22.11.2025, 21:34 ✶
Doskonale widział niezadowolenie Henry’ego. Było mu trochę, odrobinę przykro, że stał się obiektem gniewu kolegi, ale nie było opcji, żeby sam umówił się z Basiliusem, a potem słuchał, jak Henry kaszle i patrzył, jak się męczy. To dotyczyłoby każdego z jego przyjaciół, ale jego szczególnie. Henry towarzyszył mu w noc pożarów - nieocenione wsparcie moralne w chwili kryzysu. Henry oddał mu swoją kurtkę. Zaprosił go do siebie, kiedy okazało się, że jego własne mieszkanie dopadła klątwa.
Istniały jednak granice, za którymi niewiele dało się zdziałać dzielnością i ofiarnością - i wtedy często sprawdzały się status i pieniądze, czasami doprawione szczyptą bezczelności. Hannibal miał to wszystko i nie zawahał się tego użyć.
- Mówiłem, że załatwię uzdrowiciela - wzruszył ramionami. Czyżby Henry nie wierzył? A może wypite poprzedniego dnia do kolacji wino tak uderzyło mu do głowy, że nie pamiętał? - Siadaj i daj się zbadać. I proszę, tu herbatka dla ciebie - odsunął fotel dla Lockharta i podsunął mu parujący kubek, stanowczo i z niepozostawiającą miejsca na sprzeciw troską. Mona byłaby z niego dumna.
To dla twojego dobra.
Dopiero upewniwszy się, że obaj, Basilius i Henry, siedzą wygodnie, sam zajął miejsce. Lockhart nie wyglądał na kogoś zdolnego do wygłaszania długich wypowiedzi, więc Hannibal wziął na siebie ciężar opowiedzenia uzdrowicielowi o ich dolegliwościach.
- Od tych pożarów obu nas męczy kaszel i odkrztuszamy jakieś czarne gó… wydzielinę taką. Całkiem czarną, okropne to jest! Przy wysiłku jest gorzej, nie mogę tańczyć i śpiewać, a Henry - wskazał głową na kupkę nieszczęścia, jaką stał się jego przyjaciel - ma chyba w dodatku gorączkę. Wczoraj jeszcze aż tak źle nie było… Poszedł rano do pracy i w ogóle, ale jak wrócił, to padł - spojrzał na Basiliusa, a potem na Henry'ego, unikając jego wzroku. Chciałby rozpakować go z tego kołdrzanego kokonu, dotknąć i przekonać się, czy faktycznie gorączkuje, ale podejrzewał, że fotograf by na to nie pozwolił, a nawet, gdyby nie miał siły protestować, jeszcze bardziej by go to wkurzyło. Niesłusznie, bo Hannibal nie miał przecież żadnych złych zamiarów, ale z drugiej strony trudno było wymagać rozsądku od człowieka w malignie.
Istniały jednak granice, za którymi niewiele dało się zdziałać dzielnością i ofiarnością - i wtedy często sprawdzały się status i pieniądze, czasami doprawione szczyptą bezczelności. Hannibal miał to wszystko i nie zawahał się tego użyć.
- Mówiłem, że załatwię uzdrowiciela - wzruszył ramionami. Czyżby Henry nie wierzył? A może wypite poprzedniego dnia do kolacji wino tak uderzyło mu do głowy, że nie pamiętał? - Siadaj i daj się zbadać. I proszę, tu herbatka dla ciebie - odsunął fotel dla Lockharta i podsunął mu parujący kubek, stanowczo i z niepozostawiającą miejsca na sprzeciw troską. Mona byłaby z niego dumna.
To dla twojego dobra.
Dopiero upewniwszy się, że obaj, Basilius i Henry, siedzą wygodnie, sam zajął miejsce. Lockhart nie wyglądał na kogoś zdolnego do wygłaszania długich wypowiedzi, więc Hannibal wziął na siebie ciężar opowiedzenia uzdrowicielowi o ich dolegliwościach.
- Od tych pożarów obu nas męczy kaszel i odkrztuszamy jakieś czarne gó… wydzielinę taką. Całkiem czarną, okropne to jest! Przy wysiłku jest gorzej, nie mogę tańczyć i śpiewać, a Henry - wskazał głową na kupkę nieszczęścia, jaką stał się jego przyjaciel - ma chyba w dodatku gorączkę. Wczoraj jeszcze aż tak źle nie było… Poszedł rano do pracy i w ogóle, ale jak wrócił, to padł - spojrzał na Basiliusa, a potem na Henry'ego, unikając jego wzroku. Chciałby rozpakować go z tego kołdrzanego kokonu, dotknąć i przekonać się, czy faktycznie gorączkuje, ale podejrzewał, że fotograf by na to nie pozwolił, a nawet, gdyby nie miał siły protestować, jeszcze bardziej by go to wkurzyło. Niesłusznie, bo Hannibal nie miał przecież żadnych złych zamiarów, ale z drugiej strony trudno było wymagać rozsądku od człowieka w malignie.