26.11.2025, 22:47 ✶
Świat, który ją zastał nie był jej światem. Nie obudziła się w miękkich pościelach chroniących ją przed chłodem wieczorów w Mulciber Manor. Nie widziała nad sobą szarego nieba, a jej dłonie nie muskały kwiatów wrzosów, pachnących rosą i mokrą ziemią. Nie czuła pod palcami zimnego kamienia, z którego wykuto jej własny grób.
Przemiana nie poszła… strasznie źle. Bywały gorsze. Wciąż jeszcze mogła poruszać palcami u dłoni; podciągnąć kolano bliżej, pozwalając koszulce zsunąć się po skrwawionym udzie. Ból kości nie był tak straszny. Czuła się po prostu słabo. Musiała chwilkę jeszcze poleżeć. Przymknąć na moment powieki i spróbować odzyskać rozmyte wspomnienia. Jeszcze pięć minut. Godzin. Dni. Lat.
O czym śniła dzisiaj?
Nie odsunęła się, gdy Helloise postanowiła zająć miejsce obok. To było nawet miłe, czuć ciepło jej ciała; jej zapach; oddech. A potem Rowle zapytała o sny, a ona poczuła piekące łzy, zbierające się w kącikach przesuszonych oczu.
- Są… ładne. - Zdołała wydukać.- Śniłam o złotym lesie, do którego zabierał mnie ojciec. O cieple lata. O psie, który nigdy mnie nie ugryzł. I o człowieku bliższym mi niż rodzony brat.
Wyciągnęła przed siebie dłoń, rozdzierając palce, pomiędzy którymi przepłynęły promienie słońca. Miękkie i ciepłe. Zdawało mi się, że przechodzę przez wysokie okno, z którego wygląda się na utracony świat. Nie widziałam barw innych niż te, które mi znane – złoto, biel, błękit, zieleń – lecz były świeże i przenikające, jakby je pierwszy raz ujrzeć i nadać im nowe, cudowne imiona. - Zacisnęła palce, ale słońce jak to słońce, nie dało się pochwycić. Rozżalona tym faktem opuściła dłoń z powrotem. Promienie zniknęły. Może ich nigdy tam nie było?
- Jaki jest twój świat?- Zapytała cicho. Choć odzyskała kontrolę nad głosem, a po łzach pozostały dwie małe smugi na brudnych policzkach, nie była w stanie mówić głośniej. Dźwięki drżały, łamiąc się między ludzką mową, a ptasim trelem.
Co ty robisz?
- Znikam. Umieram. Powracam. Wybierz sobie.- Odpowiedziała tylko.
Czy tatuś dał ci prawdziwe więzienie?
Na to pytanie nie odpowiedziała. Lekki ruch głową i pociągniecie nosem były jedynymi wskazówkami, że to jedno marzenie małej panny wciąż pozostawało poza jej zasięgiem.
- Dał mi swoje księgi, regalia i głos, który może skazać na śmierć i darować życia. Dał mi…- Zamilkła, nie kończąc myśli.
Gdy dłoń Helloise zsunęła się na jej nagi zroszony szkarłatnymi kroplami obojczyk, Lorien odsłoniła szyję odrobinę bardziej. Ciało wciąż żyło, krew krążyła w tętnicach, które pulsowały sobie tylko znanym rytmem; pierś skryta za cienkim materiałem koszulki unosiła się i opadała wraz z ledwo słyszalnym dla ucha oddechem. Puls był nierówny, momentami zbyt szybki, momentami zbyt powolny.
W pierwszej chwili nie zwracała uwagi na pajączka. Nieszczęsną istotę, która wiedziona głupim, dopiero co odkrytym zaufaniem, wędrowała po jej szyi, zręcznie omijając świeże rany pachnące metalem, potem i przegniłym jaśminem. Zapach był ciężki, uciążliwy dla znużonych zmysłów. W końcu jednak pajączek zrobił ostatni, nieprzemyślany kroczek, a ostre spiłowane pazury zacisnęły się na jego małym ciałku.
- Czy oni cię szukają Cię słodka Helloise?- zapytała, nie odwracając wzroku od swojej nieszczęśliwej ofiary. Im bardziej pajączek się miotał tym mocniej zaciskała pazury, wciąż jeszcze sprawiające wrażenie ptasich, zakrzywionych szponów. W końcu przebiły chitynowy oskórek, ale wciąż jeszcze żył. Nie dała mu łaski szybkiej śmierci, tak jak nie dała Heli szansy na milczenie. Podniosła się powoli na łokciu, by móc nachylić się nad leżącą czarownicą. Kilka ciemnych pukli opadło na jej ramię, osłaniając kobiety przed całym światem. Uniosła trzymanego w palcach pająka. Taki mały. Taki bezbronny. Taki stracony. – Kogo gościsz w swoich progach? Wiatr? Strumienie? Słońce?- Uporczywie wpatrywała się w oczy starej koleżanki ze szkolnej ławy.
Trzask.
Pękł mały pajęczy szkielecik; chude nóżki opadły jak ramiona pacynki, której ktoś odciął podtrzymujące sznureczki. Paznokciem oderżnęła odwłoczek. Zastanowiła się. Sekundę. Dwie. Może wahała się czy wypada się podzielić. Ale skoro ona go upolowała…
Rozchyliła powoli usta. Coś zgrzytnęło nieprzyjemnie, gdy ciało uczyło się na nowo jak działają jego własne stawy.
Docisnęła martwe ciałko pająka do języka. Zbyt mocno. Ostry paznokieć rozciął miękki mięsień. Krew zmieszana ze śliną i sokami wypływającymi z kwasowymi sokami trawiennymi pajęczaka była dziwnym przysmakiem. Nie złym, nie dobrym. Po prostu dziwnym. Przełknęła niewzruszona, cmokając parę razy, gdy końcówką języka musiała wydłubać kawałek odnóża, który utknął jej między jedynkami.
A potem… jak gdyby nigdy nic znowu opadła na plecy.
Tym razem jednak odnalazła leżącą na ziemi dłoń Helloise i splotła ich palce razem. Może gdyby zamknęły na moment oczy znów znalazłyby się w Hogwarcie, a świat na nowo stałby się prosty? Ich jedynym zmartwieniem byłyby niekończące się prace domowe, lekcje i brzydka pogoda psująca plany leżenia nad jeziorem. Bo przecież czasem tak leżały – dokładnie jak teraz, kiedy słońce świeciło niemiłosiernie i nawet wielka kałamarnica nie chciała wyściubić ryja z wody. Lorien nie lubiła jeziora. Nie lubiła żadnej wody, ale kiedy tak leżała, niemal rozpaczliwie ściskając dłoń Heli, woda nie była aż tak mętna.
- Zimą tam żadne serce nie tęskni za latem ani za wiosną.- Wymamrotała.- W niczym co rośnie na tej ziemi, nie sposób dostrzec ni choroby ni zniszczenia. Nie ma skazy na ziemiach złotych lasów Lórien.
Przemiana nie poszła… strasznie źle. Bywały gorsze. Wciąż jeszcze mogła poruszać palcami u dłoni; podciągnąć kolano bliżej, pozwalając koszulce zsunąć się po skrwawionym udzie. Ból kości nie był tak straszny. Czuła się po prostu słabo. Musiała chwilkę jeszcze poleżeć. Przymknąć na moment powieki i spróbować odzyskać rozmyte wspomnienia. Jeszcze pięć minut. Godzin. Dni. Lat.
O czym śniła dzisiaj?
Nie odsunęła się, gdy Helloise postanowiła zająć miejsce obok. To było nawet miłe, czuć ciepło jej ciała; jej zapach; oddech. A potem Rowle zapytała o sny, a ona poczuła piekące łzy, zbierające się w kącikach przesuszonych oczu.
- Są… ładne. - Zdołała wydukać.- Śniłam o złotym lesie, do którego zabierał mnie ojciec. O cieple lata. O psie, który nigdy mnie nie ugryzł. I o człowieku bliższym mi niż rodzony brat.
Wyciągnęła przed siebie dłoń, rozdzierając palce, pomiędzy którymi przepłynęły promienie słońca. Miękkie i ciepłe. Zdawało mi się, że przechodzę przez wysokie okno, z którego wygląda się na utracony świat. Nie widziałam barw innych niż te, które mi znane – złoto, biel, błękit, zieleń – lecz były świeże i przenikające, jakby je pierwszy raz ujrzeć i nadać im nowe, cudowne imiona. - Zacisnęła palce, ale słońce jak to słońce, nie dało się pochwycić. Rozżalona tym faktem opuściła dłoń z powrotem. Promienie zniknęły. Może ich nigdy tam nie było?
- Jaki jest twój świat?- Zapytała cicho. Choć odzyskała kontrolę nad głosem, a po łzach pozostały dwie małe smugi na brudnych policzkach, nie była w stanie mówić głośniej. Dźwięki drżały, łamiąc się między ludzką mową, a ptasim trelem.
Co ty robisz?
- Znikam. Umieram. Powracam. Wybierz sobie.- Odpowiedziała tylko.
Czy tatuś dał ci prawdziwe więzienie?
Na to pytanie nie odpowiedziała. Lekki ruch głową i pociągniecie nosem były jedynymi wskazówkami, że to jedno marzenie małej panny wciąż pozostawało poza jej zasięgiem.
- Dał mi swoje księgi, regalia i głos, który może skazać na śmierć i darować życia. Dał mi…- Zamilkła, nie kończąc myśli.
Gdy dłoń Helloise zsunęła się na jej nagi zroszony szkarłatnymi kroplami obojczyk, Lorien odsłoniła szyję odrobinę bardziej. Ciało wciąż żyło, krew krążyła w tętnicach, które pulsowały sobie tylko znanym rytmem; pierś skryta za cienkim materiałem koszulki unosiła się i opadała wraz z ledwo słyszalnym dla ucha oddechem. Puls był nierówny, momentami zbyt szybki, momentami zbyt powolny.
W pierwszej chwili nie zwracała uwagi na pajączka. Nieszczęsną istotę, która wiedziona głupim, dopiero co odkrytym zaufaniem, wędrowała po jej szyi, zręcznie omijając świeże rany pachnące metalem, potem i przegniłym jaśminem. Zapach był ciężki, uciążliwy dla znużonych zmysłów. W końcu jednak pajączek zrobił ostatni, nieprzemyślany kroczek, a ostre spiłowane pazury zacisnęły się na jego małym ciałku.
- Czy oni cię szukają Cię słodka Helloise?- zapytała, nie odwracając wzroku od swojej nieszczęśliwej ofiary. Im bardziej pajączek się miotał tym mocniej zaciskała pazury, wciąż jeszcze sprawiające wrażenie ptasich, zakrzywionych szponów. W końcu przebiły chitynowy oskórek, ale wciąż jeszcze żył. Nie dała mu łaski szybkiej śmierci, tak jak nie dała Heli szansy na milczenie. Podniosła się powoli na łokciu, by móc nachylić się nad leżącą czarownicą. Kilka ciemnych pukli opadło na jej ramię, osłaniając kobiety przed całym światem. Uniosła trzymanego w palcach pająka. Taki mały. Taki bezbronny. Taki stracony. – Kogo gościsz w swoich progach? Wiatr? Strumienie? Słońce?- Uporczywie wpatrywała się w oczy starej koleżanki ze szkolnej ławy.
Trzask.
Pękł mały pajęczy szkielecik; chude nóżki opadły jak ramiona pacynki, której ktoś odciął podtrzymujące sznureczki. Paznokciem oderżnęła odwłoczek. Zastanowiła się. Sekundę. Dwie. Może wahała się czy wypada się podzielić. Ale skoro ona go upolowała…
Rozchyliła powoli usta. Coś zgrzytnęło nieprzyjemnie, gdy ciało uczyło się na nowo jak działają jego własne stawy.
Docisnęła martwe ciałko pająka do języka. Zbyt mocno. Ostry paznokieć rozciął miękki mięsień. Krew zmieszana ze śliną i sokami wypływającymi z kwasowymi sokami trawiennymi pajęczaka była dziwnym przysmakiem. Nie złym, nie dobrym. Po prostu dziwnym. Przełknęła niewzruszona, cmokając parę razy, gdy końcówką języka musiała wydłubać kawałek odnóża, który utknął jej między jedynkami.
A potem… jak gdyby nigdy nic znowu opadła na plecy.
Tym razem jednak odnalazła leżącą na ziemi dłoń Helloise i splotła ich palce razem. Może gdyby zamknęły na moment oczy znów znalazłyby się w Hogwarcie, a świat na nowo stałby się prosty? Ich jedynym zmartwieniem byłyby niekończące się prace domowe, lekcje i brzydka pogoda psująca plany leżenia nad jeziorem. Bo przecież czasem tak leżały – dokładnie jak teraz, kiedy słońce świeciło niemiłosiernie i nawet wielka kałamarnica nie chciała wyściubić ryja z wody. Lorien nie lubiła jeziora. Nie lubiła żadnej wody, ale kiedy tak leżała, niemal rozpaczliwie ściskając dłoń Heli, woda nie była aż tak mętna.
- Zimą tam żadne serce nie tęskni za latem ani za wiosną.- Wymamrotała.- W niczym co rośnie na tej ziemi, nie sposób dostrzec ni choroby ni zniszczenia. Nie ma skazy na ziemiach złotych lasów Lórien.