24.11.2025, 14:47 ✶
Pierwszym znakiem tego, że Dægberht wciąż żył, była głośna, żałosna próba odkaszlnięcia wody. Później kolejna i kolejna – ledwo unosząc ciężar swojego ciała na drżących rękach i kolanach zdartych o kamienie, próbował kolejny raz oszukać śmierć. Nie zabierze go dzisiaj bezdenna otchłań oceanu – skoro miał siłę pluć słoną wodą, to przeżyje i tę katastrofę.
…tylko jaka to była katastrofa?
Skąd się tutaj wziął, w tym miejscu pośrodku niczego? Znów rozbił się statkiem? Dałby sobie uciąć rękę, że zasnął dziś w Londynie, a obudził się w tutaj, na skałach przy brzegu morza. Rozglądał się, mrużył oczy i nic. Nie było tu żadnego wraku. Pomiędzy skałami nie obijała się nawet pojedyncza deska Foki, nie widział w oddali ani łajby, ani oznak życia. Był on, piekielne duszności i woda, tak dziwna, jakby w śnie. Czuł się bardziej spocony niż mokry od zanurzenia w morskiej toni.
…czyli to był sen?
Dægberht wstał.
Sposób, w jaki to zrobił, był wybitnie żałosny. Chciałby mieć więcej siły w rękach, więcej tchu w płucach – ale nawet kiedy był możliwie jak najbardziej skupiony na celu – nie był w stanie kontrolować niczego wokół. Czyli był to sen świadomy i jednocześnie nim nie był. Anomalia na tle setek innych razów, kiedy doświadczył czegoś takiego. Nie widział w tym sensu ani celu. Był tu samotny! Po cóż jego własny umysł wyprowadziłby go do tej samotni, jeżeli nie miał o co zaczepić się myślami? Zrobił kilka niezdarnych kroków w kierunku brzegu, splunął słoną śliną na złoty piasek. Odrętwiałymi palcami przeczesał splątane włosy i wyciągnął z nich obrzydliwe, zielonkawe, oślizgłe rośliny. I rozglądał się wciąż, poszukiwał w tym wszystkim jakiegoś sensu, przesuwając się wzdłuż linii brzegowej wyjątkowo powolnie i ociężale.
Nie czuł się sobą.
Przyspieszył kroku dopiero w momencie, w którym w oddali dostrzegł znikającą pomiędzy drzewami Helloise. Jej obecność nadawała temu zdarzeniu jakiegokolwiek smaku. Chciał za nią krzyknąć, zwrócić na siebie jej uwagę, ale kiedy zmrużył oczy dostrzegł, że kobieta nie była sama. Każdy kto go znał wiedział, jak pierwsza myśl przemknęłaby mu przez głowę w innej sytuacji – nie powinien im przeszkadzać. Ale nie dzisiaj, nie teraz! Nie przy tym… człowieku? Przy tej odrażającej kreaturze, której obecność wzburzyła go tak bardzo, że zalała go fala gorąca. Lepiej, żeby nie wiedział o jego obecności.
Nagle człowiek, który przed chwilą słaniał się na nogach i ledwo stawiał niezdarne kroki, biegł przed siebie, aż brakowało mu tchu. I kaszlał, niemal zadławił się śliną. Ale biegł i biegł, bo nie opuszczało go przeczucie, że to nie ta róża zjedzona kilka dni temu w ogrodach Maida Vale, lecz to co się działo teraz, było dla Helli największym zagrożeniem, jakiemu będzie musiała stawić czoła w tej jesieni.
Wiedźma stojąca naprzeciw swojego przeciwnika musiała zemrzeć ze strachu.
To paskudne, złowieszcze, obrzydliwe coś zamachnęło się nożem, a Flint próbował wrzasnąć, ale po leśnej gęstwinie poniósł się tylko świst powietrza, kiedy niskorosły morderca zamachnął się. Flint nie pozostał mu dłużny. W całym tym chaosie odważył się dorwać rękoma spróchniałą gałąź, którą się zamachnął jakby to był co najmniej buzdygan i rozbił ją na łysym czerepie z impetem.
– Hella, uciekaj! – Wydusił z siebie. Melodyjny głos poety złamał się, ochrypł. Wyglądał też jak siedem nieszczęść, w poszarpanych ubraniach, doszczętnie przemoczony, z kosmykami włosów poprzyklejanymi do wytatuowanego ciała.
…tylko jaka to była katastrofa?
Skąd się tutaj wziął, w tym miejscu pośrodku niczego? Znów rozbił się statkiem? Dałby sobie uciąć rękę, że zasnął dziś w Londynie, a obudził się w tutaj, na skałach przy brzegu morza. Rozglądał się, mrużył oczy i nic. Nie było tu żadnego wraku. Pomiędzy skałami nie obijała się nawet pojedyncza deska Foki, nie widział w oddali ani łajby, ani oznak życia. Był on, piekielne duszności i woda, tak dziwna, jakby w śnie. Czuł się bardziej spocony niż mokry od zanurzenia w morskiej toni.
…czyli to był sen?
Dægberht wstał.
Sposób, w jaki to zrobił, był wybitnie żałosny. Chciałby mieć więcej siły w rękach, więcej tchu w płucach – ale nawet kiedy był możliwie jak najbardziej skupiony na celu – nie był w stanie kontrolować niczego wokół. Czyli był to sen świadomy i jednocześnie nim nie był. Anomalia na tle setek innych razów, kiedy doświadczył czegoś takiego. Nie widział w tym sensu ani celu. Był tu samotny! Po cóż jego własny umysł wyprowadziłby go do tej samotni, jeżeli nie miał o co zaczepić się myślami? Zrobił kilka niezdarnych kroków w kierunku brzegu, splunął słoną śliną na złoty piasek. Odrętwiałymi palcami przeczesał splątane włosy i wyciągnął z nich obrzydliwe, zielonkawe, oślizgłe rośliny. I rozglądał się wciąż, poszukiwał w tym wszystkim jakiegoś sensu, przesuwając się wzdłuż linii brzegowej wyjątkowo powolnie i ociężale.
Nie czuł się sobą.
Przyspieszył kroku dopiero w momencie, w którym w oddali dostrzegł znikającą pomiędzy drzewami Helloise. Jej obecność nadawała temu zdarzeniu jakiegokolwiek smaku. Chciał za nią krzyknąć, zwrócić na siebie jej uwagę, ale kiedy zmrużył oczy dostrzegł, że kobieta nie była sama. Każdy kto go znał wiedział, jak pierwsza myśl przemknęłaby mu przez głowę w innej sytuacji – nie powinien im przeszkadzać. Ale nie dzisiaj, nie teraz! Nie przy tym… człowieku? Przy tej odrażającej kreaturze, której obecność wzburzyła go tak bardzo, że zalała go fala gorąca. Lepiej, żeby nie wiedział o jego obecności.
Nagle człowiek, który przed chwilą słaniał się na nogach i ledwo stawiał niezdarne kroki, biegł przed siebie, aż brakowało mu tchu. I kaszlał, niemal zadławił się śliną. Ale biegł i biegł, bo nie opuszczało go przeczucie, że to nie ta róża zjedzona kilka dni temu w ogrodach Maida Vale, lecz to co się działo teraz, było dla Helli największym zagrożeniem, jakiemu będzie musiała stawić czoła w tej jesieni.
Wiedźma stojąca naprzeciw swojego przeciwnika musiała zemrzeć ze strachu.
To paskudne, złowieszcze, obrzydliwe coś zamachnęło się nożem, a Flint próbował wrzasnąć, ale po leśnej gęstwinie poniósł się tylko świst powietrza, kiedy niskorosły morderca zamachnął się. Flint nie pozostał mu dłużny. W całym tym chaosie odważył się dorwać rękoma spróchniałą gałąź, którą się zamachnął jakby to był co najmniej buzdygan i rozbił ją na łysym czerepie z impetem.
– Hella, uciekaj! – Wydusił z siebie. Melodyjny głos poety złamał się, ochrypł. Wyglądał też jak siedem nieszczęść, w poszarpanych ubraniach, doszczętnie przemoczony, z kosmykami włosów poprzyklejanymi do wytatuowanego ciała.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr