak troskliwie, że nawet ja, wieczny specjalista od bagatelizowania wszystkiego, poczułem coś w rodzaju… No, czegoś w rodzaju odpowiedzialności. Szliśmy dalej, a ona perorowała o tym swoim obowiązku, jakby urodziła się z książką zamiast miotły w dłoni. „Chcę dla ciebie jak najlepiej” - powiedziała, i choć brzmiało to jak sucho postawiona teza, poczułem w tym ciepło - tę dziwną, znajomą miękkość, która zawsze przychodziła nieproszenie, gdy patrzyłem na nią z boku.
- Wiem, sze chcesz dobsze. - Powiedziałem, zwalniając kroku, żeby szła obok zamiast za mną.
Spojrzenie, którym obdarzyła mnie przez krótką chwilę, miało w sobie coś, co sprawiło, że przeszedł mnie delikatny dreszcz samozadowolenia - tego zupełnie prywatnego, którego nigdy bym nie przyznał nikomu poza sobą. Nie umknęło mi jednak, że chwilę później odwróciła wzrok - stanowczo, zbyt stanowczo, jak ktoś, kto uważał, że patrzenie za długo to już jakieś wykroczenie. Uniosłem brwi, nic na to nie mówiąc.
- Mój czas, Pruey. - Odparłem miękko, dopiero, gdy powróciliśmy do tematu latania, z figlarnym przeciągnięciem ostatniego słowa, które pewnie powinno ją irytować, a tylko sprawiało, że kręciła głową. - Nie jest aż tak cenny, jak ci się wydaje. Daj mi znać, gdzie i kiedy, to wystarczy, umowy ze mną nie znikają. - Mruknąłem, leniwie, z tą pewnością, która w moim wieku powinna była śmieszyć dorosłych, ale nigdy nie śmieszyła jej. - Będę czekał, ile trzeba, choćby do końca szkoły. - Mruknąłem, unosząc brwi tak nonszalancko, jak tylko potrafił czternastolatek, który czuł słońce na plecach i miał świadomość, że zaraz zrobi coś całkiem głupiego. Nie miałem pojęcia, że tym „czymś głupim” będą decyzje, jakie skutecznie wymażą wszystkie złożone obietnice…
- Wierzę w każde jedno słowo, które mówię. - Rzuciłem w końcu, obracając się do niej z tym odrobinę zuchwałym półuśmiechem, który zwykle otwierał jej drogę do kolejnych przewróceń oczami. - I w to, że będę cię dziś bardzo mądrze rozpraszał. - Stanąłem obok niej, ręce w kieszeniach, lekko odchylony do tyłu, jakby słońce było stworzone specjalnie po to, żeby na nas świecić. Ona patrzyła na wodę, a ja patrzyłem na nią - nie za długo, tylko tyle, ile mogłem sobie pozwolić, zanim los upomni się o równowagę.
Jej uśmiech… Szeroki, pełny, prawdziwy, był warty każdej chwili, gdy nie ślęczeliśmy nad książkami. - Warto było? - Powtórzyłem powoli, pozwalając, by każde słowo wybrzmiało z osobna. - Jeszcze nie widziałaś najlepszej części dnia.
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)