20.11.2025, 22:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.12.2025, 10:45 przez Anthony Shafiq.)
Drgnął w pierwszym odruchu, gdy tylko poczuł ciepłą dłoń na własnej skórze, ale zaraz potem momentalnie nakrył ją własnymi palcami, by przypadkiem Selwyn nie poczuł, że nie jest w tym geście mile widziany. Więcej, nachylił twarz ku niemu, oparł policzek o skórę, otarł się powoli, próbując odegnać ten niechciany przecież atak nostalgii i rozżalenia.
Słowa ukochanego powinny przecież rozpierzchnąć melancholię, ale to im się jednak nie udało... Zatęsknił wręcz za utopią, za tym jak cudowny by był świat w którym jednym słowem uleczyć można duszę. Powiedzieć komuś złamanemu przez los - jesteś wartościowy - i patrzeć, jak on przyjmuje to i kiwa z uśmiechem główą, a potem idzie przed siebie dumnie wyprostowany.
Anthony wiedział, że wieczór Jonathana zarezerwowany byl sprawom, które były poza zasięgiem shafiq'owej wiedzy. Nowy układ. Rzecz która musiał przyjąć i przyjmował, wobec szczęścia jakim były wspólne chwile, ze względu na wspólne biuro nie było ich przecież mało. Z drugiej strony jednak wciąż drążyła go w tył czaszki ta niewiadoma: Kiedy znów się zobaczą? Nie wiedział. Czy znów się znowu zobaczą? Bał się wypowiedzieć choćby w myślach to pytanie.
Trzymał więc jonathanową dłoń, trzymał jego słowa i tonął. Zatapiał się w lazurze swojego istnienia. Jego aura - jak mu się wydawało, jak pamiętał z rozmów - była właśnie w tym kolorze, jednym z nielicznych, które potrafił dostrzec. Ponoć symbolizował chęć wzrostu i uduchowienie, choć jemu najbardziej kojarzył się mimo wszystko z woda. Był woda. Bał się wody. Miał wzbić się ku niebu, a gardło zaciskał mu strach topielca, nie mogącego odnaleźć się we własnych myślach i rozterkach.
I było ich czworo i po jednej z lekcji Wróżbiarstwa zamyślili się nad zadanym materiałem. Czwórka przyjaciół, cztery strony świata, cztery tarotowe królestwa. Ognisty Morpheus, Charlie, która nie mogła dostać nic innego niż ostrą stal miecza przeszywającego powietrze. I oni dwaj. Krukon i Gryfon ze skwaszonymi minami. Zabawne, jak z góry przydzielono im złociste, kobiece atuty. Kielichy z wodą dla Anthony’ego i Złote denary toczące się po ziemi dla drugiego. Och jak Jonathan był niezadowolony z tak - zdawało mu się wtedy - nudnego przydziału. Nie dostrzegał, że denary są zawsze pogodną wróżbą, jak on niemal zawsze był pogodny.
Był ich radością.
Był jego szczęściem.
Jest...
Morpheus powiedział: wszystko czego dotkniesz będzie kwitnąć.
Czy Jonathan rozkwitnie jeśliby go dotknąć? Przesunął powoli dłoń, która wcześniej gładziła ciepłe palce. Nadgarstek, przedramię ukryte w nocnej koszuli, bark, w końcu twarz, bliźniaczy gest. Odwrócił się ku niemu, trochę bojąc się, że Jonathan od razu dostrzeże to co próbował przed nim ukryć. Myśli nie ucichły, ale nie chciał ich ponownie kłaść między nimi. Wiedział, że odpowiedź Jonathana będzie taka sama, na cóż więc strzępić jego język? Być może Anthony rzeczywiście potrzebował usłyszeć ją jeszcze raz, tę cichą laudację na temat „teraz”, na temat „już zawsze”. Być może potrzebował usłyszeć to i tysiąc razy, jak wyznania miłości szeptane w jego skórę pośród alpejskich szczytów? A może winien te myśli przełykać samotnie, jak gorzkie łyki leczniczego eliksiru, w cichości ścian biblioteki pozbawionej osądzającego spojrzenia, zaczytany w poezji, w myśli i uczuciu ludzi współodczuwającej przez wieki tą samą rozterkę.
Tyle lat.
Teraz jednak zapatrzył się w twarz ukochanego, całkiem już obudzonego i zapragnął współodczuwać entuzjazm Jonathana. Jego ciepło i rozkochanie, tonąć nie we własnej niebieskości, a w ciepłych agatach dwóch lśniących oczu. Chciał czuć ziemię pod stopami, w jasny sobotni poranek, chciał zachwycić się złocistym blaskiem toczącego się pośród kwiatów denara. Uciec przed jesienią i zmierzchem w objęcia słońca.
– Popatrz na mnie – poprosił nagle szeptem, łapiąc resztki koncentracji, by wychynąć z jamy kamiennych ścian jaskini osłaniającej jego umysł. Oklumencka bariera opadła, a on tłumił odruch by postawić ją momentalnie na nowo. Aura i nici. Nici i aura. Jak często to robił? Możliwie rzadko. Możliwie wcale. – Popatrz i powiedz mi co widzisz… – Dłoń zsunęła się głębiej, między ciemne włosy, a Anthony przysunął się trochę bliżej, zmieniając ułożenie ich ciał w intencji zdecydowanie kolizyjnej, choć rozciągał to w czasie jak tylko się dało, teraz, gdy miał na sobie ubranie, okryty był kołdrą, a tak, jakby po porzuceniu wewnętrznej skorupy, stał w świetle nie mając na sobie nic. – Popatrz i powiedz mi, co próbowałem przed Tobą ukryć przez całe swoje życie – dodał, czując jak przez plecy przechodzi mu dreszcz, jakby nie całowali się dotąd wcale, jakby za każdym razem nie dowierzał. Ile potrzebnych będzie powtórzeń?
Może jedno.
Może tysiąc.
Słowa ukochanego powinny przecież rozpierzchnąć melancholię, ale to im się jednak nie udało... Zatęsknił wręcz za utopią, za tym jak cudowny by był świat w którym jednym słowem uleczyć można duszę. Powiedzieć komuś złamanemu przez los - jesteś wartościowy - i patrzeć, jak on przyjmuje to i kiwa z uśmiechem główą, a potem idzie przed siebie dumnie wyprostowany.
Anthony wiedział, że wieczór Jonathana zarezerwowany byl sprawom, które były poza zasięgiem shafiq'owej wiedzy. Nowy układ. Rzecz która musiał przyjąć i przyjmował, wobec szczęścia jakim były wspólne chwile, ze względu na wspólne biuro nie było ich przecież mało. Z drugiej strony jednak wciąż drążyła go w tył czaszki ta niewiadoma: Kiedy znów się zobaczą? Nie wiedział. Czy znów się znowu zobaczą? Bał się wypowiedzieć choćby w myślach to pytanie.
Trzymał więc jonathanową dłoń, trzymał jego słowa i tonął. Zatapiał się w lazurze swojego istnienia. Jego aura - jak mu się wydawało, jak pamiętał z rozmów - była właśnie w tym kolorze, jednym z nielicznych, które potrafił dostrzec. Ponoć symbolizował chęć wzrostu i uduchowienie, choć jemu najbardziej kojarzył się mimo wszystko z woda. Był woda. Bał się wody. Miał wzbić się ku niebu, a gardło zaciskał mu strach topielca, nie mogącego odnaleźć się we własnych myślach i rozterkach.
I było ich czworo i po jednej z lekcji Wróżbiarstwa zamyślili się nad zadanym materiałem. Czwórka przyjaciół, cztery strony świata, cztery tarotowe królestwa. Ognisty Morpheus, Charlie, która nie mogła dostać nic innego niż ostrą stal miecza przeszywającego powietrze. I oni dwaj. Krukon i Gryfon ze skwaszonymi minami. Zabawne, jak z góry przydzielono im złociste, kobiece atuty. Kielichy z wodą dla Anthony’ego i Złote denary toczące się po ziemi dla drugiego. Och jak Jonathan był niezadowolony z tak - zdawało mu się wtedy - nudnego przydziału. Nie dostrzegał, że denary są zawsze pogodną wróżbą, jak on niemal zawsze był pogodny.
Był ich radością.
Był jego szczęściem.
Jest...
Morpheus powiedział: wszystko czego dotkniesz będzie kwitnąć.
Czy Jonathan rozkwitnie jeśliby go dotknąć? Przesunął powoli dłoń, która wcześniej gładziła ciepłe palce. Nadgarstek, przedramię ukryte w nocnej koszuli, bark, w końcu twarz, bliźniaczy gest. Odwrócił się ku niemu, trochę bojąc się, że Jonathan od razu dostrzeże to co próbował przed nim ukryć. Myśli nie ucichły, ale nie chciał ich ponownie kłaść między nimi. Wiedział, że odpowiedź Jonathana będzie taka sama, na cóż więc strzępić jego język? Być może Anthony rzeczywiście potrzebował usłyszeć ją jeszcze raz, tę cichą laudację na temat „teraz”, na temat „już zawsze”. Być może potrzebował usłyszeć to i tysiąc razy, jak wyznania miłości szeptane w jego skórę pośród alpejskich szczytów? A może winien te myśli przełykać samotnie, jak gorzkie łyki leczniczego eliksiru, w cichości ścian biblioteki pozbawionej osądzającego spojrzenia, zaczytany w poezji, w myśli i uczuciu ludzi współodczuwającej przez wieki tą samą rozterkę.
Tyle lat.
Teraz jednak zapatrzył się w twarz ukochanego, całkiem już obudzonego i zapragnął współodczuwać entuzjazm Jonathana. Jego ciepło i rozkochanie, tonąć nie we własnej niebieskości, a w ciepłych agatach dwóch lśniących oczu. Chciał czuć ziemię pod stopami, w jasny sobotni poranek, chciał zachwycić się złocistym blaskiem toczącego się pośród kwiatów denara. Uciec przed jesienią i zmierzchem w objęcia słońca.
– Popatrz na mnie – poprosił nagle szeptem, łapiąc resztki koncentracji, by wychynąć z jamy kamiennych ścian jaskini osłaniającej jego umysł. Oklumencka bariera opadła, a on tłumił odruch by postawić ją momentalnie na nowo. Aura i nici. Nici i aura. Jak często to robił? Możliwie rzadko. Możliwie wcale. – Popatrz i powiedz mi co widzisz… – Dłoń zsunęła się głębiej, między ciemne włosy, a Anthony przysunął się trochę bliżej, zmieniając ułożenie ich ciał w intencji zdecydowanie kolizyjnej, choć rozciągał to w czasie jak tylko się dało, teraz, gdy miał na sobie ubranie, okryty był kołdrą, a tak, jakby po porzuceniu wewnętrznej skorupy, stał w świetle nie mając na sobie nic. – Popatrz i powiedz mi, co próbowałem przed Tobą ukryć przez całe swoje życie – dodał, czując jak przez plecy przechodzi mu dreszcz, jakby nie całowali się dotąd wcale, jakby za każdym razem nie dowierzał. Ile potrzebnych będzie powtórzeń?
Może jedno.
Może tysiąc.