20.11.2025, 08:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.11.2025, 08:32 przez Anthony Shafiq.)
Spalona Noc... ta kłótnia zdawała mu się odbyć w innym życiu, wyplute z siebie słowa, wzajemne oskarżenia. Uśmiech Morpheusa rozlał się ciepłym promieniem po jego twarzy, po sercu, które nauczone było nie szukać akceptacji w oczach najbliższych mu osób, a które jednak w momencie wrażliwości zabiło mocniej widząc radość na posępnym zwykle licu. Więc i on się rozpogodził, rozluźnił, wciąż dziwacznie onieśmielony, wspominając ten przygnębiający okres, stanowiący ciemną ramę dla obecnie tak intensywnie jasnego, że niemal prześwietlonego obrazu.
– Jak sen pogrążonego w gorączce umyśle. Towarzyszy mi refleksja, że gdyby nie ten kryzys, żadne z nas nigdy nie odważyłoby się doszacować napomkniętych mimochodem wcześniej zauroczeń. Tak mu powiedziałem wiesz? Gdy pierwszy raz powiedział mi o... o francuskiej sprawie. - Zazdrość odbiła się na przystojnej twarzy, krótkim mgnieniem, które nie mogło umknąć komuś o tak wyostrzonych zmysłach, obserwujących w jednym momencie zespolone kiedyś, teraz i być może. – Powiedziałem mu, że mi się podobał w szkole. A Jonathan uwierzył, bo dlaczego miałby nie wierzyć. – Zapaliłby, ale nie chciał zaburzać kadzidlanej modlitwy, rytuału, który przez lata odbywał się krok za krokiem tak samo. – Więc kiedy żal za utraconą przyjaźnią był tak wielki, że wypełnił sobą całą przestrzeń, wypychając przy tym poczucie zdrady i rozgoryczenia... Okazało się, że wypchnęło też lęk, że zbyt pochopnie wypowiedziane słowa zniszczą stałość relacji. Nie miały już czego niszczyć, czego sami byśmy nie zrujnowali. Jak... Jak Wieża, czyż nie? – Kryzys był nieodzownym elementem rozwoju i teraz, z perspektywy osoby, która była szczęśliwie zakochana, te niesnaski, te wielkie i ostateczne kłótnie zelżały znacząco na rzecz wspomnienia, które warte było nie więcej niż uśmiech rozbawienia nad własną głupotą.
Tymczasem krzyż. Dziesięć kart drogowskazów. Byli już w tym miejscu. Kroczyli drogą krzyża nie raz przez ostatnie 30 lat. A jednak prychnął. Prychnął bardzo na rozsypujące się po stole złote monety, a przede wszystkim prychnął na komentarz Somni. Może nie powinien się odzywać, słuchając z nabożną czcią słów profety, ale ów największy profeta obecnych czasów był też przy okazji jego najlepszym przyjacielem. Połową duszy.
– Nie ma czegoś takiego jak za dużo złota. – Teraz, gdy już przez jego wargi przeszło wyznanie o miłości wyśnionej i urzeczywistnionej, mógł pozwolić sobie na cyniczny uśmiech. – Wiesz co to jest? Mój pomysł na projekt socjalny na Nokturnie. Dla tych biedaków gnących karki pod kolorowym szkłem witraża. – wskazał kartę, choć wierzący zebrani dziesiątego września w Kowenie przyszli mu na myśl. – To są dopiero szachy, żeby im pomóc! Każde wsparcie traktują jak jałmużnę, pokaz siły i wyższości nad nimi, a gdy zabierasz rękę oburzają się, że jako bogacz Twoim zasranym obowiązkiem jest wspierać tych, którzy z Twojego powodu przecież głodują. Cokolwiek im dasz jest źle. Nie dasz? Też niedobrze. Obśmiane, obwrzeszczane, obszczane. – Morpheus zdecydowanie dotknął wrażliwego punktu, który nie wyrósł na antoniuszowej duszy wczoraj. – Mów dalej, przepraszam, może karty są mądrzejsze ode mnie i wiedzą jak przez tę skorupę się przebić. – Machnął dłonią, gestem również prosząc o kontynuacje, choć pewnym było że obudzona frustracja nie ucichnie w najbliższym czasie. Stało za nią zbyt wiele słów, które zdążył urosnąć i nabrać całkiem realnych kształtów w głowie Anthony'ego.
– Jak sen pogrążonego w gorączce umyśle. Towarzyszy mi refleksja, że gdyby nie ten kryzys, żadne z nas nigdy nie odważyłoby się doszacować napomkniętych mimochodem wcześniej zauroczeń. Tak mu powiedziałem wiesz? Gdy pierwszy raz powiedział mi o... o francuskiej sprawie. - Zazdrość odbiła się na przystojnej twarzy, krótkim mgnieniem, które nie mogło umknąć komuś o tak wyostrzonych zmysłach, obserwujących w jednym momencie zespolone kiedyś, teraz i być może. – Powiedziałem mu, że mi się podobał w szkole. A Jonathan uwierzył, bo dlaczego miałby nie wierzyć. – Zapaliłby, ale nie chciał zaburzać kadzidlanej modlitwy, rytuału, który przez lata odbywał się krok za krokiem tak samo. – Więc kiedy żal za utraconą przyjaźnią był tak wielki, że wypełnił sobą całą przestrzeń, wypychając przy tym poczucie zdrady i rozgoryczenia... Okazało się, że wypchnęło też lęk, że zbyt pochopnie wypowiedziane słowa zniszczą stałość relacji. Nie miały już czego niszczyć, czego sami byśmy nie zrujnowali. Jak... Jak Wieża, czyż nie? – Kryzys był nieodzownym elementem rozwoju i teraz, z perspektywy osoby, która była szczęśliwie zakochana, te niesnaski, te wielkie i ostateczne kłótnie zelżały znacząco na rzecz wspomnienia, które warte było nie więcej niż uśmiech rozbawienia nad własną głupotą.
Tymczasem krzyż. Dziesięć kart drogowskazów. Byli już w tym miejscu. Kroczyli drogą krzyża nie raz przez ostatnie 30 lat. A jednak prychnął. Prychnął bardzo na rozsypujące się po stole złote monety, a przede wszystkim prychnął na komentarz Somni. Może nie powinien się odzywać, słuchając z nabożną czcią słów profety, ale ów największy profeta obecnych czasów był też przy okazji jego najlepszym przyjacielem. Połową duszy.
– Nie ma czegoś takiego jak za dużo złota. – Teraz, gdy już przez jego wargi przeszło wyznanie o miłości wyśnionej i urzeczywistnionej, mógł pozwolić sobie na cyniczny uśmiech. – Wiesz co to jest? Mój pomysł na projekt socjalny na Nokturnie. Dla tych biedaków gnących karki pod kolorowym szkłem witraża. – wskazał kartę, choć wierzący zebrani dziesiątego września w Kowenie przyszli mu na myśl. – To są dopiero szachy, żeby im pomóc! Każde wsparcie traktują jak jałmużnę, pokaz siły i wyższości nad nimi, a gdy zabierasz rękę oburzają się, że jako bogacz Twoim zasranym obowiązkiem jest wspierać tych, którzy z Twojego powodu przecież głodują. Cokolwiek im dasz jest źle. Nie dasz? Też niedobrze. Obśmiane, obwrzeszczane, obszczane. – Morpheus zdecydowanie dotknął wrażliwego punktu, który nie wyrósł na antoniuszowej duszy wczoraj. – Mów dalej, przepraszam, może karty są mądrzejsze ode mnie i wiedzą jak przez tę skorupę się przebić. – Machnął dłonią, gestem również prosząc o kontynuacje, choć pewnym było że obudzona frustracja nie ucichnie w najbliższym czasie. Stało za nią zbyt wiele słów, które zdążył urosnąć i nabrać całkiem realnych kształtów w głowie Anthony'ego.