25.11.2025, 03:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.11.2025, 03:09 przez Benjy Fenwick.)
Nie powinienem był patrzeć jej prosto w oczy, gdy zaczęła mówić - to był błąd, ale i tak to zrobiłem, patrzyłem, jak każdy jej chłodny, powolny, kurewsko wyważony sylabowy cios leciał w moim kierunku i wbijał mi się prosto pod skórę, jakby jej ton był dobrze naostrzonym nożem. Ona nawet nie musiała podnosić głosu - potrafiła mnie ciąć szeptem. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś walił we mnie słowami tak spokojnie, to był ten jej ton - zimny, czysty, chirurgiczny - którym potrafiła odczytywać ludziom wyniki obdukcji i nie dopuszczać niczego do środka. Nienawidziłem go, bo wiedziałem dokładnie, co robił - kastracja, odcinanie, zamykanie drzwi, stawianie ściany tam, gdzie jeszcze chwilę temu była skóra. To mnie rozpierdalało najbardziej - to, że była jednocześnie martwa i krwawiąca. Stałem tam, patrząc na nią, jakby ciągnęła mnie na egzekucję. Moje serce waliło mi pod żebrami, jakby chciało wyrwać się z klatki. W chwili, gdy usłyszałem jej „do tego, że nic, co dobre, nie trwa wiecznie”, coś we mnie drgnęło tak ostro, jakby ktoś wsunął mi nóż między żebra i przekręcił go dla sportu - to jedno zdanie, a potem kolejne, i kolejne, wszystkie wypowiadane tym jej tonem - spokojnym, wyuczonym, kurwa, profesjonalnym. Słuchałem, jak mówiła o tym, że nic dobre nie trwa wiecznie, że zawsze coś jest ważniejsze, że zostaje się samemu - z każdym zdaniem czułem, jakby ktoś wpychał mi palce do gardła. Chciałem ją pocałować, zagłuszyć te słowa, zatopić się w niej jak wtedy, ale nic nie zrobiłem. Staliśmy naprzeciwko siebie jak dwie dogorywające pożogi, obie zbyt jasne, zbyt gorące. Te słowa powinny były mnie zabić, rozłożyć, powalić, wyjąć ze mnie wnętrzności i rozwiesić na tych czterech ścianach, a przez dobrą chwilę stałem tam, jak idiota, jak ktoś, komu ktoś właśnie wyłamał szczękę i kazał mówić - ja nie wiedziałem, jak się złożyć na jedno, sensowne zdanie.
„Do tego, że nic, co dobre, nie trwa wiecznie.”
„Do tego, że zostajesz sam.”
„Do tego, że nie jesteś wystarczający.”
Kurwa.
Kurwa mać.
Kurwa jego mać.
- Pszystopuj. - Wycedziłem, wciąż stojąc tuż przed nią. - Pszystopuj, bo… Kulwa… - Nie mogłem tego wypowiedzieć z dystansu, nie do niej. Zrobiłem krok w przód, wciąż z tym czymś drgającym pod skórą, tą pierdoloną iskrą, która pojawiała się tylko przy niej. Patrzyłem na nią i czułem, jak wściekłość mieszała się z czymś znacznie gorszym - ze strachem, świadomością, że naprawdę nie wiedziałem, co powinienem zrobić, każdy krok był zły, każde słowo mogłem spierdolić, mogłem ją zranić - albo zniszczyć - jednym nieodpowiednim zdaniem. Nie chciałem tego, a jednak… Nigdy nie byłem dobry w trzymaniu mordy na klucz.
- To jest twoje podsumowanie? „Piepszyliśmy się” i „kot się nie liczył”? - Parsknąłem, ale to nie był śmiech, to było coś między warknięciem a bólem, który nie chciał przejść. - No, kulwa tak, piepszyliśmy się. Nie będę udawał, sze nie pamiętam kaszdego lasu. Nie będę udawał, sze tego nie chciałem, bo chciałem i ty tesz chciałaś. - Zrobiłem krok, potem drugi, zbyt gwałtownie, zbyt nerwowo. Odwróciłem się na sekundę, żeby złapać jakiś oddech, ale nic mi to nie dało - serce waliło mi jak młot pneumatyczny, palce w rozwalonej ręce drżały, skóra pulsowała. - Sun… Ja chciałem s tobą nazwaś tego sielściucha. Oczywiście, sze kulwa chciałem. - Machnąłem ręką, to było tak oczywiste, że aż mnie bolało, że muszę to wyjaśniać. - Nie pszyniósłbym ci szywego stworzenia, gdybym nie chciał, szebyś… Szebyśmy… - Urwałem na moment, zacisnąłem zęby. - Tu nie chodziło o kota. Nigdy, kulwa, nie chodziło o kota. - Znowu pokręciłem głową z niedowierzaniem. - Kulwa, oczywiście, sze tego chciałem. Inaczej bym go nie pszyniósł, nie wcisnął bym ci go jak pojebany siedemnastolatek, któly chce zbudowaś „coś wspólnego”. - Machnąłem ręką, jakbym próbował odgonić myśl, która wracała do mnie jak koszmar - zapętlałem się, wiedziałem to, ale nie mogłem nic z tym zrobić. - To nie był ploblem, to jebanym ploblemem. - Głos mi się podniósł, ostro, surowo - oddychałem już za szybko. Wyprostowałem się gwałtownie, uderzenie adrenaliny przeszło mi po plecach jak zimny bat. - Wiesz, co było ploblemem? - Wskazałem palcem w bok, w pustą przestrzeń, gdzie powinno być coś, czego nie dawało się nazwać. - Lomulus jebany Pottel. - Powiedziałem to tak, jakby samo nazwisko było trucizną - słowo „Potter” wyszło ze mnie jak splunięcie. - Skulwysyn s talentami, o któlych nikt nie mówił, bo wszyscy woleli wieszyś, sze jest tylko ekscentlyszny. - Przetarłem twarz dłonią, bardziej nerwowo, niż powinienem. - Ploblemem było to, co mi zlobiono w łbie. - Urwałem, zaciąłem się, jakby ktoś ścisnął mnie za gardło, spojrzałem gdzieś obok niej, bo na nią spojrzeć nie potrafiłem - nie przy tym. - Chodziło o coś innego, Sun. - Powiedziałem ciszej. - O coś takiego, czego… Nie powinnaś słuchaś. - Ścisnąłem palce tak mocno, że chrupnęło mi coś w rozwalonej dłoni. - Lomulus Pottel najebał mi w głowie. To są fakty. - Wyplułem, jakby te słowa były kwaśne, a były… Gorzkie, kurewsko gorzkie - pełne prawdziwej goryczy.
Stałem tam, nieruchomy, obcy we własnej skórze, stałem tam jak idiota, jak potłuczony chłopiec, który nie wiedział, czego chce, który zgubił drogę, który pisał listy, których nikt nie przeczytał, który napisał jej „kocham cię” i teraz nie potrafił tego powtórzyć - nie, nie teraz. A potem padło:
„Możesz nie być gotowy na mnie. Na to, że Cię chcę, nie na chwilę, nie na moment, na zawsze.”
Poczułem, jakby ktoś mnie uderzył otwartą dłonią w mordę. Patrzyłem na nią - na jej twarz, która próbowała trzymać fason, na jej usta, które mówiły, że „sobie poradzi”, na te oczy, które robiły wszystko, żeby nie puścić łez, chociaż słyszałem ten drżący oddech, cholera - słyszałem, bo staliśmy tak blisko siebie… Ale nie mówiłem nic - nie dlatego, że nie miałem odpowiedzi - dlatego, że miałem ich za dużo.
I tym razem naprawdę nie wiedziałem, co powiedzieć. Przez sekundę, jedną jebaną sekundę, chciałem powiedzieć jej wszystko, powiedzieć to tak, jak napisałem w pijackim liście, powtórzyć to na głos, dać jej wreszcie jasną odpowiedź, ale nie mogłem. Nie dlatego, że jej nie kochałem, tylko dlatego, że… Kurwa, właśnie dlatego. Chciałem coś powiedzieć, cokolwiek, ale ona szła dalej, coraz głębiej, ostrzej, szczerzej, a we mnie robiło się coraz ciaśniej. Sam tego chciałem - prawda? Sam tego chciałem. Mówiła o tym, że złamała zasady, że nie powinna była się w nim zakochać, nie może mnie prosić, bym został, ale że tego chce, zawsze chciała. Nie wiedziałem, kiedy dokładnie przestałem oddychać - może dopiero wtedy, może gdzieś między jej „nie jesteś wystarczający” a tym jebanym „chcę cię na zawsze”, może wtedy, kiedy zrobiła ten jeden krok, ten, który sprawił, że w powietrzu zabrakło tlenu. Zrobiłem dwa kroki w bok, wróciłem, jak zagubiony pies.
- Sun… - Głos mi się załamał. - Co ja mam ci, kulwa, powiedzieś? Sze się nie zakochałaś w złym człowieku? Sze mogę byś dla ciebie czymś więcej nisz… Nisz tą chwilą, któlą sobie wzięliśmy? - Potrząsnąłem głową, nerwowo, szorstko. - Ja nie jestem… Ja nie potlafię… - Urwałem, nie potrafiłem na nią patrzeć, ale nie potrafiłem też odwrócić wzroku. - Ty mówisz o zawsze. O jebanym na zawsze. - Zacisnąłem zęby, bo słyszałem sam siebie - słyszałem ten ton, który wcale nie chciał być wściekły, ale był, bo nie miałem już żadnej innej broni, a ona rozbrajała mnie jednym zdaniem - jednym jebanym oddechem. - Ja… - Wyszeptałem, nie wiedząc, czy mówię to z wyrzutem, błaganiem czy rozpaczą. - Ja nie mogę daś ci domu, ja go nie mam, nie mam, gdzie go postawiś. Nie mam, czym go zbudowaś. Nie mam, kulwa, nawet fundamentów.
Stałem przed nią i miałem ochotę powiedzieć wszystko naraz - miałem ochotę powiedzieć, że ją kocham, że kurwa nie spałem normalnie, odkąd zniknąłem, że chodziłem po Rumunii jak po polu minowym i koniec końców wyjebałem się na własnych wspomnieniach. Miałem ochotę powiedzieć, że nie wiem, czy potrafię być tym, czego ona chce. Właściwie wiedziałem, że nie potrafię. Tylko że żadne z tych słów nie mogło przejść mi przez gardło. Podszedłem do torby leżącej na ziemi, kopnąłem ją w jej stronę, mocno.
- Widzisz? Widzisz, jak pięknie by ci się szyło u boku kogoś, kto nosi w tolbie szeszy, za któle w najlepszym lasie spieldala się s klaju, idzie się do Askabanu, a w najgolszym zostaje się bes głowy? - Wypuściłem powietrze z drżeniem, którego nienawidziłem. - Kulwa, Sun. Gdybyś wiedziała, ile lasy… Niewaszne. - Przełknąłem sucho. - Niewaszne.
To „nieważne” było kłamstwem, bo każde „nieważne”, jakie jej kiedykolwiek powiedziałem, było kłamstwem.
- To jest twoje „na zawsze”? - Zapytałem cicho. - To? Ze mną? S człowiekiem, któly nie ma nawet własnego łószka, do któlego mógłby wlacaś? S kimś, kto mieszka gdzieś zaswyszaj tylko dlatego, sze właściciel lokalu jest ślepy na wszystko, dopóki dostaje pieniądze w kopelcie?
„Nie jesteś wystarczający.”
Pieprzone słowa - nie wypowiedziane przeze mnie, tylko przez nią. Nie do mnie - o niej. Ale trafiły we mnie, w sam środek mostka, bo znałem ten ton, nie z rozmów z nią - z rozmów ze sobą. Stałem więc, próbowałem przetrawić, przełknąć, cokolwiek, ale to się nie dało przełknąć - zostało jak kolczasta kula w gardle. Chciałem zareagować od razu wtedy, gdy to powiedziała, chciałem rzucić jakimś brutalnym „przestań”, może nawet „nie pierdol”, chciałem ją zatrzymać. Te jej „do tego, że nic nie trwa”, „do tego, że nie jesteś wystarczający”… Kurwa, chciałem ją chwycić za ramiona i potrząsnąć, by nie ważyła się mówić o sobie tym tonem. Wtedy to powstrzymałem, ale teraz?
- Nie jesteś wystalszająca. - Powtórzyłem jej słowa z tamtej chwili. - Ty? Ty pieldolisz takie szeszy o sobie? - Wpatrywałem się w nią jak pojebany, jakbym próbował ją unieść spojrzeniem, przerwać ten ciąg myślowy, ten pieprzony ciąg myślowy, który mnie doprowadzał do szału. Zacisnąłem zęby, bo we mnie wszystko się dosłownie gotowało - chciałem jej przerwać, uciszyć, ruszyć się, ale byłem przyspawany do miejsca, jakby moje ciało odmówiło współpracy, a jedyne, co mogłem zrobić, to słuchać, jak rozbiera moje wnętrzności jednym zdaniem za drugim.
Zacisnąłem dłonie w pięści, zrobiłem krok w tył, wziąłem głęboki oddech - tak, hah, jakby powietrze miało mi pomóc w czymkolwiek.
- „Do tego, sze nie jesteś wystalszająsy”. Świetnie. Zajebiście. A powiedz mi… - Spojrzałem jej prosto w oczy. - Jak długo byłaś sama zanim pojawiłem się ja, co? Jak długo? Nie mówię o pszelotnym piepszeniu. Od ilu lat nikt nie dotykał cię tak, jak ja cię dotknąłem? Ilu lat nikt nie zaglądał ci do kuchni, do piepszonego łószka, do tej głowy, któla nigdy nie umie odpocząś? - Przełknąłem ślinę, gardło mnie bolało, a ja nie wiedziałem, czemu pytałem teraz, czemu w tej chwili, czemu, do cholery, dopiero teraz. Może dlatego, że patrzyłem na nią jak na kogoś, kogo dotknęła wojna, żałoba, cisza - i że teraz to ja byłem tym, co mogło ją złamać. Może dlatego, że nagle poczułem, że stoję naprzeciw czegoś, co mnie przerastało. - Jak długo nosiłaś na palcu pierścionek kogoś, kogo jusz tu nie było? Ile lat? Na czym opielasz swoje pszekonania, sze dla nikogo nie jesteś wystalszająca? Ile lasy dałaś komuś szansę?Sobie szansę s kimś? - Wiedziałem, że jestem nie fair, wiedziałem, że to nie było pytanie, które powinienem zadawać, qiedziałem też, że jeśli tego nie wyrzucę, to pęknę jeszcze bardziej.
- Nolmalnym. S kimś nolmalnym.
Zacząłem chodzić po pokoju. Prawo-lewo. Tam-z powrotem. Nie mogłem stanąć.
Pierdol się, Fenwick, wychodź stąd.
Powinieneś wyjść.
Masz drzwi trzy metry za plecami. Dwa metry przed twarzą. Metr po boku.
A ja, średnio co kilka chwil, wracałem do punktu wyjścia, który nie znajdował się za drzwiami, praktycznie stałem naprzeciw niej z rozwaloną ręką, rozwaloną głową i czymś, co przypominało serce, ale działało jak uszkodzony organ.
- Mówisz, sze nie jesteś wystalszająsa? - Zapytałem ostro. - Melinie, gdybyś wiedziała, jak balso to ja nie jestem. Nic ci nie dam.
Potarłem twarz dłonią, ból przeszył mnie jak prąd, ale nawet go nie skomentowałem - byłem zbyt daleko w środku własnej głowy. Jej „na zawsze” uderzyło we mnie tak mocno, że musiałem złapać oddech, jeszcze przez kilka chwil odwracając wzrok, stawiając dwa kroki w przód, dwa kroki w tył. Kiedy podniosłem go z powrotem, widziałem w niej wszystko, co powinna była trzymać dla siebie, jeśli chciała ode mnie czegokolwiek sensownego.
- To nie teolia, to plaktyka. - Podkreśliłem, dławiąc się tą goryczą.
Moje „nie mogę” i moje „boję się, że jeśli zrobię krok w tył, to już nigdy nie będę umiał zrobić kroku w przód” - więc zatrzymałem się w miejscu, bo co mogłem zrobić? Zarówno faktycznie, jak i metaforycznie. Przez chwilę stałem tam tak, jakby ktoś jednym ruchem wybił mi wszystkie żebra. Całe powietrze zeszło ze mnie, ale nie mogłem dać tego po sobie poznać - nie teraz, nie w tej chwili, kiedy stała o krok ode mnie i właśnie rozpieprzała wszystko, co próbowałem trzymać pod kontrolą.
„Do tego, że nic, co dobre, nie trwa wiecznie.”
„Do tego, że zostajesz sam.”
„Do tego, że nie jesteś wystarczający.”
Kurwa.
Kurwa mać.
Kurwa jego mać.
- Pszystopuj. - Wycedziłem, wciąż stojąc tuż przed nią. - Pszystopuj, bo… Kulwa… - Nie mogłem tego wypowiedzieć z dystansu, nie do niej. Zrobiłem krok w przód, wciąż z tym czymś drgającym pod skórą, tą pierdoloną iskrą, która pojawiała się tylko przy niej. Patrzyłem na nią i czułem, jak wściekłość mieszała się z czymś znacznie gorszym - ze strachem, świadomością, że naprawdę nie wiedziałem, co powinienem zrobić, każdy krok był zły, każde słowo mogłem spierdolić, mogłem ją zranić - albo zniszczyć - jednym nieodpowiednim zdaniem. Nie chciałem tego, a jednak… Nigdy nie byłem dobry w trzymaniu mordy na klucz.
- To jest twoje podsumowanie? „Piepszyliśmy się” i „kot się nie liczył”? - Parsknąłem, ale to nie był śmiech, to było coś między warknięciem a bólem, który nie chciał przejść. - No, kulwa tak, piepszyliśmy się. Nie będę udawał, sze nie pamiętam kaszdego lasu. Nie będę udawał, sze tego nie chciałem, bo chciałem i ty tesz chciałaś. - Zrobiłem krok, potem drugi, zbyt gwałtownie, zbyt nerwowo. Odwróciłem się na sekundę, żeby złapać jakiś oddech, ale nic mi to nie dało - serce waliło mi jak młot pneumatyczny, palce w rozwalonej ręce drżały, skóra pulsowała. - Sun… Ja chciałem s tobą nazwaś tego sielściucha. Oczywiście, sze kulwa chciałem. - Machnąłem ręką, to było tak oczywiste, że aż mnie bolało, że muszę to wyjaśniać. - Nie pszyniósłbym ci szywego stworzenia, gdybym nie chciał, szebyś… Szebyśmy… - Urwałem na moment, zacisnąłem zęby. - Tu nie chodziło o kota. Nigdy, kulwa, nie chodziło o kota. - Znowu pokręciłem głową z niedowierzaniem. - Kulwa, oczywiście, sze tego chciałem. Inaczej bym go nie pszyniósł, nie wcisnął bym ci go jak pojebany siedemnastolatek, któly chce zbudowaś „coś wspólnego”. - Machnąłem ręką, jakbym próbował odgonić myśl, która wracała do mnie jak koszmar - zapętlałem się, wiedziałem to, ale nie mogłem nic z tym zrobić. - To nie był ploblem, to jebanym ploblemem. - Głos mi się podniósł, ostro, surowo - oddychałem już za szybko. Wyprostowałem się gwałtownie, uderzenie adrenaliny przeszło mi po plecach jak zimny bat. - Wiesz, co było ploblemem? - Wskazałem palcem w bok, w pustą przestrzeń, gdzie powinno być coś, czego nie dawało się nazwać. - Lomulus jebany Pottel. - Powiedziałem to tak, jakby samo nazwisko było trucizną - słowo „Potter” wyszło ze mnie jak splunięcie. - Skulwysyn s talentami, o któlych nikt nie mówił, bo wszyscy woleli wieszyś, sze jest tylko ekscentlyszny. - Przetarłem twarz dłonią, bardziej nerwowo, niż powinienem. - Ploblemem było to, co mi zlobiono w łbie. - Urwałem, zaciąłem się, jakby ktoś ścisnął mnie za gardło, spojrzałem gdzieś obok niej, bo na nią spojrzeć nie potrafiłem - nie przy tym. - Chodziło o coś innego, Sun. - Powiedziałem ciszej. - O coś takiego, czego… Nie powinnaś słuchaś. - Ścisnąłem palce tak mocno, że chrupnęło mi coś w rozwalonej dłoni. - Lomulus Pottel najebał mi w głowie. To są fakty. - Wyplułem, jakby te słowa były kwaśne, a były… Gorzkie, kurewsko gorzkie - pełne prawdziwej goryczy.
Stałem tam, nieruchomy, obcy we własnej skórze, stałem tam jak idiota, jak potłuczony chłopiec, który nie wiedział, czego chce, który zgubił drogę, który pisał listy, których nikt nie przeczytał, który napisał jej „kocham cię” i teraz nie potrafił tego powtórzyć - nie, nie teraz. A potem padło:
„Możesz nie być gotowy na mnie. Na to, że Cię chcę, nie na chwilę, nie na moment, na zawsze.”
Poczułem, jakby ktoś mnie uderzył otwartą dłonią w mordę. Patrzyłem na nią - na jej twarz, która próbowała trzymać fason, na jej usta, które mówiły, że „sobie poradzi”, na te oczy, które robiły wszystko, żeby nie puścić łez, chociaż słyszałem ten drżący oddech, cholera - słyszałem, bo staliśmy tak blisko siebie… Ale nie mówiłem nic - nie dlatego, że nie miałem odpowiedzi - dlatego, że miałem ich za dużo.
I tym razem naprawdę nie wiedziałem, co powiedzieć. Przez sekundę, jedną jebaną sekundę, chciałem powiedzieć jej wszystko, powiedzieć to tak, jak napisałem w pijackim liście, powtórzyć to na głos, dać jej wreszcie jasną odpowiedź, ale nie mogłem. Nie dlatego, że jej nie kochałem, tylko dlatego, że… Kurwa, właśnie dlatego. Chciałem coś powiedzieć, cokolwiek, ale ona szła dalej, coraz głębiej, ostrzej, szczerzej, a we mnie robiło się coraz ciaśniej. Sam tego chciałem - prawda? Sam tego chciałem. Mówiła o tym, że złamała zasady, że nie powinna była się w nim zakochać, nie może mnie prosić, bym został, ale że tego chce, zawsze chciała. Nie wiedziałem, kiedy dokładnie przestałem oddychać - może dopiero wtedy, może gdzieś między jej „nie jesteś wystarczający” a tym jebanym „chcę cię na zawsze”, może wtedy, kiedy zrobiła ten jeden krok, ten, który sprawił, że w powietrzu zabrakło tlenu. Zrobiłem dwa kroki w bok, wróciłem, jak zagubiony pies.
- Sun… - Głos mi się załamał. - Co ja mam ci, kulwa, powiedzieś? Sze się nie zakochałaś w złym człowieku? Sze mogę byś dla ciebie czymś więcej nisz… Nisz tą chwilą, któlą sobie wzięliśmy? - Potrząsnąłem głową, nerwowo, szorstko. - Ja nie jestem… Ja nie potlafię… - Urwałem, nie potrafiłem na nią patrzeć, ale nie potrafiłem też odwrócić wzroku. - Ty mówisz o zawsze. O jebanym na zawsze. - Zacisnąłem zęby, bo słyszałem sam siebie - słyszałem ten ton, który wcale nie chciał być wściekły, ale był, bo nie miałem już żadnej innej broni, a ona rozbrajała mnie jednym zdaniem - jednym jebanym oddechem. - Ja… - Wyszeptałem, nie wiedząc, czy mówię to z wyrzutem, błaganiem czy rozpaczą. - Ja nie mogę daś ci domu, ja go nie mam, nie mam, gdzie go postawiś. Nie mam, czym go zbudowaś. Nie mam, kulwa, nawet fundamentów.
Stałem przed nią i miałem ochotę powiedzieć wszystko naraz - miałem ochotę powiedzieć, że ją kocham, że kurwa nie spałem normalnie, odkąd zniknąłem, że chodziłem po Rumunii jak po polu minowym i koniec końców wyjebałem się na własnych wspomnieniach. Miałem ochotę powiedzieć, że nie wiem, czy potrafię być tym, czego ona chce. Właściwie wiedziałem, że nie potrafię. Tylko że żadne z tych słów nie mogło przejść mi przez gardło. Podszedłem do torby leżącej na ziemi, kopnąłem ją w jej stronę, mocno.
- Widzisz? Widzisz, jak pięknie by ci się szyło u boku kogoś, kto nosi w tolbie szeszy, za któle w najlepszym lasie spieldala się s klaju, idzie się do Askabanu, a w najgolszym zostaje się bes głowy? - Wypuściłem powietrze z drżeniem, którego nienawidziłem. - Kulwa, Sun. Gdybyś wiedziała, ile lasy… Niewaszne. - Przełknąłem sucho. - Niewaszne.
To „nieważne” było kłamstwem, bo każde „nieważne”, jakie jej kiedykolwiek powiedziałem, było kłamstwem.
- To jest twoje „na zawsze”? - Zapytałem cicho. - To? Ze mną? S człowiekiem, któly nie ma nawet własnego łószka, do któlego mógłby wlacaś? S kimś, kto mieszka gdzieś zaswyszaj tylko dlatego, sze właściciel lokalu jest ślepy na wszystko, dopóki dostaje pieniądze w kopelcie?
„Nie jesteś wystarczający.”
Pieprzone słowa - nie wypowiedziane przeze mnie, tylko przez nią. Nie do mnie - o niej. Ale trafiły we mnie, w sam środek mostka, bo znałem ten ton, nie z rozmów z nią - z rozmów ze sobą. Stałem więc, próbowałem przetrawić, przełknąć, cokolwiek, ale to się nie dało przełknąć - zostało jak kolczasta kula w gardle. Chciałem zareagować od razu wtedy, gdy to powiedziała, chciałem rzucić jakimś brutalnym „przestań”, może nawet „nie pierdol”, chciałem ją zatrzymać. Te jej „do tego, że nic nie trwa”, „do tego, że nie jesteś wystarczający”… Kurwa, chciałem ją chwycić za ramiona i potrząsnąć, by nie ważyła się mówić o sobie tym tonem. Wtedy to powstrzymałem, ale teraz?
- Nie jesteś wystalszająca. - Powtórzyłem jej słowa z tamtej chwili. - Ty? Ty pieldolisz takie szeszy o sobie? - Wpatrywałem się w nią jak pojebany, jakbym próbował ją unieść spojrzeniem, przerwać ten ciąg myślowy, ten pieprzony ciąg myślowy, który mnie doprowadzał do szału. Zacisnąłem zęby, bo we mnie wszystko się dosłownie gotowało - chciałem jej przerwać, uciszyć, ruszyć się, ale byłem przyspawany do miejsca, jakby moje ciało odmówiło współpracy, a jedyne, co mogłem zrobić, to słuchać, jak rozbiera moje wnętrzności jednym zdaniem za drugim.
Zacisnąłem dłonie w pięści, zrobiłem krok w tył, wziąłem głęboki oddech - tak, hah, jakby powietrze miało mi pomóc w czymkolwiek.
- „Do tego, sze nie jesteś wystalszająsy”. Świetnie. Zajebiście. A powiedz mi… - Spojrzałem jej prosto w oczy. - Jak długo byłaś sama zanim pojawiłem się ja, co? Jak długo? Nie mówię o pszelotnym piepszeniu. Od ilu lat nikt nie dotykał cię tak, jak ja cię dotknąłem? Ilu lat nikt nie zaglądał ci do kuchni, do piepszonego łószka, do tej głowy, któla nigdy nie umie odpocząś? - Przełknąłem ślinę, gardło mnie bolało, a ja nie wiedziałem, czemu pytałem teraz, czemu w tej chwili, czemu, do cholery, dopiero teraz. Może dlatego, że patrzyłem na nią jak na kogoś, kogo dotknęła wojna, żałoba, cisza - i że teraz to ja byłem tym, co mogło ją złamać. Może dlatego, że nagle poczułem, że stoję naprzeciw czegoś, co mnie przerastało. - Jak długo nosiłaś na palcu pierścionek kogoś, kogo jusz tu nie było? Ile lat? Na czym opielasz swoje pszekonania, sze dla nikogo nie jesteś wystalszająca? Ile lasy dałaś komuś szansę?Sobie szansę s kimś? - Wiedziałem, że jestem nie fair, wiedziałem, że to nie było pytanie, które powinienem zadawać, qiedziałem też, że jeśli tego nie wyrzucę, to pęknę jeszcze bardziej.
- Nolmalnym. S kimś nolmalnym.
Zacząłem chodzić po pokoju. Prawo-lewo. Tam-z powrotem. Nie mogłem stanąć.
Pierdol się, Fenwick, wychodź stąd.
Powinieneś wyjść.
Masz drzwi trzy metry za plecami. Dwa metry przed twarzą. Metr po boku.
A ja, średnio co kilka chwil, wracałem do punktu wyjścia, który nie znajdował się za drzwiami, praktycznie stałem naprzeciw niej z rozwaloną ręką, rozwaloną głową i czymś, co przypominało serce, ale działało jak uszkodzony organ.
- Mówisz, sze nie jesteś wystalszająsa? - Zapytałem ostro. - Melinie, gdybyś wiedziała, jak balso to ja nie jestem. Nic ci nie dam.
Potarłem twarz dłonią, ból przeszył mnie jak prąd, ale nawet go nie skomentowałem - byłem zbyt daleko w środku własnej głowy. Jej „na zawsze” uderzyło we mnie tak mocno, że musiałem złapać oddech, jeszcze przez kilka chwil odwracając wzrok, stawiając dwa kroki w przód, dwa kroki w tył. Kiedy podniosłem go z powrotem, widziałem w niej wszystko, co powinna była trzymać dla siebie, jeśli chciała ode mnie czegokolwiek sensownego.
- To nie teolia, to plaktyka. - Podkreśliłem, dławiąc się tą goryczą.
Moje „nie mogę” i moje „boję się, że jeśli zrobię krok w tył, to już nigdy nie będę umiał zrobić kroku w przód” - więc zatrzymałem się w miejscu, bo co mogłem zrobić? Zarówno faktycznie, jak i metaforycznie. Przez chwilę stałem tam tak, jakby ktoś jednym ruchem wybił mi wszystkie żebra. Całe powietrze zeszło ze mnie, ale nie mogłem dać tego po sobie poznać - nie teraz, nie w tej chwili, kiedy stała o krok ode mnie i właśnie rozpieprzała wszystko, co próbowałem trzymać pod kontrolą.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)