20.11.2025, 10:34 ✶
Obserwację plakatów przerwał ruch przy wejściu głównym do teatru.
Jeden z pracowników, być może portier, wyszedł śpiesznie przez imponujące drzwi i przytrzymał ich skrzydło, by kogoś wypuścić.
Kogo - okazało się w następnych pięciu sekundach.
Z wnętrza wyłoniło się dwóch czarodziejów. Wyższy, pochylony w nie do konca naturalnej i zapewne niewygodnej pozycji, referował coś niższemu, jadącemu na wózku inwalidzkim, który zerknął na niego krótko, skinął głową i odpowiedział coś, podkreślając swoje słowa oszczędnym, krótkim gestem, niemal nie odrywając ręki od podłokietnika.
- ...wtedy też powinni się ugiąć.
Rozmówca gorliwie pokiwał głową i wrócił do wnętrza teatru, a człowiek na wózku już miał ruszyć dalej, kiedy…
- Panie dyrektorze! Ja pomogę! - młodziutki odźwierny, ewidentnie świeżo po Hogwarcie, puścił drzwi i doskoczył do wózka, próbując złapać za rączkę do jego prowadzenia, tylko po to, by po chwili zatrzymać się w miejscu na widok wycelowanej w siebie różdżki. Użytkownik wózka inwalidzkiego spoglądał na młodzika przez ramię.
- Łapy. Przy. Sobie. - wycedził z gniewem - Jak długo tu pracujesz?
- D-d-d-drugi tydzień, proszę pana!
- Pójdziesz do swojego kierownika i poprosisz go, żeby obciął ci premię regulaminową za ten miesiąc. A potem niech ci wytłumaczy, dlaczego i co się stanie następnym razem. Już! - szczeknął na koniec, widząc, że pracownik nadal stoi jak wryty. Podziałało - chłopak, czerwony na twarzy, wymamrotał łamiącym się głosem jakieś przeprosiny i znikł w budynku.
Głos człowieka, tytułowanego dyrektorem, był znajomy, ale na pewno nie należał do Everetta Selwyna, dyrektora teatru The Globe z prawdziwego świata. Jego postura - na tyle, na ile można to było ocenić w pozycji siedzącej - również wydawała się drobniejsza. Kiedy wsuwając różdżkę do szerokiego rękawa marynarki odwrócił się z powrotem w kierunku jazdy, wszystko stało się przerażająco jasne.
Silne, pokryte odciskami dłonie sięgnęły do kół. Wózek ruszył, bezgłośnie, z doskonałą kontrolą zjechał po niezbyt stromej, zakręcającej połkoliście pochylni znajdującej się po prawej stronie schodków prowadzących do wejścia do The Globe i łagodnie zatrzymał się może metr od Mony i Anthony’ego - na tyle daleko, by Hannibal nie musiał zadzierać głowy, patrząc na nich.
Był... inny. Nie tylko z powodu oczywistej niepełnosprawności - luźne spodnie były doskonale skrojone, ale nawet one nie mogły ukryć kościstych kolan kogoś, kto ewidentnie od długiego czasu nie używał nóg. Był uczesany i ubrany zdecydowanie mniej ekstrawagancko, niż jego odpowiednik po właściwej stronie lustra, a na jego twarzy - poważniejszej, jak gdyby o kilka lat starszej - malowało się zmęczenie. W niepojęty sposób nawet, gdy siedział, zdawał się patrzeć na nich z góry. Głos nawykły do wydawania poleceń. Postawa nienawykła do napotykania sprzeciwu. Wydawało się, że ta strona lustra wygnała z dziedzica Selwynów całą figlarność, pożarła ją jak miąższ owocu i pozostawiła tylko twardą pestkę, na której można sobie było połamać zęby.
Ciemne oczy, wciąż jeszcze płonące oburzeniem po interakcji sprzed chwili, złagodniały dopiero napotykając wzrok Mony, a Hannibal powiedział miękko, z lekkim uśmiechem - na sekundę łudząco, rozdzierająco podobny do tego, którego znali ze swojego świata:
- Mona. Miło cię widzieć - spojrzał na Anthony’ego - A ty jesteś jakimś cosplayerem, czy znalazłeś sposób, żeby bezpiecznie wychodzić na słońce? - zapytał zdecydowanie twardszym tonem.