• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence

[8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
26.11.2025, 21:34  ✶  
Jej głos był na początku jak chłodny przeciąg w pustym mieszkaniu, coś między oddechem a ostrzem, którym rozcinała siebie i mnie. Słuchałem tego tonu, tej maski, tego zdystansowanego głosu, który tak dobrze znałem, i który doprowadzał mnie do szału - nie dlatego, że był ostry, tylko dlatego, że był nieprawdziwy. Ona nigdy nie była zimna, udawała, kurwa, jak ona udawała - i jak ja to czułem. Gdy przeszliśmy do Romulusa, w mojej głowie na moment zgasło światło, ten obraz wrócił - ognisko, ciemność, jego ręka, wahadełko, ten nagły chłód, który wlał mi się do czaszki jak trucizna.
- Kulwa, Sun, wiem. Ty widzisz mnie takiego, jakim miałbym byś, gdybym nie był, jebana maś, zbudowany s tego całego gówna, któle mnie ufolmowało.
Chciałem - naprawdę, ale to nie zmieniało faktu, że w moich oczach zasługiwała na kogoś normalnego, a nie na kogoś, kogo można było popchnąć w stronę ideologii, których nienawidził. Nie na kogoś, kto nie potrafił odróżnić, co było realne, a co mu wciśnięto… A ja pamiętałem - pamiętałem te dźwięki, które nigdy nie istniały, paniczny strach i słowa opuszczające moje usta, sączące się na zewnątrz, jak trucizna. Wspominając to nadal miałem ochotę wypłukać sobie mózg spirytusem.
„Nie musiałeś sobie z tym radzić sam, to na pewno było wyczerpujące”, uśmiechnąłem się krótko, ostro, bez cienia radości.
- Wyczelpujące? - Wyrwało mi się wreszcie. - Sun, ja myślałem, sze tlacę zmysły. Byłem niebespieczny, mogłem ci coś powiedzieś, zlobiś, ale złego. Nie doblego, nigdy doblego. Tylko czekałem, aż coś we mnie się pszełamie i… I będę kimś, kto cię lani. Więc tak, tszymałem to w sobie, bo nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. - Wypowiedzenie tego na głos sprawiło, że coś we mnie drgnęło, jakby żałosna resztka godności spróbowała się ratować, ale było już za późno. Były chwile, kiedy słyszałem w sobie głos, którego nie było, a potem mówiłem rzeczy, które nie należały do mnie - te wszystkie pojebane teksty o czystości krwi, o wyższości… Ja - zdrajca krwi - ja to mówiłem.
Wiedziałem, że mogłem jej to powiedzieć, a przynajmniej spróbować to zrobić. Powinienem to, kurwa, wiedzieć od początku, w głębi duszy pewnie tak było, ale to nie miało znaczenia, bo ja… Ja nie wierzyłem sobie - byłem jak rozjebane radio, które łapało nie swój sygnał. Słyszałem własny głos, ale nie swoje myśli, a kiedy patrzyłem na nią wtedy, tej nocy, z kotem… Bałem się, że jeśli zacznę mówić, to coś przez moje usta wyjdzie, a nie będę miał pojęcia, czy to jestem ja.
- Sun, ja nie umiem inaczej. - Skrzywiłem się, jakbym sam smakował gorycz własnych słów. Całe moje życie to było jedno wielkie „radź sobie sam”. - Miałem jebnąś na kolana i powiedzieś „latuj mnie, kulwa, bo nie wiem, co czynię”? Ja nie umiem. Nie umiem, kulwa. - Powiedziałem, nie podnosząc głosu, ale słowa były twarde jak beton, za który prawdopodobnie mnie miała. Wzruszyłem ramionami, ale to było raczej poddanie niż gest - nie izolowałem się dlatego, że tak chciałem. Robiłem to dlatego, że nie umiałem inaczej, całe życie przerabiałem gówno w samotności, kiedy ktoś wyciągał dłoń, ja jej nie widziałem, bo patrzyłem, skąd przyjdzie kolejny cios. Ja nie znałem innego sposobu - jak zwierzę w pułapce, które uczy się odgryzać własną łapę. Nie miałem odruchu, żeby do niej przyjść, nie dlatego, że jej nie ufałem - dlatego, że nie ufałem światu, sobie, wszystkiemu, co we mnie siedziało.
Nie wiedziałem, jak się robi coś takiego jak „przychodzenie po pomoc” - „Hej, ktoś mi pierdoli w głowie, możesz potrzymać mnie za rękę?” - nie wiedziałem, jak wygląda życie, w którym ktoś wtedy mówi „opierdol się na mnie, byku, wytrzymam”, nawet jeśli od młodości miałem przyjaciół, którzy pewnie by to dla mnie zrobili.
Chciałem dodać coś jeszcze, ale jej następne słowa trafiły mnie prosto w krtań.
„Wybrałeś mnie.”
Prawie zamknąłem oczy, prawie.
- Tak. Kulwa tak. - Mruknąłem od razu, bez wahania, jakby to było najprostsze zdanie świata. - Wyblałem cię wtedy, lata temu, kiedy nawet sobie tego nie uświadamiałem. Wyblałem cię, kiedy na mnie wszeszczałaś. Wyblałem cię, kiedy mnie nienawidziłaś. Wyblałem cię, kiedy mnie dotknęłaś, kiedy byś mose nawet mnie chciałaś. A potem to jebnąłem, i próbowałem to naplawiś, i znowu jebnąłem. Bo ja zawsze coś rozpieldalam. Wszystko, czego dotknę, się pieldoli. - Wybrałem ją, zanim miałem prawo cokolwiek wybierać, wybrałem ją, zanim wiedziałem, co kurwa robię, a potem robiłem wszystko, żeby ten wybór zrobić najgorzej, jak się da, to też potrafiłem perfekcyjnie. - Wybielając ciebie, wystawiłem cię na ogień, a ty nawet nie zdawałaś sobie splawy, sze stoisz na polu minowym. - Odpowiedziałem twardo, za szybko. - To, sze kilka lasy zrobiłem dla ciebie coś, by to odpokutowaś, to nie znaczy, sze nagle stałem się tym, kogo powinnaś mieś obok. - Przygryzłem wargę, aż poczułem metaliczny smak. Przecież ona zasługiwała na kogoś, kto wybierze ją mądrze, nie z desperacji, nie z przyciągania, nie z bólu. Wiedziałem, że powiem za dużo, ale przestałem już kontrolować, co wypływało ze mnie, nawet jeśli nie chciałem wdawać się akurat w te szczegóły. - Gdybym mógł cofnąś się do tamtego stycznia, jeszcze przed tym… Chyba bym się sam pieldolnął cegłą w łeb. - Pokręciłem głową tak gwałtownie, że aż mnie zabolał kark.
Nie przerwałem jej, ani razu, nawet kiedy słowa zaczęły we mnie wchodzić jak odłamki szkła. Stałem tam, jak idiota, z ramionami nadal napiętymi, jakbym jeszcze przed sekundą trzymał jej nadgarstek, co nie było nieprawdziwe, a teraz zostawiłem w powietrzu resztki własnej wściekłości. Słuchałem - słuchałem, jakby dla odmiany mogło mnie to kurwa uratować, chociaż przecież nic już nie miało prawa mnie uratować. Nikt nie rodził się dwa razy - ja już raz wróciłem do życia, wtedy, gdy wypierdoliłem z kraju pod fałszywym nazwiskiem, przeżywając tak wiele  popierdolonych dni i nocy, i od tamtej pory tylko czułem, jak we mnie przybywa pęknięć.
- Powinnaś mieć gościa, któly wlaca codziennie do domu. A ja wlacam, jeśli nie wszuci mnie do piachu jakiś cholelny klient. - Zamknąłem oczy, na ułamek sekundy, bo jak na nią patrzyłem, to mnie skręcało. Nie przemawiały do mnie te argumenty, chciałem się roześmiać - nie dlatego, że była w błędzie, tylko dlatego, że nigdy w życiu nie słyszałem niczego, co bardziej we mnie bolało. Zasługiwała na życie, które nie było jebanym polem minowym, nie na gościa, który spał z różdżką pod poduszką i torbę trzymał spakowaną na wypadek, gdyby musiał wyjść natychmiast. Zasługiwała na łóżko, które było domem, ja byłem łóżkiem polowym. Zasługiwała na faceta, który budował dom, nie na takiego, który chował się jak jebany lis w norze, bo połowa ludzi w mieście chciała mu coś urwać. Ona mówiła dalej, a ja oddychałem jak ktoś, komu ktoś postawił but na płucach.
- Powinno. - Odparłem. - To powinno cię obchodziś, bo jeśli zostaniesz pszy mnie, to któregoś dnia ktoś zapuka do twoich dszwi, a mnie nie będzie.
Nie zasługiwała na człowieka, który znał więcej trupów niż normalnych ludzi. Człowieka, który był wszystkim, czego nie powinna chcieć. Nie chciałem tego, żeby miała z tym styczność, nie chciałem jej dłoni ubrudzonych moją przeszłością.
- Powinnaś mieś kogoś, kto maszy s tobą o załoszeniu oglodu, nie kogoś, kto dokładnie wie, ile tlupów mosna zakopaś na jednym aksze ziemi. Ty zasługujesz na coś innego nisz gościa, któly zna więcej zaklęś zabijających nisz leczniczych. - Wiedziałem, że przesadzam, to autodestrukcja, ale musiałem to powiedzieć, bo pamiętałem każde gówno, które zrobiłem, każde miejsce, z którego uciekłem, każdego trupa, który się po mojej robocie przewrócił. Mówiłem to, bo wiedziałem, że przeszłość takich jak ja nie zostaje w przeszłości. Ona wraca - ona kurwa zawsze wraca.
- Ale ja nie chcę, szebyś musiała gasiś cokolwiek. Nie chcę, szebyś szukała mnie jak zgubionego psa. „Źle” pszy mnie to nie metafola. - Przejechałem językiem po spękanej wardze. - Sun… „Źle” pszy mnie to nie są kłótnie o bałagan w kuchni, „źle” to nie jest, kulwa, spóźnienie na landkę albo zapomnienie o losznisy. U mnie „źle” to telepoltowanie się s losbitym łbem. - Rozłożyłem ręce. - „Źle” przy mnie to klew na suficie, spalony plóg, klątwy. - Wciągnąłem powietrze tak ostro, jakby mnie ktoś zdzielił w żebra. - Ty zasługujesz na „źle”, któle kończy się seksem na stojąco, tusz za dszwiami, plawie w plogu, nie „źle”, któle kończy się w gazecie. - Nawet teraz oddychałem tak, jakby ktoś właśnie trzymał mi nóż między łopatkami. Nie potrafiłem ustać w miejscu - zrobiłem krok w bok, potem w przód, dłonie drżały, jakbym miał ją chwycić albo coś rozpierdolić, sam nie wiedziałem co.
Kiedy powiedziała, że próbowała być taka, jak trzeba, że ludzie przez lata uczyli ją, że jest niewystarczająca, że zawsze jest jakiś powód, żeby ją skreślić - miała rację, wtedy, gdy to mówiła - nie byłem gotów na ten rodzaj bólu. Nie byłem gotów na ciężar tego, co niosła na barkach. Nie wiedziałem, jak kurwa mam unieść to razem z nią. Słuchałem, bo to było jedyne, co mogłem zrobić, choć całym ciałem błagałem, żeby to przerwała, bo nie wiedziałem, jak do kurwy nędzy mam to wszystko przyjąć.
- Bo tylko to potlafię, dawaś ludziom ogień. - Zaśmiałem się bez humoru. Najgorsze było to, że z każdym jej słowem czułem, jak tracę grunt pod nogami, jakbym kurwa naprawdę próbował utrzymać się na jakiejś cienkiej desce dryfującej po rozlewisku Missisipi. A ona patrzyła na mnie tym swoim spojrzeniem - pełnym wiary w coś, czego ja w sobie od dawna nie widziałem, i to mnie rozjebywało bardziej niż cokolwiek innego.
- Nie jestem twoim ideałem. - Odpowiedziałem od razu. - I właśnie dlatego jestem dla ciebie niebespieczny. - Wysyczałem. - Bo godzisz się na okluchy, kiedy powinnaś mieś cały pieldolony chleb. Jestem twoją klęską, a ty nawet tego nie widzisz. Lanmò swiv mwen. - „Śmierć za mną chodzi.”
Wszystko, co powiedziała, przechodziło przeze mnie, jak ogień po wyschniętej trawie, każde zdanie wbijało się pod skórę głębiej, niż potrafiłem to znieść, bo mówiła tak, jakby „teraz” było jedynym, czym trzeba było się martwić, a ja widziałem za sobą wszystkie te lata, cały ten syf, który nosiłem, wszystko, co mogło ją zniszczyć przez sam fakt, że stała za blisko. Ideał gotował obiady do teściów, podlewał ogródek, chodził do pracy na ósmą, kupował meble na kredyt i planował wakacje. A ja? Zaśmiałem się ponuro, bez radości, sam do siebie, kręcąc głową. Ja z mojego życia mogłem jej dać tylko to, że jak spadnie dach, to umiem go połatać zaklęciem, i że wiem, jak utrzymać ciepło, kiedy zabraknie prądu, ale to nie było życie, które powinna prowadzić. Miałem w życiu pierdolone trzy tryby -  walcz, uciekaj, zabij. To nie było „odpisałem komuś niegrzecznie”, to były momenty, kiedy stałem nad trupem i nie wiedziałem, czy powinno mi być przykro.
Wyprostowałem plecy. Przeszedłem obok niej, potem z powrotem, jak drapieżnik w klatce, ręce trzęsły mi się tak, że aż pstryknąłem knykciami zdrowej dłoni. „Ideał”, tak?
- Twój ideał chodzi na obiady do teściów. Ja nawet nie wiem, jak się tszyma nósz na pieczonym kulczaku, szeby nie wyglądaś jak zagloszenie. - Przeciągnąłem dłonią po twarzy, szarpiąc się za włosy tak mocno, że aż mnie zabolało. - Zasługujesz na faceta, któly potlafi wbiś gwóźdź plosto, a nie tylko wbija ludziom ostsza w szebla i nazywa to „dniem”. - Wyplułem to przez zęby, wściekły na siebie, na świat, na wszystko.
Nadal tego nie rozumiała - nie pojmowała, że zasługiwała na dom, na taki prawdziwy, nie na moje pieprzone pół-życie. Na kogoś, kto będzie ją trzymał za rękę na rodzinnych obiadach, kto posadziłby jej róże pod oknem, kto zapytałby jej ojca o zgodę. Na pierdolony ogródek, biały płotek i wkurwiających teściów. Na życie, w którym największa troska to to, że ciasto nie wyrosło, a nie to, czy ktoś nie owdowieje zanim jeszcze zdążycie się poznać do końca.
- Nolmalny facet kupiłby ci pielścionek, ja mogę ci kupiś nósz, to mówi samo za siebie. - Podszedłem do niej krok po kroku, jak zwierzę, które samo nie wie, czy chce się przytulić, czy ugryźć. Kopnąłem torbę, aż ponownie się przewróciła, metalowe części brzdęknęły złowrogo.
Kiedy powiedziała „na co zasługuję?”, poczułem, jak coś we mnie pęka, jakby ktoś wsadził łapy do środka mojej klatki piersiowej i próbował rozerwać mnie na dwie części - jedną, która chciała ją tu, teraz, natychmiast, i drugą, która chciała ją odepchnąć, zanim zdąży się przy mnie spalić. Czułem, jak palce drżą mi tak mocno, że musiałem zacisnąć je w pięść, żeby nie złapać jej od razu za twarz i nie przyciągnąć tak, że zabrakłoby nam powietrza. Spojrzałem na nią, a gardło miałem zaciśnięte jak węzeł.
Zbliżyłem się do niej za szybko, za gwałtownie, jakbym potrzebował tego dotyku bardziej niż tlenu, bał się, że jeśli nie dotknę jej natychmiast, to coś ważnego wyparuje ze mnie bezpowrotnie. Oddychałem ciężko, szybciej, jak ktoś, kto właśnie wyszedł spod wody i nie chciał wracać w odmęt, zamknąłem ją w ramionach, schowałem twarz w jej włosach, oddychając tak ciężko, jakby ktoś trzymał mnie pod wodą. Prawda była zgoła gorsza - dusiłem się, nie tylko we własnej głowie, nie w sercu, tylko gdzieś głębiej, tam gdzie człowiek zwykle chowa instynkt samozachowawczy, a ja najwyraźniej go nie miałem. Otarłem się czołem o jej czoło, tak blisko, że ciepło jej skóry paliło mnie jak cholerny żar klątwy - pachniała domem, bezpiecznym domem, domem, który nie powinien był być mój.
Przyciągnąłem ją do siebie zanim jakakolwiek myśl zdążyła wyciągnąć mnie z tej decyzji, to było czyste, pierwotne odruchowe działanie, jakby całe ciało samo pamiętało drogę do jej skóry, a rozum próbował za tym nadążyć dopiero po fakcie. Zamknąłem ją w ramionach mocniej, niż powinienem, tak jakby tylko siła mogła powstrzymać cały ten popierdolony świat przed rozerwaniem nas na strzępy. Czułem, jak trzęsły mi się dłonie - obie, nie tylko ta rozwalona - i chciałem je uspokoić, ale im bardziej próbowałem, tym bardziej drżały. Przesunąłem twarz do jej włosów, zacisnąłem powieki i wciągnąłem w płuca ten znajomy zapach, który od tak wielu dni próbowałem z siebie wyplenić, bezskutecznie. Słowa, które chciałem powiedzieć, paliły mnie od środka, aż musiałem je zdusić w jej włosach, bo wypowiedziane głośno rozniosłyby mnie na kawałki.
- Pa mette mwen la-pa monte mwen sou piédestal. - „Nie stawiaj mnie na piedestale.”
- Bo stamtąd najłatwiej spaść. - I ja bym spadł, z hukiem. - Nie chcę, szebyś w tym była. I nie dlatego, sze cię lekcewaszę, tylko dlatego, sze cię, kulwa, kocham, jeśli mnie wybieszesz, to plęsej czy póśniej skończysz sama. Tout seul. S pustymi lękami i wspomnieniami po kimś, kto kochał cię balsiej, nisz powinien. - Wymknęło mi się „kocham”, ale ton był surowy, twardy, nieprzyznający, nie tak, jak powinien brzmieć przy czymś słodkim, łagodnym, uczuciowym. Trzymałem ją już przy sobie, tak blisko, że gdyby odsunęła się choć o centymetr, pewnie bym ją złapał z powrotem, instynktownie, jak człowiek, który tonie i chwyta pierwszy dostępny oddech. To nie było romantyczne, nie „zostań ze mną”, tylko desperackie, żarłoczne, jak wszystko we mnie.
Odsunąłem twarz minimalnie, tylko tyle, żeby spojrzeć jej w oczy - byłem rozbity, rozjebany, cały mój gniew zmienił się w coś, co aż paliło za mostkiem. Moje dłonie przesunęły się z jej ramion na jej talię, jakbym chciał ją podnieść, posadzić na tym cholernym biurku, w tej cholernej klitce, zatrzymać przy sobie za wszelką cenę, a przecież jednocześnie wiedziałem, że muszę puścić. Czułem jej ciepło przez ubranie - pieprzone, uzależniające ciepło.
- Ty naplawdę nie masz pojęcia, jak balso ja cię… Kulwa… - Musiałem przerwać, zacisnąłem szczękę, bo czułem, że głos mi się łamał. Palce zacisnąłem się na materiale jej płaszcza tak, jakbym tonął i to było jedyne, czego mogłem się chwycić. - Kiedy mówisz takie szeczy… Sze jestem twoim wybolem, twoim ideałem, sze chcesz mnie choćby na chwilę… Ja… Kulwa… Ja mam ochotę po plostu podelwaś cię na ten jebany stół. - To wyszło samo. - I błagaś. Tande? Błagaś cię, szebyś mi wybaczyła. Jakbyś telas powiedziała „chodź”, to bym cię tam poniósł. - Głos mi się urwał - nie dlatego, że nie chciałem mówić, ale dlatego, że nie mogłem. Dlatego, że musiałem. - Bo to by było ploste, losumiesz? - Przycisnąłem ją mocniej, aż jej oddech uderzył w moją szyję - Mógłbym cię blaś tak, szebyś zapomniała, jak masz na imię, szeby całe twoje ciało pamiętało tylko mnie, szebyś mi wybaczyła… Szebyś spojszała na mnie tak, jak wtedy, w tej twojej cholelnej kuchni… - Zacisnąłem zęby, wbiłem twarz w jej włosy, potrząsnąłem głową, jak próbując się otrzeźwić z czegoś, co było silniejsze ode mnie. Moje dłonie przesunęły się jej po plecach, drżały. - Ale to nie byłoby kochanie, Sun. To by nie było naplawienie czegokolwiek. - Czułem jej włosy pod ustami, pachniała jak dom, jak coś, czego nie powinienem dotykać, bo mogłem to spalić samą swoją obecnością. - To byłoby rsznięcie. To byłoby zasłonięcie tlupa nowym psześcieladłem. - Wysyczałem jej to w skroń - tak, bolało, że wiem, czym różni się jedno od drugiego. Zacisnąłem zęby tak mocno, że aż coś chrupnęło. - I ja… Ja nie chcę cię dotykaś tylko po to, szeby udawaś, sze mnie masz. - Potknąłem się o własny oddech, o słowa, które paliły jak tamten rumuński alkohol. - Bo jak cię piepszę - to było złe słowo, najgorsze, ale nie miałem innego - to zapominam o wszystkim i jestem w stanie ci przysiąc, sze będę tym, czego potszebujesz. - Wyciągnąłem rękę i zsunąłem palcami pasmo jej włosów za ucho, powoli, jakby miało mnie to uspokoić, ale było odwrotnie. - Nie zasługujesz na to, szeby twoje pierwsze „kocham cię” po tych wszystkich latach było powiedziane do faceta, któlego tszeba naplawiaś.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (19460), Prudence Fenwick (15509)




Wiadomości w tym wątku
[8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 24.11.2025, 14:20
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 24.11.2025, 18:12
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 24.11.2025, 20:03
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 24.11.2025, 22:32
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 25.11.2025, 03:09
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 25.11.2025, 12:00
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 25.11.2025, 18:01
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 26.11.2025, 12:17
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 26.11.2025, 21:34
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 27.11.2025, 00:59
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 27.11.2025, 14:15
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 27.11.2025, 19:25
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 27.11.2025, 21:04
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 27.11.2025, 22:54
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 28.11.2025, 01:44
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 28.11.2025, 10:09
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 28.11.2025, 17:31
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 28.11.2025, 23:27
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 29.11.2025, 01:09
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 29.11.2025, 02:14
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 29.11.2025, 04:28

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa