23.11.2025, 18:41 ✶
Nie chciał, by Hesia go źle zrozumiała, dlatego nie mówił o swoich wątpliwościach związanych z teleportacją do Munga. Wiedział, że jej mama tam pracowała. Nie chciał dokładać jej obowiązków. Wiedział też, że dla kogoś takiego jak on, nie pozostało dostępnych lekarzy tej nocy. Jego stan nie był krytyczny, więc musiałby czekać wiele godzin w kolejce, przez którą nigdy nie zdołałby się przekupić. A tylko brakowało mu przebywania w zatłoczonym szpitalu z umierającymi ludźmi.
– Na pewno. Muszę po prostu odpocząć. – Posłał jej tak słaby uśmiech, że wyglądał, jakby zaraz miał upaść na ziemię i zemdleć. – Jak będzie bardzo źle, teleportujemy się z mojego mieszkania. Jeśli nie będzie doszczętnie spalone.
Podziwiał takie osoby, jak Hestia. Ludzi z misją, tych, którzy pomagali w sposób tak bohaterski, jakby nie byli prawdziwymi ludźmi, a postaciami z książki lub filmu. Ta dziewczyna właśnie taka była. Niezwykle odważna, silna, altruistyczna. Henry ciekaw był, czy gdzieś pod tą powłoką drżała ze strachu i płakała za swoją rodziną... Być może właśnie to uczucie popychało ją do przodu? Czy potrafiła słabość przeradzać w siłę? A może po prostu nie traktowała miłości jako zmartwienia?
– Jeszcze kilka budynków. – Henry pokierował ją w odpowiednim kierunku. Nie chciał dzielić się z nią swoimi myślami, bo przerodziłoby się to po prostu w bełkot.
Wreszcie dotarli na miejsce. Budynek był przysmalony z zewnątrz, ale od tej strony Henry nie widział okna swojego mieszkania. Mógł się spodziewać najgorszego... choć na razie mało by na to wskazywało.
Poprowadził ją po schodach. Na klatce nikogo nie było. Ludzie musieli pochować się w mieszkaniach, zapewne by przeczekać końcówkę tego piekła. To był dobry znak. Mugole mieli mnóstwo systemów alarmowych na wypadek pożarów czy katastrof. Umieli się ewakuować.
Wreszcie dotarli pod mieszkanie Henry'ego. Chłopak drżącymi dłońmi wyjął z torby klucze i otworzył drzwi. Uchylił je najpierw lekko, zajrzał do środka. Jego lokum wyglądało... normalnie. Aż zbyt zwyczajnie, jakby stanowiło to jakąś zmyślną pułapkę. Tylko który Śmierciożerca chciałby zaczaić się na biednego fotografa? Cóż, przy takim lęku, rozsądek grał mało znaczącą rolę.
– Chyba... wszystko okej. Tak na pierwszy rzut oka – wydukał chłopak. – Mam nadzieję, że to nie jakiś fortel.
– Na pewno. Muszę po prostu odpocząć. – Posłał jej tak słaby uśmiech, że wyglądał, jakby zaraz miał upaść na ziemię i zemdleć. – Jak będzie bardzo źle, teleportujemy się z mojego mieszkania. Jeśli nie będzie doszczętnie spalone.
Podziwiał takie osoby, jak Hestia. Ludzi z misją, tych, którzy pomagali w sposób tak bohaterski, jakby nie byli prawdziwymi ludźmi, a postaciami z książki lub filmu. Ta dziewczyna właśnie taka była. Niezwykle odważna, silna, altruistyczna. Henry ciekaw był, czy gdzieś pod tą powłoką drżała ze strachu i płakała za swoją rodziną... Być może właśnie to uczucie popychało ją do przodu? Czy potrafiła słabość przeradzać w siłę? A może po prostu nie traktowała miłości jako zmartwienia?
– Jeszcze kilka budynków. – Henry pokierował ją w odpowiednim kierunku. Nie chciał dzielić się z nią swoimi myślami, bo przerodziłoby się to po prostu w bełkot.
Wreszcie dotarli na miejsce. Budynek był przysmalony z zewnątrz, ale od tej strony Henry nie widział okna swojego mieszkania. Mógł się spodziewać najgorszego... choć na razie mało by na to wskazywało.
Poprowadził ją po schodach. Na klatce nikogo nie było. Ludzie musieli pochować się w mieszkaniach, zapewne by przeczekać końcówkę tego piekła. To był dobry znak. Mugole mieli mnóstwo systemów alarmowych na wypadek pożarów czy katastrof. Umieli się ewakuować.
Wreszcie dotarli pod mieszkanie Henry'ego. Chłopak drżącymi dłońmi wyjął z torby klucze i otworzył drzwi. Uchylił je najpierw lekko, zajrzał do środka. Jego lokum wyglądało... normalnie. Aż zbyt zwyczajnie, jakby stanowiło to jakąś zmyślną pułapkę. Tylko który Śmierciożerca chciałby zaczaić się na biednego fotografa? Cóż, przy takim lęku, rozsądek grał mało znaczącą rolę.
– Chyba... wszystko okej. Tak na pierwszy rzut oka – wydukał chłopak. – Mam nadzieję, że to nie jakiś fortel.