Z Victorią był ten problem, że trzeba było ją trochę poznać i spędzić z nią czas, żeby zacząć łapać, kiedy żartuje, a kiedy nie. Sama zresztą opisywała siebie jako tą o kiepskim poczuciu humoru właśnie przez to, że nawet jak opowiadała żarty, to zazwyczaj z kamiennym wyrazem twarzy – znaczy się wyglądała więc tak, jak w normalnej rozmowie i trudno było wyczuć, czy mówi serio, czy raczej nie. Przez to wydwała się znacznie bardziej sztywna, niż w rzeczywistości była, a fakt tego, że panowała nad większością emocji na twarzy też wcale tutaj nie pomagał. Ale już nie próbowała z tym nawet walczyć. Trzeba było to zaakceptować… i z czasem zauważało się te drobne wskazówki świadczące o tym, kiedy czarownica stroi sobie żarty.
– Noo… coś było. Ale nie wytrzymałam na tych lekcjach za dużo, więc nie pamiętam – równie dobrze tych obrotów mogło być siedem, miała to trochę gdzieś. – Lampa z rupieci z odzysku? – mruknęła jakby zastanawiając się nad tą kwestią faktycznie, ale oboje chyba wiedzieli doskonale, że sobie takiej nie kupi. – Teraz aż jestem ciekawa co faktycznie na ten temat mówi podręcznik do wróżbiarstwa – były tam wypisane te wszystkie kształty, ale problem zaczynał się wtedy, kiedy te nie przypominały niczego opisanego w opasłej księdze. – Iks – powtórzyła za nim i aż uniosła brwi. No tego raczej nie opisywali. – Może krzyż? – podsunęła najbliższy sensowny kształt, ale wtedy Atreus uznał, że może to jednak bardziej smok. I jakoś wtedy parsknęła. – Ach tak, ślub. Wybierasz się? – zapytała, raz jeszcze zerkając do swojej filiżanki na ten rozmokły kształt, który miał przepowiadać przyszłość. Co za bzdura. – Mam nadzieję, że jednak żaden smok się nie pokaże, chyba że w fajerwerkach, bo będzie problem – tym bardziej, że zielone walijskie nie należały do łagodnych baranków. Przekonała się o tym bardzo dokładnie na własnej skórze. Dosłownie. A że była wtedy z Brenną to istniała duża szansa, że niejako poczuł to również Atreus.