24.11.2025, 20:03 ✶
Drzwi odbiły się za nami z głuchym stukiem, a to brzmienie uderzyło mnie w potylicę jak zimna świadomość, że byliśmy wreszcie zamknięci w jednej przestrzeni - sam na sam, tylko my i nasze myśli, projekcje, niespełnione, kurwa, oczekiwania. Wypuściłem jej dłoń, nawet nie wiedząc, kiedy ją tak mocno złapałem, dlaczego trzymałem ją tak kurczowo, skóra na moim nadgarstku drgała, jakbym tracił fragment ciepła, który ledwo zdążyłem odzyskać. Nie powinna była mówić do mnie takim tonem - tym cholernym, wygładzonym, sterylnym tonem, który nie należał do niej, tylko do jakiejś wersji, którą zakładała jak ochronny pancerz. Kiedy zaczęła, poczułem to jak cios w brzuch - tę obojętność, która nie była prawdziwa, ale była wystarczająco zimna, żeby mnie zamrozić od środka. Jej słowa były ostre, ale głos… Głos był jak martwa woda - bez fali, bez życia, bez oddechu, i doprowadzało mnie to do szału w sposób, którego nie potrafiłem kontrolować.
Nie wiedziałem, co mnie bardziej piekło - jej słowa, czy to, jak je mówiła. Ten jej lodowaty ton, to jebane udawanie dystansu, to wpychanie się w odległe, głupie, kurewskie szkolne ramy, jakbyśmy nie znali swoich ciał, jakby nie trzymała mnie za włosy, kiedy traciła oddech na moich ustach. Każde zdanie, każde to jej wyważone słowo, każda próba brzmienia logicznie i spokojnie, kiedy w środku cała się trzęsła - widziałem to. Mogła sobie udawać, że ton ją chroni, że to jest forma samoobrony, ale ja znałem ten mechanizm aż za dobrze, naciągała go na siebie jak stary, zużyty płaszcz, który dawno stracił funkcję. Zamknąłem oczy na moment, walcząc, żeby nie wybuchnąć od razu, jej słowa dźwięczały mi w głowie z opóźnieniem, jak echo po wystrzale.
- Do czego, kulwa, dokładnie? - Parsknąłem. Otworzyłem oczy powoli i wziąłem powietrze tak głęboko, że aż mnie zabolało w mostku. Nie byłem z tych, którzy milczą, kiedy ktoś wbija im nóż pod żebra, ale przez ułamek sekundy naprawdę próbowałem - próbowałem nie odpowiadać tym, co już miałem na końcu języka, tym, co we mnie pulsowało, jakby chciało się przebić na powierzchnię.
Wrócił mój gniew, frustracja, a przede wszystkim wróciła ta przebrzydła świadomość, że ona potrafiła tym jednym tonem zrobić z człowieka trupa, który tylko jakimś cudem jeszcze się trzymał na stojąco. Jej słowa wbijały się we mnie jak sztylet. „Bawiliśmy się w dom, którego chyba nie potrzebowałeś.” Jak ona w ogóle mogła tak powiedzieć? Zamknąłem oczy na ułamek sekundy, bo pragnąłem… Nie wiedziałem nawet, czego. Złapać ją za ramiona? Wytrząsnąć z niej to gówno? Złapać za twarz i kazać jej mówić normalnie? Uciec? Wszystkiego naraz. Otworzyłem je z powrotem, bo nie chciałem tracić jej z pola widzenia nawet na ten pierdolony moment. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie miałem kontroli ani nad sobą, ani nad tą sytuacją, ani nad nią, a nienawidziłem nie mieć kontroli. Nie wiedziałem, jakim cudem nie roześmiałem się jej w twarz - nie z rozbawienia, tylko z czystej, ziejącej rozpaczą wkurwionej niewiary. Stałem tam, kilka kroków od niej, z krwią pulsującą mi w rozwalonej dłoni, z gardłem zaciskającym się tak mocno, że ledwo mogłem oddychać, i słuchałem jej tonu - tego spokoju, tego precyzyjnego kurwa wykładu, którym mnie częstowała. To słowo - „dom” - trafiło mnie w żebra jak cios. Ten jej głos był jak nożyk preparatorski - cienki, precyzyjny, chirurgicznie dokładny, a jednocześnie przeszywający, kroiła mnie na kawałki, udając, że nic nie czuje. A przecież wiedziałem, jaka jest, kiedy naprawdę traci panowanie.
- Dom. - Prychnąłem. - Dom nie był dla mnie ploblemem. Nigdy. Nie lób ze mnie kogoś, kto pszyszedł tam tylko po to, szeby cię zelsznąś pszy zlewie.
Zamknąłem oczy na pół sekundy, moje ciało zareagowało automatycznie, jakby wspomnienie tamtego dotyku było wciąż zapisane w mięśniach - unoszenie jej, przesuwanie po blacie, jej dłonie we włosach, jej kolana zaciskające się na moich biodrach, to, jak się we mnie wtuliła po wszystkim, w ciszy, bez słów, jakby to miało dla niej znaczenie. A teraz stała tu, przede mną, mówiąc tym samym tonem, jakim uciszała pierwszorocznych w korytarzu.
Musiałem zrobić krok, ruszyć się, bo jeśli bym został w miejscu, to byłem pewien, że eksploduję. Podszedłem do okna, tylko po to, żeby obrócić się z powrotem do niej, bo kurwa, nie potrafiłem trzymać pleców w jej stronę dłużej niż sekundę, szczególnie teraz.
- Tak. - Wypaliłem, zanim zdążyłem się powstrzymać, zacisnąłem zęby tak mocno, że aż usłyszałem chrupnięcie. Nie dawała sobie nawet tego ułamka słabości, wypowiadała „jeśli coś jest powtarzalne” tak, jakby mówiła o cholernym cyklu pogodowym, jakby mówiła o czymś, co można było przeanalizować, zapisać w tabelce, wyliczyć, więc tak - oczywiście, że tak, oczywiście, że chciałem, nawet jeśli to nie było w porządku wobec niej. - Chcę. Chcę, szebyś się do cholely lospadła pszede mną, skolo ja lobię to, kulwa, cały czas. - To był najgorszy, najtrudniejszy, najbardziej rozdzierający detal całej tej nocy. Zrobiłem krok do niej - nie powinienem był, ale nie mogłem inaczej. - To znaczy, sze szyjesz. - Dodałem, ciszej. - A nie tylko wykonujesz jakieś jebane ploceduly, szeby nikt nie zobaczył, co cię boli. Chowasz się za tymi swoimi akademickimi, klinicznymi pieldołami. Po co?
A to, że stała tak blisko drzwi? To było jak nóż wbity w bok - niby nie ruszała się stamtąd, ale samo miejsce, które wybrała, mówiło mi więcej, niż chciałem wiedzieć.
Zacisnąłem zęby, przesunąłem dłonią po włosach, jakbym próbował rozładować napięcie, które nie zamierzało zniknąć. Oparła ręce na piersi, jakby potrzebowała bariery, znów ją wznosiła, znów schowała dłonie, jakby bała się, że cokolwiek odsłoni, jeśli je opuści. Ta jej cholernie perfekcyjna postawa pani antropolog, byłej uzdrowicielki, profesjonalistki, kobiety, która pewnie potrafiła poskładać kogoś po torturach, ale własne emocje trzymała w zamrażarce.
- Bzdula. - Wskazałem na nią palcem. - Jak chcesz, to jesteś golętsza nisz piepszona ognista. Widziałem to, czułem to, doświadczyłem tego, dwa tygodnie temu, tszy, kaszdej jebanej nocy, któlą spędziliśmy lasem. W dzień tesz. Moses oszukiwaś siebie, mnie nie oszukasz.
Przeszedłem wzdłuż pokoju - dwa kroki, trzy - jak lew w klatce. Zrobiłem krok, potem drugi, potem trzeci - nieświadomie, chaotycznie, jak ktoś, kto nie ma pojęcia, czy chce ją pocałować, czy chce nią potrząsnąć. Odsunąłem się o pół kroku, ale tylko po to, żeby znowu podejść - byłem niestabilny, bo wszystko mnie rwało w przeciwnr strony. Czułem, jak pieką mnie oczy, bo nawet ja miałem dość tego wszystkiego. Moja zraniona dłoń drżała, drugą wbiłem w bok, żeby powstrzymać impuls, żeby jej dotknąć, przyciągnąć, cokolwiek. Widziałem jej ramiona skrzyżowane na piersi, tę jej postawę obronną, maskę - i w tej sekundzie nie potrafiłem patrzeć na nią inaczej niż jak na kogoś, kto trzymał mi nóż przy gardle i pytał, dlaczego krwawię, skoro nie mam prawa.
Prawda - o prawdę tu chodziło, o tę, którą napisałem jej w liście, tę, której rzekomo nie przeczytała, tę, której nie usłyszała, bo nigdy do niej nie dotarła. Nie spodziewałem się, że ten jej ton uderzy mnie tak mocno, jak wtedy, gdy pierwszy raz usłyszałem go na tym pieprzonym korytarzu w Hogwarcie, może właśnie dlatego mnie to rozwścieczyło - to cofnięcie, ten chłód, ten jej sposób mówienia, jakby nic jej nie ruszało, jakby rzeczy, których między nami nie da się zapomnieć, nagle można było traktować jak przypis w książce. Patrzyłem na nią tak intensywnie, że aż bolały mnie oczy, jakbym próbował ją zmusić wzrokiem, żeby przestała udawać, pozwoliła sobie pęknąć, żeby była, kurwa, prawdziwa. A ona stała tam, cała napięta, cała wyprostowana, jakby musiała utrzymać się w ryzach, inaczej się rozsypie, w pewnym sensie rozumiałem - tylko że mnie to w tej chwili doprowadzało do szału.
- To splóbuj mnie, kulwa, zaskoczyś. - Moje słowa były ciche, twarde, zimniejsze niż cokolwiek, co dotąd powiedziałem. Patrzyłem na nią, jakby miała zaraz zrobić coś, co zmieni wszystko. Wszystko na jeszcze gorsze. - Nie zapominaj, kim ja jestem. Powiedz to, skolo jusz tu jesteśmy. Skolo mamy ten pieldolony luksus. - Zacisnąłem bolącą dłoń, aż poczułem metaliczny smak w ustach. - Powiedz. - Nie mrugnąłem wcale, patrzyłem prosto na nią, bez odwrotu. - Na co, do cholely, mam nie byś gotowy?
Nie wiedziałem, co mnie bardziej piekło - jej słowa, czy to, jak je mówiła. Ten jej lodowaty ton, to jebane udawanie dystansu, to wpychanie się w odległe, głupie, kurewskie szkolne ramy, jakbyśmy nie znali swoich ciał, jakby nie trzymała mnie za włosy, kiedy traciła oddech na moich ustach. Każde zdanie, każde to jej wyważone słowo, każda próba brzmienia logicznie i spokojnie, kiedy w środku cała się trzęsła - widziałem to. Mogła sobie udawać, że ton ją chroni, że to jest forma samoobrony, ale ja znałem ten mechanizm aż za dobrze, naciągała go na siebie jak stary, zużyty płaszcz, który dawno stracił funkcję. Zamknąłem oczy na moment, walcząc, żeby nie wybuchnąć od razu, jej słowa dźwięczały mi w głowie z opóźnieniem, jak echo po wystrzale.
- Do czego, kulwa, dokładnie? - Parsknąłem. Otworzyłem oczy powoli i wziąłem powietrze tak głęboko, że aż mnie zabolało w mostku. Nie byłem z tych, którzy milczą, kiedy ktoś wbija im nóż pod żebra, ale przez ułamek sekundy naprawdę próbowałem - próbowałem nie odpowiadać tym, co już miałem na końcu języka, tym, co we mnie pulsowało, jakby chciało się przebić na powierzchnię.
Wrócił mój gniew, frustracja, a przede wszystkim wróciła ta przebrzydła świadomość, że ona potrafiła tym jednym tonem zrobić z człowieka trupa, który tylko jakimś cudem jeszcze się trzymał na stojąco. Jej słowa wbijały się we mnie jak sztylet. „Bawiliśmy się w dom, którego chyba nie potrzebowałeś.” Jak ona w ogóle mogła tak powiedzieć? Zamknąłem oczy na ułamek sekundy, bo pragnąłem… Nie wiedziałem nawet, czego. Złapać ją za ramiona? Wytrząsnąć z niej to gówno? Złapać za twarz i kazać jej mówić normalnie? Uciec? Wszystkiego naraz. Otworzyłem je z powrotem, bo nie chciałem tracić jej z pola widzenia nawet na ten pierdolony moment. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie miałem kontroli ani nad sobą, ani nad tą sytuacją, ani nad nią, a nienawidziłem nie mieć kontroli. Nie wiedziałem, jakim cudem nie roześmiałem się jej w twarz - nie z rozbawienia, tylko z czystej, ziejącej rozpaczą wkurwionej niewiary. Stałem tam, kilka kroków od niej, z krwią pulsującą mi w rozwalonej dłoni, z gardłem zaciskającym się tak mocno, że ledwo mogłem oddychać, i słuchałem jej tonu - tego spokoju, tego precyzyjnego kurwa wykładu, którym mnie częstowała. To słowo - „dom” - trafiło mnie w żebra jak cios. Ten jej głos był jak nożyk preparatorski - cienki, precyzyjny, chirurgicznie dokładny, a jednocześnie przeszywający, kroiła mnie na kawałki, udając, że nic nie czuje. A przecież wiedziałem, jaka jest, kiedy naprawdę traci panowanie.
- Dom. - Prychnąłem. - Dom nie był dla mnie ploblemem. Nigdy. Nie lób ze mnie kogoś, kto pszyszedł tam tylko po to, szeby cię zelsznąś pszy zlewie.
Zamknąłem oczy na pół sekundy, moje ciało zareagowało automatycznie, jakby wspomnienie tamtego dotyku było wciąż zapisane w mięśniach - unoszenie jej, przesuwanie po blacie, jej dłonie we włosach, jej kolana zaciskające się na moich biodrach, to, jak się we mnie wtuliła po wszystkim, w ciszy, bez słów, jakby to miało dla niej znaczenie. A teraz stała tu, przede mną, mówiąc tym samym tonem, jakim uciszała pierwszorocznych w korytarzu.
Musiałem zrobić krok, ruszyć się, bo jeśli bym został w miejscu, to byłem pewien, że eksploduję. Podszedłem do okna, tylko po to, żeby obrócić się z powrotem do niej, bo kurwa, nie potrafiłem trzymać pleców w jej stronę dłużej niż sekundę, szczególnie teraz.
- Tak. - Wypaliłem, zanim zdążyłem się powstrzymać, zacisnąłem zęby tak mocno, że aż usłyszałem chrupnięcie. Nie dawała sobie nawet tego ułamka słabości, wypowiadała „jeśli coś jest powtarzalne” tak, jakby mówiła o cholernym cyklu pogodowym, jakby mówiła o czymś, co można było przeanalizować, zapisać w tabelce, wyliczyć, więc tak - oczywiście, że tak, oczywiście, że chciałem, nawet jeśli to nie było w porządku wobec niej. - Chcę. Chcę, szebyś się do cholely lospadła pszede mną, skolo ja lobię to, kulwa, cały czas. - To był najgorszy, najtrudniejszy, najbardziej rozdzierający detal całej tej nocy. Zrobiłem krok do niej - nie powinienem był, ale nie mogłem inaczej. - To znaczy, sze szyjesz. - Dodałem, ciszej. - A nie tylko wykonujesz jakieś jebane ploceduly, szeby nikt nie zobaczył, co cię boli. Chowasz się za tymi swoimi akademickimi, klinicznymi pieldołami. Po co?
A to, że stała tak blisko drzwi? To było jak nóż wbity w bok - niby nie ruszała się stamtąd, ale samo miejsce, które wybrała, mówiło mi więcej, niż chciałem wiedzieć.
Zacisnąłem zęby, przesunąłem dłonią po włosach, jakbym próbował rozładować napięcie, które nie zamierzało zniknąć. Oparła ręce na piersi, jakby potrzebowała bariery, znów ją wznosiła, znów schowała dłonie, jakby bała się, że cokolwiek odsłoni, jeśli je opuści. Ta jej cholernie perfekcyjna postawa pani antropolog, byłej uzdrowicielki, profesjonalistki, kobiety, która pewnie potrafiła poskładać kogoś po torturach, ale własne emocje trzymała w zamrażarce.
- Bzdula. - Wskazałem na nią palcem. - Jak chcesz, to jesteś golętsza nisz piepszona ognista. Widziałem to, czułem to, doświadczyłem tego, dwa tygodnie temu, tszy, kaszdej jebanej nocy, któlą spędziliśmy lasem. W dzień tesz. Moses oszukiwaś siebie, mnie nie oszukasz.
Przeszedłem wzdłuż pokoju - dwa kroki, trzy - jak lew w klatce. Zrobiłem krok, potem drugi, potem trzeci - nieświadomie, chaotycznie, jak ktoś, kto nie ma pojęcia, czy chce ją pocałować, czy chce nią potrząsnąć. Odsunąłem się o pół kroku, ale tylko po to, żeby znowu podejść - byłem niestabilny, bo wszystko mnie rwało w przeciwnr strony. Czułem, jak pieką mnie oczy, bo nawet ja miałem dość tego wszystkiego. Moja zraniona dłoń drżała, drugą wbiłem w bok, żeby powstrzymać impuls, żeby jej dotknąć, przyciągnąć, cokolwiek. Widziałem jej ramiona skrzyżowane na piersi, tę jej postawę obronną, maskę - i w tej sekundzie nie potrafiłem patrzeć na nią inaczej niż jak na kogoś, kto trzymał mi nóż przy gardle i pytał, dlaczego krwawię, skoro nie mam prawa.
Prawda - o prawdę tu chodziło, o tę, którą napisałem jej w liście, tę, której rzekomo nie przeczytała, tę, której nie usłyszała, bo nigdy do niej nie dotarła. Nie spodziewałem się, że ten jej ton uderzy mnie tak mocno, jak wtedy, gdy pierwszy raz usłyszałem go na tym pieprzonym korytarzu w Hogwarcie, może właśnie dlatego mnie to rozwścieczyło - to cofnięcie, ten chłód, ten jej sposób mówienia, jakby nic jej nie ruszało, jakby rzeczy, których między nami nie da się zapomnieć, nagle można było traktować jak przypis w książce. Patrzyłem na nią tak intensywnie, że aż bolały mnie oczy, jakbym próbował ją zmusić wzrokiem, żeby przestała udawać, pozwoliła sobie pęknąć, żeby była, kurwa, prawdziwa. A ona stała tam, cała napięta, cała wyprostowana, jakby musiała utrzymać się w ryzach, inaczej się rozsypie, w pewnym sensie rozumiałem - tylko że mnie to w tej chwili doprowadzało do szału.
- To splóbuj mnie, kulwa, zaskoczyś. - Moje słowa były ciche, twarde, zimniejsze niż cokolwiek, co dotąd powiedziałem. Patrzyłem na nią, jakby miała zaraz zrobić coś, co zmieni wszystko. Wszystko na jeszcze gorsze. - Nie zapominaj, kim ja jestem. Powiedz to, skolo jusz tu jesteśmy. Skolo mamy ten pieldolony luksus. - Zacisnąłem bolącą dłoń, aż poczułem metaliczny smak w ustach. - Powiedz. - Nie mrugnąłem wcale, patrzyłem prosto na nią, bez odwrotu. - Na co, do cholely, mam nie byś gotowy?
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)