24.11.2025, 15:25 ✶
Jej serce zabiło mocniej, krew zawrzała. To był jeden z tych momentów, kiedy dociera do ciebie, dlaczego tak wiele wierszy porównuje spotkanie z ważnymi dla nas osobami z ptakami świergoczącymi w klatce piersiowej, trzepoczącymi skrzydłami w niejednostajnym rytmie. Bo to było coś więcej, niż bicie serca – to było jak… drżenie duszy.
– NAPRAWDĘ? – Nie powinna powiedzieć tego tak głośno, ale nie powstrzymała się. Głos zabrzmiał jej przez to trochę dziwnie i speszyła się. Delikatną, bladą twarz pokrył rumieniec. – To znaczy, haha… ojej. – Przełknęła ślinę. – Jak fajnie. – Nakrzyczcie na nią, wyśmiejcie, zgniećcie jak robaka, ale to naprawdę było dla niej ważne. Nie bycie zapomnianą. Zapisanie się w sercu kogoś, kogo… ceniła ponad innych. Okej, Prudence mogła nie być konwencjonalnie atrakcyjną czarownicą, ani wymarzoną koleżanką jawiącą się w oczach większości, ale Lestrange wcale nie przeszkadzały zapach szpitala i dłonie szorstkie od probówek. Za to bycie zapisanym w czyimś umyśle już na zawsze – ah, świadomość tego łaskotała jej nastrój bardziej, niż pierwsze, wiosenne promienie słońca. – Ja za tobą też. – Dodała po nieco niezręcznej chwili ciszy, którą poświęciła na nabranie powietrza w płuca i głębokie westchnienie. – Cóż, nikt nie jest idealny, czy coś tam.
Primrose wysunęła dłoń, a rumieniec pokrywający jej twarz nasycił się czerwienią. Oczywiście, że chciała coś dostać, a jednocześnie głupio było być obdarowywanym, kiedy sama…
– A wiesz, też ci coś kupiłam, ale… – dom mi spłonął.
Wszystko, doszczętnie, w całości. Ogień pożarł każdy upominek i wspomnienie. Nawet te wciśnięte na dno szafy. Jeszcze nie potrafiła o tym mówić. To było niezręczne. Nie dało się jej współczuć, bo kiedy na ulicach umierali ludzie, Lestrangowie urządzali wystawne przyjęcia. Maida Vale pozostało nietknięte. Sama sobie z tym nie radziła, a co dopiero kiedy utkwiłoby w niej oceniające spojrzenie kogokolwiek, kogo zdanie się liczyło…
– NAPRAWDĘ? – Nie powinna powiedzieć tego tak głośno, ale nie powstrzymała się. Głos zabrzmiał jej przez to trochę dziwnie i speszyła się. Delikatną, bladą twarz pokrył rumieniec. – To znaczy, haha… ojej. – Przełknęła ślinę. – Jak fajnie. – Nakrzyczcie na nią, wyśmiejcie, zgniećcie jak robaka, ale to naprawdę było dla niej ważne. Nie bycie zapomnianą. Zapisanie się w sercu kogoś, kogo… ceniła ponad innych. Okej, Prudence mogła nie być konwencjonalnie atrakcyjną czarownicą, ani wymarzoną koleżanką jawiącą się w oczach większości, ale Lestrange wcale nie przeszkadzały zapach szpitala i dłonie szorstkie od probówek. Za to bycie zapisanym w czyimś umyśle już na zawsze – ah, świadomość tego łaskotała jej nastrój bardziej, niż pierwsze, wiosenne promienie słońca. – Ja za tobą też. – Dodała po nieco niezręcznej chwili ciszy, którą poświęciła na nabranie powietrza w płuca i głębokie westchnienie. – Cóż, nikt nie jest idealny, czy coś tam.
Primrose wysunęła dłoń, a rumieniec pokrywający jej twarz nasycił się czerwienią. Oczywiście, że chciała coś dostać, a jednocześnie głupio było być obdarowywanym, kiedy sama…
– A wiesz, też ci coś kupiłam, ale… – dom mi spłonął.
Wszystko, doszczętnie, w całości. Ogień pożarł każdy upominek i wspomnienie. Nawet te wciśnięte na dno szafy. Jeszcze nie potrafiła o tym mówić. To było niezręczne. Nie dało się jej współczuć, bo kiedy na ulicach umierali ludzie, Lestrangowie urządzali wystawne przyjęcia. Maida Vale pozostało nietknięte. Sama sobie z tym nie radziła, a co dopiero kiedy utkwiłoby w niej oceniające spojrzenie kogokolwiek, kogo zdanie się liczyło…