25.11.2025, 12:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.11.2025, 12:30 przez Lorien Mulciber.)
Czy można umrzeć na złamane serce? Każdy magomedyk stwierdziłby, że nie. To głupota. Serce jest mięśniem, a mięśnie mają to do siebie, że mogą się naciągnąć, nadwyrężyć, zerwać ale nie złamać. Więc dlaczego, kiedy patrzył w ten sposób, Lorien czuła, że jej serce rozpada się na setki kawałeczków.
Wpatrując się w zmęczoną twarz brata, przełykając każde kolejne pytanie jak łyżkę piołunu.
Kiedy stał się taki… nieobecny? Pusty. Obojętny na wszystko.
Kiedy z człowieka stał się prorokiem, który widział już wszystko, więc nic co ludzkie nie miało prawa go interesować?
Kiedy i ona stanie się tylko echem przeszłości, którą porzuca się na rzecz przyszłości?
Nic tu nie jest twoje. Nic tu nie jest moje.
Gdyby zapytał do kogo to wszystko należy - odpowiedziałaby mu. Odpowiedź była przecież na wyciągnięcie rąk. Jej - na której błyszczała noszona z przyzwyczajenia obrączka; jego - z ciążącym na palcu sygnetem dziedziców. Wszystko należało do duchów.
Miałkich, nieistotnych, martwych.
Nie miała już nawet sił płakać, gdy wreszcie się odezwał. Okazywanie uczuć było trudne, skomplikowane; jej umysł przeżarty mocnymi dawkami eliksirów uspokajających - otępiały i nieporadny w chwilach, gdy do głosu dochodziły stłumione emocje.
- Jesteś okrutny.- Powiedziała tylko, nieświadoma wręcz swojej własnej hipokryzji. Nie rozumiała czego od niej żąda. Jak jeszcze ma okazać, że ze wszystkich miejsc na świecie - wybrała bycie u jego boku. Zrobiła to. Podjęła decyzję. Została w domu jak na posłuszną siostrę przystało. Zacisnęła mocniej palce na jego koszulce, drżąc ni to z zimna, ni z przejmującego żalu.- Wracam do ciebie każdej nocy, a ty we mnie nadal wątpisz.
Jej głos łamał się płaczliwie. Nienawidziła tego. Nienawidziła, gdy przez ludzko brzmiące tony przebijał się ptasi skrzek. Cichy, rozpaczliwy, przypominający dlaczego to wszystko było tylko iluzją życia.
Jakież to było łatwe mówić, że chce się jej szczęścia i mówić to w ciszy zamkniętych czterech ścian, gdy publiką byli śniący przodkowie. Ofiarować jej odosobnienie, ciszę i samego siebie tak długo jak świat nie patrzył.
Czym w gruncie rzeczy różniła się zamknięta i opustoszała łazienka Agnes Delacour od sypialni Pana na Mulciber Manor. Niczym. W każdym przypadku grali przed pustymi rzędami krzeseł widowni, która nigdy nie dostała na spektakl zaproszenia.
Nie miał prawa dziwić się, że stawia na piedestale kobietę, której słowo w tej rodzinie było prawem. A gdyby kazała ci mnie odtrącić, zrobiłbyś to? czystokrwistą dziewuchę, której nie musiała znać, żeby jej nienawidzić Gdyby przybyła na twój próg, w zgodzie z tradycją nie mógłbyś jej oddalić. Ona byłaby tu Panią. człowieka, który nienawiść do niej przekuł w kluczową część swojej osobowości. Jest krwią z twojej krwi. Co zrobiłeś by wiedział, że jestem równie mu ważna?
Gdy napisał z prośbą, aby wróciła do domu - zrobiła to. Porzuciła piękne włości w Little Hangleton, by zamieszkać wśród wrzosowisk i duchów, w sypialni, która przynależna jej była od dziecka.
Jej twarz przypominała woskową maskę, gdy mówił dalej. Nie przerywała mu. Nie poruszyła się. W pewnym momencie nawet przestała mrugać - po prostu wpatrywała się w niego z bólem, którego nie próbowała nawet ukryć.
Czy tak nie byłoby prościej dla nas wszystkich?
Dla kogo? Dla kogo byłoby to prostsze? Dla niego? Wreszcie nie musiałby się ukrywać, bo po co się ukrywać, skoro wystarczy zwykłe “to wina eliksiru”. Dla niej? Bo choć wiedziałaby, że wszystko jest kłamstwem, byłoby kłamstwem tak czułym, że skłonna byłaby uwierzyć choć na chwilę w swoją miłość?
Wypiłbym.
Czego spodziewał się spoglądając w dół? Co chciał tak naprawdę dostrzec na jej twarzy? Ulgę? Radość? Zrozumienie? A może złość?
Zamiast tego, Lorien po prostu… się odsunęła.
- Nie potrzebuję Amortencji, żeby wiedzieć, że cię kocham. Nie potrzebuję jej, żeby wiedzieć, że jestem gdzie powinnam być.- Jej głos był zimny. Podniosła się na łokciach i objęła chudymi ramionami kolana. Spuściła wzrok na swoje własne pokryte bliznami i rankami dłonie.- Sądziłam, że choć trochę ty… Nieważne.
Otarła szybko wilgotne od łez oczy. Idiotka.
Nie chciała wstawać po prezent. Nie chciała w tym momencie absolutnie niczego co miało jakikolwiek związek z Alexandrem Mulciberem. W ogóle nie powinna była tu przychodzić.
Weź sobie psa. Weź sobie żonę. Spłodź dziecko nokturnowej kurwie. Rób co tylko chcesz. Utop się w tej pieprzonej amortencji, skoro tylko tak jesteś w stanie ze mną być.
Ale jeszcze bardziej nie chciała być w zasięgu jego rąk. Więc podniosła się powoli; na drżących nogach w końcu dotarła do biurka. Słowa Alexandra docierały do niej tak naprawdę piąte przez dziesiąte - nie potrafiła poradzić sobie z natłokiem myśli. Emocje były przerażające. Emocje były zabójcze.
Dlatego przysiadła na krześle, próbując zachować namiastkę kontroli nad samą sobą. Wdzięczność nigdy nie była jej mocną stroną.
Może dlatego czekała dłuższą chwilę, żeby otworzyć folder. Drżącymi dłońmi rozsupłała wstążkę. Pewnie w innej sytuacji zażartowałaby, że właśnie taki potrzebowała do pracy, bo akurat skończyły się w Dziale Zaopatrzenia, ale… nie teraz. Teraz w milczeniu wyciągnęła wizytówkę. Przeczytała ją raz. Kolejny. Odwróciła, patrząc na wypisaną datę, jakby ta miała zdradzić cokolwiek więcej.
Zaczęła kartkować prace. Jedną za drugą, z odpowiednią troską odsuwała półprzeźroczyste bibułki. Oglądała kolejne portrety jak wprawny kolekcjoner zastanawiający się która dusza jest warta licytowania na aukcji. W końcu natrafiła na swój szkic.
- Matce by się spodobał.- Powiedziała cicho. Może zbyt cicho, żeby to usłyszał, ale to nie miało żadnego znaczenia.-Wyglądam tu dużo młodziej.
Przesunęła palcami po swoim odbiciu, próbując powstrzymać płaczliwy skrzek i pociąganie nosem. Wciąż nie odwróciła się z powrotem w stronę Mulcibera. Wiedziała, że jeśli teraz się odwróci, może zapomnieć o kolacji. Nie chciała być sama. Nienawidziła, kiedy był tak daleko. Dlaczego go tu jeszcze przy niej nie było?!
- Dlaczego to robisz?- Zapytała jeszcze czując jak głos jej się łamie jak dziecku.
Wpatrując się w zmęczoną twarz brata, przełykając każde kolejne pytanie jak łyżkę piołunu.
Kiedy stał się taki… nieobecny? Pusty. Obojętny na wszystko.
Kiedy z człowieka stał się prorokiem, który widział już wszystko, więc nic co ludzkie nie miało prawa go interesować?
Kiedy i ona stanie się tylko echem przeszłości, którą porzuca się na rzecz przyszłości?
Nic tu nie jest twoje. Nic tu nie jest moje.
Gdyby zapytał do kogo to wszystko należy - odpowiedziałaby mu. Odpowiedź była przecież na wyciągnięcie rąk. Jej - na której błyszczała noszona z przyzwyczajenia obrączka; jego - z ciążącym na palcu sygnetem dziedziców. Wszystko należało do duchów.
Miałkich, nieistotnych, martwych.
Nie miała już nawet sił płakać, gdy wreszcie się odezwał. Okazywanie uczuć było trudne, skomplikowane; jej umysł przeżarty mocnymi dawkami eliksirów uspokajających - otępiały i nieporadny w chwilach, gdy do głosu dochodziły stłumione emocje.
- Jesteś okrutny.- Powiedziała tylko, nieświadoma wręcz swojej własnej hipokryzji. Nie rozumiała czego od niej żąda. Jak jeszcze ma okazać, że ze wszystkich miejsc na świecie - wybrała bycie u jego boku. Zrobiła to. Podjęła decyzję. Została w domu jak na posłuszną siostrę przystało. Zacisnęła mocniej palce na jego koszulce, drżąc ni to z zimna, ni z przejmującego żalu.- Wracam do ciebie każdej nocy, a ty we mnie nadal wątpisz.
Jej głos łamał się płaczliwie. Nienawidziła tego. Nienawidziła, gdy przez ludzko brzmiące tony przebijał się ptasi skrzek. Cichy, rozpaczliwy, przypominający dlaczego to wszystko było tylko iluzją życia.
Jakież to było łatwe mówić, że chce się jej szczęścia i mówić to w ciszy zamkniętych czterech ścian, gdy publiką byli śniący przodkowie. Ofiarować jej odosobnienie, ciszę i samego siebie tak długo jak świat nie patrzył.
Czym w gruncie rzeczy różniła się zamknięta i opustoszała łazienka Agnes Delacour od sypialni Pana na Mulciber Manor. Niczym. W każdym przypadku grali przed pustymi rzędami krzeseł widowni, która nigdy nie dostała na spektakl zaproszenia.
Nie miał prawa dziwić się, że stawia na piedestale kobietę, której słowo w tej rodzinie było prawem. A gdyby kazała ci mnie odtrącić, zrobiłbyś to? czystokrwistą dziewuchę, której nie musiała znać, żeby jej nienawidzić Gdyby przybyła na twój próg, w zgodzie z tradycją nie mógłbyś jej oddalić. Ona byłaby tu Panią. człowieka, który nienawiść do niej przekuł w kluczową część swojej osobowości. Jest krwią z twojej krwi. Co zrobiłeś by wiedział, że jestem równie mu ważna?
Gdy napisał z prośbą, aby wróciła do domu - zrobiła to. Porzuciła piękne włości w Little Hangleton, by zamieszkać wśród wrzosowisk i duchów, w sypialni, która przynależna jej była od dziecka.
Jej twarz przypominała woskową maskę, gdy mówił dalej. Nie przerywała mu. Nie poruszyła się. W pewnym momencie nawet przestała mrugać - po prostu wpatrywała się w niego z bólem, którego nie próbowała nawet ukryć.
Czy tak nie byłoby prościej dla nas wszystkich?
Dla kogo? Dla kogo byłoby to prostsze? Dla niego? Wreszcie nie musiałby się ukrywać, bo po co się ukrywać, skoro wystarczy zwykłe “to wina eliksiru”. Dla niej? Bo choć wiedziałaby, że wszystko jest kłamstwem, byłoby kłamstwem tak czułym, że skłonna byłaby uwierzyć choć na chwilę w swoją miłość?
Wypiłbym.
Czego spodziewał się spoglądając w dół? Co chciał tak naprawdę dostrzec na jej twarzy? Ulgę? Radość? Zrozumienie? A może złość?
Zamiast tego, Lorien po prostu… się odsunęła.
- Nie potrzebuję Amortencji, żeby wiedzieć, że cię kocham. Nie potrzebuję jej, żeby wiedzieć, że jestem gdzie powinnam być.- Jej głos był zimny. Podniosła się na łokciach i objęła chudymi ramionami kolana. Spuściła wzrok na swoje własne pokryte bliznami i rankami dłonie.- Sądziłam, że choć trochę ty… Nieważne.
Otarła szybko wilgotne od łez oczy. Idiotka.
Nie chciała wstawać po prezent. Nie chciała w tym momencie absolutnie niczego co miało jakikolwiek związek z Alexandrem Mulciberem. W ogóle nie powinna była tu przychodzić.
Weź sobie psa. Weź sobie żonę. Spłodź dziecko nokturnowej kurwie. Rób co tylko chcesz. Utop się w tej pieprzonej amortencji, skoro tylko tak jesteś w stanie ze mną być.
Ale jeszcze bardziej nie chciała być w zasięgu jego rąk. Więc podniosła się powoli; na drżących nogach w końcu dotarła do biurka. Słowa Alexandra docierały do niej tak naprawdę piąte przez dziesiąte - nie potrafiła poradzić sobie z natłokiem myśli. Emocje były przerażające. Emocje były zabójcze.
Dlatego przysiadła na krześle, próbując zachować namiastkę kontroli nad samą sobą. Wdzięczność nigdy nie była jej mocną stroną.
Może dlatego czekała dłuższą chwilę, żeby otworzyć folder. Drżącymi dłońmi rozsupłała wstążkę. Pewnie w innej sytuacji zażartowałaby, że właśnie taki potrzebowała do pracy, bo akurat skończyły się w Dziale Zaopatrzenia, ale… nie teraz. Teraz w milczeniu wyciągnęła wizytówkę. Przeczytała ją raz. Kolejny. Odwróciła, patrząc na wypisaną datę, jakby ta miała zdradzić cokolwiek więcej.
Zaczęła kartkować prace. Jedną za drugą, z odpowiednią troską odsuwała półprzeźroczyste bibułki. Oglądała kolejne portrety jak wprawny kolekcjoner zastanawiający się która dusza jest warta licytowania na aukcji. W końcu natrafiła na swój szkic.
- Matce by się spodobał.- Powiedziała cicho. Może zbyt cicho, żeby to usłyszał, ale to nie miało żadnego znaczenia.-Wyglądam tu dużo młodziej.
Przesunęła palcami po swoim odbiciu, próbując powstrzymać płaczliwy skrzek i pociąganie nosem. Wciąż nie odwróciła się z powrotem w stronę Mulcibera. Wiedziała, że jeśli teraz się odwróci, może zapomnieć o kolacji. Nie chciała być sama. Nienawidziła, kiedy był tak daleko. Dlaczego go tu jeszcze przy niej nie było?!
- Dlaczego to robisz?- Zapytała jeszcze czując jak głos jej się łamie jak dziecku.