Gdy Louvain przekroczył bramę Maida Vale, ogarnęło go znajome napięcie, które zawsze towarzyszyło mu podczas rodzinnych zgromadzeń. Zwykle czuł się nimi przytłoczony; atmosfera Lestrangeów była dla niego zbyt gęsta, zbyt oczekująca, jak lepki dym przesiąknięty oceną. Tym razem jednak było w nim coś innego. Ciche, ostrożne pragnienie zobaczenia rodziny, upewnienia się, że wciąż istnieje między nimi cokolwiek poza tradycją i obowiązkiem. Kiedy wszedł do jadalni, zatrzymał się na krótką chwilę, pozwalając, by światło świec i ciężkie aromaty tego miejsca wypełniły mu zmysły. Po raz pierwszy od dawna poczuł, że ta elegancka przestrzeń nie budzi w nim jedynie napięcia, ale również coś w rodzaju ulgi.
Podeszł najpierw do Victorii. Lekko dotknął jej ramienia, pochylając się, by ucałować ją w policzek. - Dobrze cię widzieć, V. - wyszeptał, pozwalając sobie na rzadką miękkość w głosie. Ten jeden moment, prosty i cichy, uspokajał go bardziej, niż chciałby przyznać. Następnie skierował się do Rodolphusa. Wyciągnął dłoń w manierze, której nauczył się jeszcze jako chłopiec, pewnej, eleganckiej, ale nieprzesadzonej. - Rolf. Miło cię widzieć - powiedział tonem już bardziej opanowanym, choć od środka wciąż drgało w nim zmęczenie ostatnich tygodni. Pożyczył zdrowia dla jego brata, żałując że nie mógł zobaczyć tych Lestrangów w pełnym skłodzie. Kiedy przeszedł kilka kroków dalej, zauważył Laurenca, starszego brata, którego obecność zawsze działała na niego nieco inaczej niż reszta rodziny. Podszedł bez wahania. Jego dłoń powędrowała najpierw ku ramieniu brata, pewnym, nieco mocniejszym ruchem, jakim zwykle obdarzał tylko nielicznych. Dopiero potem połączyła się z jego dłonią w krótkim, solidnym uścisku. - Laurence… dobrze, że jesteś - powiedział cicho, ale z szczerością. W głosie brzmiała ulga, niemal niewidoczna dla obcych, ale doskonale odczuwalna dla kogoś, kto znał jego sposób bycia.
Dopiero po powitaniach z bliskimi ruszył dalej, mijając kolejne postacie przy stole i wymieniając z nimi uprzejmości. Każde skinienie głowy, każde powitanie było mieszanką ulgi i wyczerpania, jakby obecność rodziny jednocześnie go wzmacniała i obciążała. Usiadł blisko swoich rodziców, trochę bliżej ojca, niż zwykle się odważał. Tym razem potrzebował tej bliskości, niewypowiedzianego potwierdzenia, że mimo trudnych miesięcy wciąż stanowili całość, nawet jeśli popękaną. Ujął kielich, wziął spokojny oddech i postarał się na moment wyciszyć myśli. Pytania o Lorettę przemęczały go chyba najbardziej ze wszystkich rzeczy, które musiał znosić. Za każdym razem kiedy pytały od weselach Blacków, słyszał je bardzo wyraźnie, choć brzmiały jak kolejne uderzenia w tę samą, przeciążoną strunę: „Czy przyjdzie?”, „Co u niej?”, „Masz z nią kontakt?” Jedno po drugim, jakby wszyscy próbowali rozbić nim jego spokój. Poczuł znajome napięcie w barkach, choć twarz zachował spokojną. Był kurewsko zmęczony tłumaczeniem się za dorosłą kobietę, zmęczony odpowiedzialnością, którą od zawsze mu przypisywano, niewypowiedzianą, lecz nieusuwalną. Jego palce zacisnęły się nieco mocniej na kielichu, ale oddech pozostał równy. Przesunął palcem po krawędzi szkła i wziął powolny łyk wina, pozwalając sobie na krótką chwilę wytchnienia. Wiedział jednak, że nie ucieknie od tych rozmów. Nie dziś. Mabon wymagał równowagi, konfrontacji, domknięcia starych spraw. I wiedział, że ten wieczór będzie wymagała od niego szczerości, albo przynajmniej milczenia, które również będzie odpowiedzią.