– Nacisk ze strony rodziny? – upewniła się i próżno było w niej szukać jakiegokolwiek kpiącego uśmieszku, bo nie uważała tego za zabawne. Było raczej… normalne, zwłaszcza wśród konserwatywnych, starych rodów, które miały zamiłowanie do tradycji. – Nie spodobały ci się lekcje? – dopytała jeszcze, ale najwyraźniej tak, skoro zrezygnował, a teraz prezentował podobny poziom wtajemniczenia jak i ona: czyli poziom podłogi.
– No to może skarb – stwierdziła po chwili zastanowienia i wyciągnęła rękę po jedno z ciasteczek, które przyniosła na talerzyku. Zatrzymała ruch na dwie sekundy, kiedy Atreus przyznał, że na ślub idzie z Brenną, ale zaraz odzyskała rezon i droga ciasteczka do buzi została pokonana gładko. Kupiło jej to odrobinę czasu, żeby pozbierać myśli. Z Brenną? Zastanawiała się jak to się stało, że akurat z nią, czy stało za tym coś więcej… Nie miała tutaj absolutnie nic przeciwko – ot, zaskoczenie i to wszystko. – Nie wybieram. Nie zostałam zaproszona – wzruszyła ramionami, bo jak nie to nie. Co prawda znała się z Geraldine kilka lat i miały stały kontakt – Yaxley załatwiała jej składniki do eliksirów, w zamian właśnie za nie. Natomiast Greengrass… Do niego miała wątpliwości po tym, co wydarzyło się w lipcu na spotkaniu Towarzystwa Herbologicznego. – Ktoś musi pracować, żeby inni mogli się bawić – uśmiechnęła się ironicznie.
– Ano właśnie dlatego mam nadzieję, że smok się nie pokaże. Po pierwsze narobi szkód, nawet jeśli jest szansa, że padnie, po drugie wierz mi, nie chciałbyś stanąć oko w oko z wściekłym smokiem. Po trzecie wyobraź sobie jaki potem będzie bajzel do sprzątnięcia – poza tym, to że Yaxleyowie lubili biegać za wszystkim co się rusza… Jeszcze trochę i będzie można ich przyrównać do kłusowników, jeśli zaatakują smoka na terenie rezerwatu.