26.11.2025, 19:55 ✶
Każda rozmowa, którą przyszło im toczyć w zamkniętych, czterech ścianach gabinetu pani Mulciber, była testem. Pieprzonym egzaminem, który oblewała większość kandydatów.
Testowano tu wierność ideom, prawu; momentami niemal psie oddanie temu czemu służyli. Odpowiedz dobrze lub odejdź z podkulonym ogonem po porażce.
Aaron pamiętał to miejsce z czasów, gdy królował tu Philip. Wcale nie było tu milej – choć Crouch lubował się w prawach handlu międzynarodowego, krew niejednego przemytnika miał na rękach. W tamtych dniach znad drzwi ze ścian nie spoglądały portrety Ministrów, a wszechwidzące Oko włoskich Prewettów. Obecność teścia była zawsze wyczuwalna. Jak fatum wiszące nad ludźmi, którzy tu przychodzili myśląc, że liczy się coś innego niż pieniądze i rodzina. A jednak, w barku starego szkolnego kolegi zawsze znalazł się jakiś likierek podany po cichu ze słowami „czego Wilhelminka nie widzi, to jej serduszku nie szkoda”, a on sam nie stronił od przyjacielskich pogawędek.
Lorien nie była swoim ojcem, choć zasiadała w jego fotelu, pisała jego piórem i odziedziczyła po nim regalia sędziowskie, spoczywające w obłożonej zaklęciami szklanej szkatułce na biurku.
O wiele bardziej przypominała Adeline – z jej wiecznie zmarszczonym zadartym nosem, burzą plączących się ciemnych loków i nieprzejednanym charakterkiem.
Ale tam gdzie brakowało cech rodziców, pojawiało się coś o wiele bardziej ptasiego. Każdy nerwowy ruch głowy, zerkanie zaledwie kątem oka, bezwiedne zaciskanie paznokci na gładkiej powierzchni biurka – żaden z tików nie był ludzki.
- Pani nie pyta o to, gdzie się kończy…. Gdzie się zaczyna.
- Zawsze wydawało mi się to tożsame.- Odparła przekornie.
Początek, koniec. Jakie to wszystko miało znaczenie? Czas był tylko płaskim okręgiem, po którym poruszali się jak naćpane pionki w chińczyku. Pozwoliła Aaronowi mówić, opierając palec o stojącą na blacie złotą… klepsydrę. Pchnęła ją wystarczająco mocno, by klosze zaczęły się obracać wokół cienkiej osi. Przesypujący piasek był jedynym dźwiękiem poza ich głosami.
- Wszyscy wiemy jak wygląda człowiek.
Zatrzymała gwałtownie klepsydrę, powodując w szklanym wnętrzu burzę piaskową. Spojrzenie czarownicy stało się ostrzejsze, o wiele bardziej uważne.
- Wiemy? Pan powie, że człowiek to taka istota co ma dwie nogi, dwie ręce, trochę pomyślunku w głowie. Ja zapytam wtedy „co z naszymi braćmi, którzy w wypadku stracili kończyny”. Pan powie, że skóra jest ważna – ja przypomnę, że są eliksiry, które skutecznie obalają tezę. Czy to nadal ludzkie, że pod skórą tkwią pióra? Taki wampir – czy nadal jest człowiekiem? Ghoul? Ile rubryczek musimy odhaczyć, by się zakwalifikować, panie Moody?
Ziarna piasku przesypywały się powoli powoli wracając do normy, a Lorien w tym momencie zdawała poświęcać im całą swoją uwagę. Obserwowała pojedyncze ziarenka z ciekawością małego dziecka, które odkrył coś fascynującego.
Nie podniosła wzroku, gdy się pochylił. Ale zauważyła – kącik jej ust drgnął w lekkim półuśmieszku.
- Człowiek kończy się w chwili, gdy łamie prawo.
Było w postawie Aarona Moody’ego coś zwyczajnie w świecie… żałośnie patetycznego. Może przez to nieco uroczego. Dlaczego to. Dlaczego tamto. Dlaczego zły sąd nie pozwolił mi popełniać zbrodni za które ścigam innych?
Ja, ja, ja.
Zdusiła w sobie chęć słodkiego zaszczebiotania i roztkliwienia się nad mężczyzną, który jej bardziej przypominał teraz urażonego chłopca.
- Wie pan dlaczego? Bo czasami aurorzy zapominają, gdzie jest ich miejsce.- Zniżyła głos do czegoś z pogranicza szeptu i pomruku. Wychyliła się we własnym krześle, przesuwając pazurami po blacie. Mniej jak ptak – o wiele bardziej jak kot. Było w tym ruchu coś dziwacznego; lekkie drżenie ekscytacji, radości z dyskusji i typowego włoskiego uporu; jakieś wyczuwalne poczucie wyższości. Nieme „ja jestem przedłużeniem prawa, które ślubowałeś czcić nad bogów.”
Cofnęła się powoli, kolejne słowa wypowiadając na nowo spokojnym, wręcz na wpół martwym, wpół znudzonym tonem.
- Świat nie jest sprawiedliwy. Ale gdyby był Clemens Longbottoom dogorywałby w Azkabanie za swoje przewinienia, a nie serwował rozwodnione piwo na Nokturnie. Więc odrobina wdzięczności panie Moody byłaby bardziej na miejscu.
Przechyliła głowę w swoim uroczym, ptasim geście; docisnęła palec do bladego policzka, jakby poważnie się nad czymś zastanawiała. Uniesione kąciki ust zdradzały więcej niż słowa, które nigdy nie mogły paść w tym pokoju.
Co chcesz, żebym ci powiedziała. Jaka odpowiedź ucieszy twoje skurwiałe serce i sprawi, że sprawiedliwości stanie się zadość?
Przesunęła krwistoczerwonym paznokciem po okładce teczki. Pustej. Jeszcze pustej. Numer sprawy. Jak często myślała tak o więźniach? Jak często odbierała im prawo do zwykłego imienia? Zorientowała się, że nawet nie poświęciła chwili, żeby sprawdzić jak jej własny oprawca miał na imię. Był po prostu Korolevem. Tak jak jego ojciec. Pewnie, gdyby pogrzebać odpowiednio głęboko w archiwum znalazłoby się i dziadka. Choć sądząc po imigranckim nazwisku, ten mógł być problemem radzieckich służb magicznych. To nie miało znaczenia. W sumie nie chciała żeby zdechł. Śmierć była zbyt prostym rozwiązaniem.
- Panie zeznanie będzie kluczowym.
- Nie zgadzam się na nagrywanie zeznań. Tylko spisane. Anonimowo. Zezwalam na umieszczenie inicjałów, nic więcej. Odpowiadam jako obywatelka Wielkiej Brytanii, czarownica i kobieta. Sam pan rozumie Panie Moody, w dzisiejszych czasach nie można być zbyt ostrożnym.
Dopiero kiedy jej życzenie zostało spełnione, a stary sprzęt wykorzystywany przy przesłuchaniach zastąpiono pustym pergaminem i samopiszącym piórem, odetchnęła z ulgą. Opuściła spięte ramiona, siadając po raz pierwszy nieco wygodniej w swoim własnym fotelu.
Znała tą grę nie gorzej niż on. Każde słowo mogło być użyte przeciw niej, jeśli wiatr polityki zawieje w inną stronę. Dziś była nieszczęśliwą ofiarą, ale jutro? Prowokatorką? Atencjuszką? Zdrajcą? Papier płonął szybciej niż nagrania. Zaklęcia wiązały usta lepiej niż urżnięty język.
Pierwsze pytanie wręcz prosiło się o oburzone „Sprzeciw wysoki sądzie – spekulacja!” ale sąd milczał. Przez chwilę. Nie musiała się specjalnie długo zastanawiać nad odpowiedzią.
- Nie mogę jasno określić czy mężczyzna, który mnie tamtej nocy zaatakował był Naśladowcą czy przynależał do ugrupowania radykałów i fanatycznych popleczników Lorda Voldemorta, ale muszę zauważyć, że jego wygląd w tamtym świetle mógł takie wrażenie wywołać. Był ubrany na ciemno, chociaż nie miał maski. Nie widziałam jego przedramienia, jeśli je odsłonił, musiał to uczynić po mojej przemianie. Nie twierdzę panie Moody, że był jednym z nich – ale mogę w pełni świadomie stwierdzić, że człowiek ten wykorzystał atmosferę terroru dla swoich własnych interesów.
- Nie sądzę, aby sympatyzował z ekstremistami czystej krwi…
- Sądzę Panie Moody, że sympatyków ekstremistów zbyt często szuka się wśród samych czystokrwistych elit.- Przerwała mu miękko by wtrącić swoje trzy knuty. Pozwoliła oczywiście aurorowi dokończyć zdanie, ale gdy tylko przerwał by złapać oddech, Lorien odezwała się ponownie.
- Widzi Pan, ekstremizm rasowy jest przywarą ludzi z reguły niewykształconych lub w pewien sposób ograniczonych. Ludzi, którzy nie rozumieją w jaki sposób funkcjonuje nasze społeczeństwo, jak jest zbudowane i tego, że każdy niezależnie od swojego statusu pełni w nim pewną rolę. Żadnemu szanującemu się rodowi czystej krwi nie jest na rękę niszczenie magicznej gospodarki, łamanie prawa i tradycji, której służymy, palenie zabytków i dewastacja miast, w których rodzili się i umierali nasi przodkowie. Ekstremistów doszukiwałabym się w tych, którzy jeszcze nie starli maminego mleka spod nosa i wciąż jeszcze marzą o nowym, innym świecie, nie wiedząc, że ten świat nie może sprawnie funkcjonować. Ewentualnie w bezrobotnych, niewykształconych anarchistach, tak strasznie „uciemiężonych przez system”.- Uniosła dłonie w geście cudzysłowu, po czym opuściła je z powrotem, by spleść palce na drewnianym blacie biurka.
Nie wydawała się przy tym specjalnie zainteresowana żadnymi drobnymi przestępstwami popełnionymi przez czarodzieja. Za wandalizm jeszcze nikt nie trafił do Azkabanu. A szkoda. Może musiałaby oglądać mniej paskudnych graffiti w drodze do pracy.
- Jaki ojciec taki syn.- Skomentowała to tylko. Ale przyjęła przekazane akta domniemanych współpracowników. Desperaci, drobni przestępcy, kanciarze. Obrzydliwy margines społeczny, zawsze czający się gdzieś na pograniczu ich wzroku. Gorszy od cholernych śmierciożerców, bo zwyczajnie w świecie… niezauważalny.- Wie panie Moody, przestępczość jest często rodzinnym interesem. Dziecko raz skąpane w przestępczym światku, nigdy nie wyrośnie na porządnego obywatela.
Przeglądając akta skupiła się głównie na niewyraźnych zdjęciach prezentowanych mężczyzn.
- Kiedy do mnie podszedł był sam, ale na ulicy panował popłoch, z trudem koordynowany przez służby porządkowe. Mógł mieć towarzyszy, ale ja ich nie widziałam zbyt dokładnie. Może na żywo byłoby mi łatwiej ich zidentyfikować niż ze starych zdjęć.- Odłożyła akta.
Nad ostatnim pytaniem musiała zastanowić się dłużej, choć pozornie było najłatwiejszym z nich wszystkich. Jedynym na które chciała odpowiedzieć mówiąc prawdę, tylko prawdę i najszczerszą prawdę.
- On nie krzyczał do tłumu. Krzyczał na mnie. Ten człowiek nie zaatakował mnie bez powodu. Wiedział kim jestem, wiedział co reprezentuję. I wiedział, że tamta noc mu na to pozwoli.- Wzrok, który dotychczas miała utkwiony w Aaronie, niczym ptak przypatrujący się ofierze, teraz prześlizgnął się po wnętrzu gabinetu; zatrzymał się moment na gablocie, a potem na portrecie Ministra Magii. Westchnęła bezgłośnie, tak mała w swoim fotelu, niemal przytłoczona ciężarem, który świat zrzucił na jej wątłe barki. A jednak, gdy znów się odezwała – jej głos pozostał spokojny i zupełnie beznamiętny.- Zaatakował mnie, nie po to żeby mnie nastraszyć, zaciągnąć w boczną uliczkę i zgwałcić, ale po to żeby mnie zabić. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości.- Przerwała.
Jeden z dementorków wdrapał się na jej dłonie, prezentując koślawą łódeczkę, którą narysował na różowej karteczce samoprzylepnej. Dwa kolejne przytargały nieco nagnieciony kawałek pergaminu.- Przepraszam, o czym mówiliśmy? Ach tak, gdy Korolev mnie zaatakował, pojawił się pewien mężczyzna. Nie wiem kto nie widziałam go nigdy wcześniej.- Zaczęła składać pergamin w papierowy stateczek. Nie była mistrzem origami, ale najwyraźniej to jedno miała opanowane do perfekcji. Jak często dementorki domagały się łódek, żeby popływać po zaklętych wodach makiety więzienia?- Nie zdążyłam mu się przyjrzeć. Stres z ataku wywołał reakcję chorobową, a następną rzeczą jaką pamiętam był szpital Munga i chyba przyniosła mnie tam jakaś brygadzistka. Nie patrzyłam do szpitalnej dokumentacji, udzielę panu do niej dostępu. Tylko do tej z nocy 8. września.
Papierowa łódeczka wylądowała na biurku, a dementorki władowały się do środka jak przystało na zgraną piracką szajkę.
Testowano tu wierność ideom, prawu; momentami niemal psie oddanie temu czemu służyli. Odpowiedz dobrze lub odejdź z podkulonym ogonem po porażce.
Aaron pamiętał to miejsce z czasów, gdy królował tu Philip. Wcale nie było tu milej – choć Crouch lubował się w prawach handlu międzynarodowego, krew niejednego przemytnika miał na rękach. W tamtych dniach znad drzwi ze ścian nie spoglądały portrety Ministrów, a wszechwidzące Oko włoskich Prewettów. Obecność teścia była zawsze wyczuwalna. Jak fatum wiszące nad ludźmi, którzy tu przychodzili myśląc, że liczy się coś innego niż pieniądze i rodzina. A jednak, w barku starego szkolnego kolegi zawsze znalazł się jakiś likierek podany po cichu ze słowami „czego Wilhelminka nie widzi, to jej serduszku nie szkoda”, a on sam nie stronił od przyjacielskich pogawędek.
Lorien nie była swoim ojcem, choć zasiadała w jego fotelu, pisała jego piórem i odziedziczyła po nim regalia sędziowskie, spoczywające w obłożonej zaklęciami szklanej szkatułce na biurku.
O wiele bardziej przypominała Adeline – z jej wiecznie zmarszczonym zadartym nosem, burzą plączących się ciemnych loków i nieprzejednanym charakterkiem.
Ale tam gdzie brakowało cech rodziców, pojawiało się coś o wiele bardziej ptasiego. Każdy nerwowy ruch głowy, zerkanie zaledwie kątem oka, bezwiedne zaciskanie paznokci na gładkiej powierzchni biurka – żaden z tików nie był ludzki.
- Pani nie pyta o to, gdzie się kończy…. Gdzie się zaczyna.
- Zawsze wydawało mi się to tożsame.- Odparła przekornie.
Początek, koniec. Jakie to wszystko miało znaczenie? Czas był tylko płaskim okręgiem, po którym poruszali się jak naćpane pionki w chińczyku. Pozwoliła Aaronowi mówić, opierając palec o stojącą na blacie złotą… klepsydrę. Pchnęła ją wystarczająco mocno, by klosze zaczęły się obracać wokół cienkiej osi. Przesypujący piasek był jedynym dźwiękiem poza ich głosami.
- Wszyscy wiemy jak wygląda człowiek.
Zatrzymała gwałtownie klepsydrę, powodując w szklanym wnętrzu burzę piaskową. Spojrzenie czarownicy stało się ostrzejsze, o wiele bardziej uważne.
- Wiemy? Pan powie, że człowiek to taka istota co ma dwie nogi, dwie ręce, trochę pomyślunku w głowie. Ja zapytam wtedy „co z naszymi braćmi, którzy w wypadku stracili kończyny”. Pan powie, że skóra jest ważna – ja przypomnę, że są eliksiry, które skutecznie obalają tezę. Czy to nadal ludzkie, że pod skórą tkwią pióra? Taki wampir – czy nadal jest człowiekiem? Ghoul? Ile rubryczek musimy odhaczyć, by się zakwalifikować, panie Moody?
Ziarna piasku przesypywały się powoli powoli wracając do normy, a Lorien w tym momencie zdawała poświęcać im całą swoją uwagę. Obserwowała pojedyncze ziarenka z ciekawością małego dziecka, które odkrył coś fascynującego.
Nie podniosła wzroku, gdy się pochylił. Ale zauważyła – kącik jej ust drgnął w lekkim półuśmieszku.
- Człowiek kończy się w chwili, gdy łamie prawo.
Było w postawie Aarona Moody’ego coś zwyczajnie w świecie… żałośnie patetycznego. Może przez to nieco uroczego. Dlaczego to. Dlaczego tamto. Dlaczego zły sąd nie pozwolił mi popełniać zbrodni za które ścigam innych?
Ja, ja, ja.
Zdusiła w sobie chęć słodkiego zaszczebiotania i roztkliwienia się nad mężczyzną, który jej bardziej przypominał teraz urażonego chłopca.
- Wie pan dlaczego? Bo czasami aurorzy zapominają, gdzie jest ich miejsce.- Zniżyła głos do czegoś z pogranicza szeptu i pomruku. Wychyliła się we własnym krześle, przesuwając pazurami po blacie. Mniej jak ptak – o wiele bardziej jak kot. Było w tym ruchu coś dziwacznego; lekkie drżenie ekscytacji, radości z dyskusji i typowego włoskiego uporu; jakieś wyczuwalne poczucie wyższości. Nieme „ja jestem przedłużeniem prawa, które ślubowałeś czcić nad bogów.”
Cofnęła się powoli, kolejne słowa wypowiadając na nowo spokojnym, wręcz na wpół martwym, wpół znudzonym tonem.
- Świat nie jest sprawiedliwy. Ale gdyby był Clemens Longbottoom dogorywałby w Azkabanie za swoje przewinienia, a nie serwował rozwodnione piwo na Nokturnie. Więc odrobina wdzięczności panie Moody byłaby bardziej na miejscu.
Przechyliła głowę w swoim uroczym, ptasim geście; docisnęła palec do bladego policzka, jakby poważnie się nad czymś zastanawiała. Uniesione kąciki ust zdradzały więcej niż słowa, które nigdy nie mogły paść w tym pokoju.
Co chcesz, żebym ci powiedziała. Jaka odpowiedź ucieszy twoje skurwiałe serce i sprawi, że sprawiedliwości stanie się zadość?
Przesunęła krwistoczerwonym paznokciem po okładce teczki. Pustej. Jeszcze pustej. Numer sprawy. Jak często myślała tak o więźniach? Jak często odbierała im prawo do zwykłego imienia? Zorientowała się, że nawet nie poświęciła chwili, żeby sprawdzić jak jej własny oprawca miał na imię. Był po prostu Korolevem. Tak jak jego ojciec. Pewnie, gdyby pogrzebać odpowiednio głęboko w archiwum znalazłoby się i dziadka. Choć sądząc po imigranckim nazwisku, ten mógł być problemem radzieckich służb magicznych. To nie miało znaczenia. W sumie nie chciała żeby zdechł. Śmierć była zbyt prostym rozwiązaniem.
- Panie zeznanie będzie kluczowym.
- Nie zgadzam się na nagrywanie zeznań. Tylko spisane. Anonimowo. Zezwalam na umieszczenie inicjałów, nic więcej. Odpowiadam jako obywatelka Wielkiej Brytanii, czarownica i kobieta. Sam pan rozumie Panie Moody, w dzisiejszych czasach nie można być zbyt ostrożnym.
Dopiero kiedy jej życzenie zostało spełnione, a stary sprzęt wykorzystywany przy przesłuchaniach zastąpiono pustym pergaminem i samopiszącym piórem, odetchnęła z ulgą. Opuściła spięte ramiona, siadając po raz pierwszy nieco wygodniej w swoim własnym fotelu.
Znała tą grę nie gorzej niż on. Każde słowo mogło być użyte przeciw niej, jeśli wiatr polityki zawieje w inną stronę. Dziś była nieszczęśliwą ofiarą, ale jutro? Prowokatorką? Atencjuszką? Zdrajcą? Papier płonął szybciej niż nagrania. Zaklęcia wiązały usta lepiej niż urżnięty język.
Pierwsze pytanie wręcz prosiło się o oburzone „Sprzeciw wysoki sądzie – spekulacja!” ale sąd milczał. Przez chwilę. Nie musiała się specjalnie długo zastanawiać nad odpowiedzią.
- Nie mogę jasno określić czy mężczyzna, który mnie tamtej nocy zaatakował był Naśladowcą czy przynależał do ugrupowania radykałów i fanatycznych popleczników Lorda Voldemorta, ale muszę zauważyć, że jego wygląd w tamtym świetle mógł takie wrażenie wywołać. Był ubrany na ciemno, chociaż nie miał maski. Nie widziałam jego przedramienia, jeśli je odsłonił, musiał to uczynić po mojej przemianie. Nie twierdzę panie Moody, że był jednym z nich – ale mogę w pełni świadomie stwierdzić, że człowiek ten wykorzystał atmosferę terroru dla swoich własnych interesów.
- Nie sądzę, aby sympatyzował z ekstremistami czystej krwi…
- Sądzę Panie Moody, że sympatyków ekstremistów zbyt często szuka się wśród samych czystokrwistych elit.- Przerwała mu miękko by wtrącić swoje trzy knuty. Pozwoliła oczywiście aurorowi dokończyć zdanie, ale gdy tylko przerwał by złapać oddech, Lorien odezwała się ponownie.
- Widzi Pan, ekstremizm rasowy jest przywarą ludzi z reguły niewykształconych lub w pewien sposób ograniczonych. Ludzi, którzy nie rozumieją w jaki sposób funkcjonuje nasze społeczeństwo, jak jest zbudowane i tego, że każdy niezależnie od swojego statusu pełni w nim pewną rolę. Żadnemu szanującemu się rodowi czystej krwi nie jest na rękę niszczenie magicznej gospodarki, łamanie prawa i tradycji, której służymy, palenie zabytków i dewastacja miast, w których rodzili się i umierali nasi przodkowie. Ekstremistów doszukiwałabym się w tych, którzy jeszcze nie starli maminego mleka spod nosa i wciąż jeszcze marzą o nowym, innym świecie, nie wiedząc, że ten świat nie może sprawnie funkcjonować. Ewentualnie w bezrobotnych, niewykształconych anarchistach, tak strasznie „uciemiężonych przez system”.- Uniosła dłonie w geście cudzysłowu, po czym opuściła je z powrotem, by spleść palce na drewnianym blacie biurka.
Nie wydawała się przy tym specjalnie zainteresowana żadnymi drobnymi przestępstwami popełnionymi przez czarodzieja. Za wandalizm jeszcze nikt nie trafił do Azkabanu. A szkoda. Może musiałaby oglądać mniej paskudnych graffiti w drodze do pracy.
- Jaki ojciec taki syn.- Skomentowała to tylko. Ale przyjęła przekazane akta domniemanych współpracowników. Desperaci, drobni przestępcy, kanciarze. Obrzydliwy margines społeczny, zawsze czający się gdzieś na pograniczu ich wzroku. Gorszy od cholernych śmierciożerców, bo zwyczajnie w świecie… niezauważalny.- Wie panie Moody, przestępczość jest często rodzinnym interesem. Dziecko raz skąpane w przestępczym światku, nigdy nie wyrośnie na porządnego obywatela.
Przeglądając akta skupiła się głównie na niewyraźnych zdjęciach prezentowanych mężczyzn.
- Kiedy do mnie podszedł był sam, ale na ulicy panował popłoch, z trudem koordynowany przez służby porządkowe. Mógł mieć towarzyszy, ale ja ich nie widziałam zbyt dokładnie. Może na żywo byłoby mi łatwiej ich zidentyfikować niż ze starych zdjęć.- Odłożyła akta.
Nad ostatnim pytaniem musiała zastanowić się dłużej, choć pozornie było najłatwiejszym z nich wszystkich. Jedynym na które chciała odpowiedzieć mówiąc prawdę, tylko prawdę i najszczerszą prawdę.
- On nie krzyczał do tłumu. Krzyczał na mnie. Ten człowiek nie zaatakował mnie bez powodu. Wiedział kim jestem, wiedział co reprezentuję. I wiedział, że tamta noc mu na to pozwoli.- Wzrok, który dotychczas miała utkwiony w Aaronie, niczym ptak przypatrujący się ofierze, teraz prześlizgnął się po wnętrzu gabinetu; zatrzymał się moment na gablocie, a potem na portrecie Ministra Magii. Westchnęła bezgłośnie, tak mała w swoim fotelu, niemal przytłoczona ciężarem, który świat zrzucił na jej wątłe barki. A jednak, gdy znów się odezwała – jej głos pozostał spokojny i zupełnie beznamiętny.- Zaatakował mnie, nie po to żeby mnie nastraszyć, zaciągnąć w boczną uliczkę i zgwałcić, ale po to żeby mnie zabić. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości.- Przerwała.
Jeden z dementorków wdrapał się na jej dłonie, prezentując koślawą łódeczkę, którą narysował na różowej karteczce samoprzylepnej. Dwa kolejne przytargały nieco nagnieciony kawałek pergaminu.- Przepraszam, o czym mówiliśmy? Ach tak, gdy Korolev mnie zaatakował, pojawił się pewien mężczyzna. Nie wiem kto nie widziałam go nigdy wcześniej.- Zaczęła składać pergamin w papierowy stateczek. Nie była mistrzem origami, ale najwyraźniej to jedno miała opanowane do perfekcji. Jak często dementorki domagały się łódek, żeby popływać po zaklętych wodach makiety więzienia?- Nie zdążyłam mu się przyjrzeć. Stres z ataku wywołał reakcję chorobową, a następną rzeczą jaką pamiętam był szpital Munga i chyba przyniosła mnie tam jakaś brygadzistka. Nie patrzyłam do szpitalnej dokumentacji, udzielę panu do niej dostępu. Tylko do tej z nocy 8. września.
Papierowa łódeczka wylądowała na biurku, a dementorki władowały się do środka jak przystało na zgraną piracką szajkę.