Może i ukąszenie świni boli, lecz to rany po leszczynie goja się dłużej. Tą leszczyną tutaj była gęś, której wybryk ubódł dumę panny Lestrange. Jakoś nie umiała się cieszyć z „przepowiedzianego” szczęścia w miłości w momencie, kiedy było cale grono świadków jej upadku, a Atreus na pewno nie da jej o tym zbyt szybko zapomnieć.
Bulstrode bardzo sprytnie zawołał za nią, gdy już była w ruchu, bo faktycznie gotowa jeszcze zawrócić i mu się odwdzięczyć pięknym za nadobne, ale w tej chwili jej celem był jednak ten cholerny gąsior. Dziewczęta dopingowały, ale słyszała to bardzo słabo, gdy tak biegła przez podwórko za drobiem, które darło się, jakby mu co najmniej pióra z kupra wyrywała – lecz nie. Nie było to takie proste, tym bardziej, że próbowała przy tym nie wdepnąć w żadne niespodzianki pozostawione tu przez kury, niczym prawdziwe miny. W końcu jednak się udało i wierzgający na wszystkie strony gąsior, który próbował znowu Victorię ugryźć, tym razem w rękę, i kopnąć ją przy okazji – został spacyfikowany. Nim jednak Lestrange go zaniosła do piszczących, ucieszonych dziewcząt, próbowała go trochę uspokoić. Jakąś tam wiedzę o zwierzętach jednak miała, może nie miała do nich takiej ręki jak Laurent… Ale miała jakieś pojęcie o tym co robi.
Ostatecznie wręczyła gąsiora w ręce jednej z dziewcząt.
– Hihihi, dziękujemy – padło w odpowiedzi, a Victoria, rozczochrana jeszcze bardziej niż wcześniej, czekała z rękoma założonymi na biodrach, aż te sobie pójdą.
Miała okropną ochotę rzucić na siebie trzy różne zaklęcia czyszczące, czuła, jak przechodzą ją ciarki, ale nie wyciągnęła różdżki z kieszeni tylko dlatego, że jednak rozchichotane dziewczęcia mogły w każdej chwili wrócić. Razem z tą cholerną gęsią.
Wypluła z ust jakieś małe piórko, które znalazło się tam nie wiadomo skąd i nadal wlepiając wkurwione spojrzenie w dziurę w płocie odezwała się w końcu do Atreusa.
– Idziemy jednak do ciebie na herbatę – i nawet nie była to prośba.