Od ślęczenia nad raportami było to o tyle lepsze, że człowiek mózg się trochę poruszać, w gruncie jednak rzeczy jakby Lestrange miała wybór, to uzupełniałaby właśnie te cholerne dokumenty, swoje i Atreusa. Natomiast wolała przebadać wszystkie luźne niteczki tropów tutaj i móc odhaczyć tę sprawę w głowie jako całkowicie zakończoną i o niej zapomnieć w ciągu tygodnia, dlatego właśnie ciągała za sobą Bulstrode’a – równie tym ucieszonego jak i ona. No to była ich dwójka…
– Sprawdziłam – burknęła, bo czy naprawdę śmiał wątpić, że to zrobiła? Była zbyt ciekawa, nawet jeśli to była tylko głupia zabawa tam wczoraj nad filiżankami. – Smoka opisują jako nieprzewidzianą zmianę – wyjaśniła zaraz, żeby nie musiał jej ciągnąć za język. Oczywiście musiał to sobie zinterpretować sam, bo to było wszystko co umiała ona: stwierdzić kształt, a potem sprawdzić to w książce. Byli w tym zresztą równie dobrzy „noo lampa pewnie oznacza, że sobie jakąś kupisz na kiermaszu”, albo „hehe smok, to pewnie się pojawi na weselu jakiś”. – Jak coś to iksa ani skarbu nie widziałam tam nigdzie, wiec zostajesz ze smokiem – wypuściła głośniej powietrze przez nos, uznając, że to odpowiedni komentarz na propozycję herbatki u Atreusa. Chociaż tak po prawdzie, to kusiło, ojj kusiło.
– Nadal nekromancja – odparła z westchnięciem i założyła ręce na biodrach, wbijając niemalże pusty wzrok w przestrzeń. Zbierała myśli. – A z kurzego jaja wysiedzianego przez ropuchę rodzi się bazyliszek i to akurat prawda – krwawy księżyc i żądny krwi kogut – to też byłby gruby problem, zresztą tak samo jak bazyliszek. – Z kurami nie ma żartów – dodała, posyłając Atreusowi wymowne spojrzenie i zapatrzyła się na kurnik przed nimi, ignorując wyciąganego kolejnego papierosa.
Myślała sobie co teraz, gdy przez dziurę w lichym ogrodzeniu, robiąc ogólny harmider, wbiegł gąsior, drąc się w niebogłosy, machając na boki wielkimi skrzydłami. Kłapał dziobem na wszystkie strony, a Victoria zdobyła się tylko na posłanie w tamtą stronę zaskoczonego spojrzenia, zbyt wmurowana, żeby zareagować, tym bardziej, że w ślad za nim, przebiegła grupka dziewcząt, śmiejąc się chyba tylko trochę głośniej od kwakania gąsiora, który – co Victoria odkryła z kolejnym zdziwieniem – miał chustę przewiązaną na oczach i ewidentnie nie widział dokąd biegnie. A sunął prosto na nich, na co Lestrange leciutko tylko pobladła i spróbowała się ewakuować w zorganizowanym pośpiechu, co zrobiła jednak za wolno, bo widać wymachy skrzydłami dodawały zwierzęciu dodatkowej prędkości.
A ta była mu potrzebna, żeby dopaść ciemnowłosą i… ugryźć ją prosto w kształtny tyłek, na co damulka krzyknęła zaskoczona, nie będąc gotowa na takie praktowanie i nim zdążyła się odwdzięczyć paskudnemu, wielkiemu gąsiorowi, ten w rykiem chlasnął ją jeszcze kilka razy skrzydłami i pobiegł w głąb podwórka, prosto w grupkę kur, które rozpierzchły się na wszystkie strony z gdakaniem.
I zawtórowały im jeszcze głośniejszy śmiech ewidentnie mugolskich dziewcząt, które poświęciły Atreusowi tylko odrobinę uwagi.
– Ooo, będzie miała pani szczęście w miłości – odezwała się jedna z nich, najwyraźniej nic sobie nie robiąc z siarczystych przekleństw Victorii i tego, że właśnie masowała sobie bolące miejsce.