27.11.2025, 21:04 ✶
Czułem, jak moje oczy mrużyły się same, chociaż w pomieszczeniu nadal panował półmrok, nie było w nim ani grama jasności - dokładnie tak jak w tej rozmowie o naszej przeszłości, przyszłości, teraźniejszości. Zaciskałem zęby tak mocno, że aż bolała mnie szczęka, wiedziałem, że wyglądam na złego, cholernie złego, jakbym zaraz miał eksplodować, a ona stała, patrzyła na mnie tym swoim wzrokiem, który sprawiał, że w środku kipiałem jeszcze bardziej.
- Spieldoliłem to, byłem blisko podjęcia właściwej decyzji, a potem znowu poszedłem w to, co było najgolse. Spieldoliłem to wtedy, spieldoliłem to telas. Wlóciłem ci do szycia jak jakiś piepszony duch s pszeszłości. Jak gówniarz, któly nie wie, czego chce. - Syknąłem, nawet nie próbując ukrywać tego, ile było we mnie tyle złości - tyle frustracji, tyle cholernej bezradności, że miałem wrażenie, że zaraz coś zrobię, coś głupiego, coś nieodwracalnego. Byłem wściekły na nią, na siebie, na to, że staliśmy tak blisko, a każde jej słowo trafiało we mnie jak nóż, ten sam, który - jak twierdziła - mogłaby chcieć ode mnie dostać. Wściekły na to, że była tu, nie odsunęła się, patrzyła na mnie w sposób, który robił mi kolejne dziury w klatce piersiowej.
- Mówisz, sze poladzisz sobie s nieploszonym gościem? Zakopiesz go w oglódku? Ja wiem, sze sobie poradzisz. Wiem. Tylko sze ja nie chcę, szebyś musiała. Nie chcę, szebyś sięgała po swoje metody tylko dlatego, sze ja pszyniosłem ci ploblem pod dszwi. - Patrzyłem jej prosto w oczy, jakbym czekał, aż się odważy mrugnąć. Półmrok tylko podkreślał to, jak bardzo byłem nad nią pochylony, jak musiałem zniżyć głowę, żeby widzieć jej tęczówki.
Wszystko we mnie wrzało - każde słowo, które powiedziała, każdy argument, ten jej tok myślenia, to kurewskie „jestem gotowa”, te wszystkie jej „ja to przetrwam”, „ja będę czekać”, „ja też cię wybrałam”, jakby to było coś prostego, jakbyśmy nie stali w środku jebanego pola minowego. Oddychałem ciężko, patrząc na nią z góry, niemal z wrogością, chociaż tak naprawdę to była czysta panika pod maską. Zacisnąłem palce mocniej na jej płaszczu, jakbym musiał się czegoś trzymać, żeby nie ruszyć się ani o centymetr, bo jakbym się ruszył, to bym zrobił coś głupiego, bardziej głupiego niż to, co już zrobiłem.
- Ploblem jest taki, sze my oboje jesteśmy piepszonym ploblemem, tylko innym. Kompatybilnym, fakt, ale innym. - Odetchnąłem ostro, niemal przez zęby. Patrzyłem na nią z góry, czując, jak moje serce tłucze się w piersi nie dlatego, że się bałem, ale dlatego, że wiedziałem, dokąd nas to prowadzi - wiedziałem i nienawidziłem tego wiedzieć. Jej dłonie na mojej piersi były jedyną rzeczą, która mnie jeszcze trzymała w miejscu, bo inaczej bym odszedł albo zrobił coś głupszego, bardziej destrukcyjnego, niż wszystko, co powiedziałem. Moje palce zaciskały się na jej płaszczu tak mocno, że czułem pod nimi każdy przeszyty szew. Pochylałem się nad nią w półmroku, cień padał mi na oczy, bolała mnie szczęka, z pewnością wyglądałem na wkurwionego, bo byłem wkurwiony - Bon Dieu, byłem - na nią, na siebie, na wszystko, co powiedziała, na to, co czułem. Sfrustrowany do granic możliwości, jakbym trzymał ją tylko po to, żeby nie rozpierdolić czegoś obok. Ba, właśnie po to - dokładnie po to.
Chciałem jej odpowiedzieć czymś ostrym, czymś, co by ją odsunęło, czymś, co by przerwało tę chorą logikę, w której ona twierdziła, że powinniśmy razem tonąć. Chciałem, kurwa, wyjaśnić jej, że nie ma sensu, żadnego, ani kawałka, że powinniśmy przestać, że powinniśmy…
I wtedy, w tym całym syfie, w tej ciszy, która wisiała między nami… Coś we mnie strzeliło. W tym napięciu, w tym ścisku, w tym gównie, które wisiało między nami tak gęsto, że niemal czułem jego smak, coś we mnie po prostu puściło. Nie w złości, nie w słabości, w jakiejś popierdolonej, desperackiej, nagłej klarowności, która wyszła ze mnie sama. Nachyliłem się jeszcze niżej, patrząc jej prosto w oczy, twardo, bez uśmiechu, bez łagodności. Nie zrobiłem kroku w tył, nie zrobiłem kroku w przód, po prostu otworzyłem usta.
- Sun… - Powiedziałem nisko, niżej niż wcześniej, jakby to był początek groźby, a nie czegokolwiek innego - ani cienia miękkości, ani odrobiny żartu, nic. Stała tak blisko, że czułem jej oddech na mojej szyi, a mimo to miałem wrażenie, że między nami stoi jakiś pieprzony mur, o który teraz oboje jebaliśmy.
- Pludence Madison Bletchley… - Wypowiedziałem jej imię całe, powoli, z rozmysłem, jak wyrok. - Wyjdziesz za mnie? - Powiedziałem to ostro, niemal burkliwie, w tym samym tonie, w którym chwilę wcześniej kłóciłem się z nią o własne istnienie - prowokacyjnie, bez cienia miękkości, jakbym ją właśnie konfrontował z czymś poważnym, a nie pytał o coś, co powinno być ciepłe, romantyczne, popierdolone w zupełnie inny sposób. To pytanie zawisło w powietrzu, rzucone między nas jak zaklęcie niewybaczalne.
Patrzyłem na nią, bez mrugania, jakbym oczekiwał, że miała mi odpowiedzieć natychmiast, nie później, nie za chwilę, nie po namyśle, bo wtedy świat miał się przez to zawalić. Chuj wie, może właśnie dlatego to powiedziałem - bo wszystko i tak już waliło się w cholerę. Odetchnąłem krótko, jak ktoś świadomy, że musiał to powtórzyć, bo inaczej zabrzmiałoby to jak coś, co powiedziałem w amoku, a potem, wciąż patrząc jej w oczy, bez mrugnięcia, powtórzyłem to, mocniej, pełniej, tak, jakbym wbijał coś w ziemię, żeby się już nie ruszyło.
- Słyszysz mnie, Sun? Pytam powasznie. Wyjdziesz. Za. Mnie? Czy nie? -
Wiedziałem, jak to brzmi - wiedziałem, jak bardzo to pojebane. Powiedziałem to tak, jakby to było jedyne sensowne rozwiązanie w całym tym gównie, bo, kurwa, może właśnie było.
- Spieldoliłem to, byłem blisko podjęcia właściwej decyzji, a potem znowu poszedłem w to, co było najgolse. Spieldoliłem to wtedy, spieldoliłem to telas. Wlóciłem ci do szycia jak jakiś piepszony duch s pszeszłości. Jak gówniarz, któly nie wie, czego chce. - Syknąłem, nawet nie próbując ukrywać tego, ile było we mnie tyle złości - tyle frustracji, tyle cholernej bezradności, że miałem wrażenie, że zaraz coś zrobię, coś głupiego, coś nieodwracalnego. Byłem wściekły na nią, na siebie, na to, że staliśmy tak blisko, a każde jej słowo trafiało we mnie jak nóż, ten sam, który - jak twierdziła - mogłaby chcieć ode mnie dostać. Wściekły na to, że była tu, nie odsunęła się, patrzyła na mnie w sposób, który robił mi kolejne dziury w klatce piersiowej.
- Mówisz, sze poladzisz sobie s nieploszonym gościem? Zakopiesz go w oglódku? Ja wiem, sze sobie poradzisz. Wiem. Tylko sze ja nie chcę, szebyś musiała. Nie chcę, szebyś sięgała po swoje metody tylko dlatego, sze ja pszyniosłem ci ploblem pod dszwi. - Patrzyłem jej prosto w oczy, jakbym czekał, aż się odważy mrugnąć. Półmrok tylko podkreślał to, jak bardzo byłem nad nią pochylony, jak musiałem zniżyć głowę, żeby widzieć jej tęczówki.
Wszystko we mnie wrzało - każde słowo, które powiedziała, każdy argument, ten jej tok myślenia, to kurewskie „jestem gotowa”, te wszystkie jej „ja to przetrwam”, „ja będę czekać”, „ja też cię wybrałam”, jakby to było coś prostego, jakbyśmy nie stali w środku jebanego pola minowego. Oddychałem ciężko, patrząc na nią z góry, niemal z wrogością, chociaż tak naprawdę to była czysta panika pod maską. Zacisnąłem palce mocniej na jej płaszczu, jakbym musiał się czegoś trzymać, żeby nie ruszyć się ani o centymetr, bo jakbym się ruszył, to bym zrobił coś głupiego, bardziej głupiego niż to, co już zrobiłem.
- Ploblem jest taki, sze my oboje jesteśmy piepszonym ploblemem, tylko innym. Kompatybilnym, fakt, ale innym. - Odetchnąłem ostro, niemal przez zęby. Patrzyłem na nią z góry, czując, jak moje serce tłucze się w piersi nie dlatego, że się bałem, ale dlatego, że wiedziałem, dokąd nas to prowadzi - wiedziałem i nienawidziłem tego wiedzieć. Jej dłonie na mojej piersi były jedyną rzeczą, która mnie jeszcze trzymała w miejscu, bo inaczej bym odszedł albo zrobił coś głupszego, bardziej destrukcyjnego, niż wszystko, co powiedziałem. Moje palce zaciskały się na jej płaszczu tak mocno, że czułem pod nimi każdy przeszyty szew. Pochylałem się nad nią w półmroku, cień padał mi na oczy, bolała mnie szczęka, z pewnością wyglądałem na wkurwionego, bo byłem wkurwiony - Bon Dieu, byłem - na nią, na siebie, na wszystko, co powiedziała, na to, co czułem. Sfrustrowany do granic możliwości, jakbym trzymał ją tylko po to, żeby nie rozpierdolić czegoś obok. Ba, właśnie po to - dokładnie po to.
Chciałem jej odpowiedzieć czymś ostrym, czymś, co by ją odsunęło, czymś, co by przerwało tę chorą logikę, w której ona twierdziła, że powinniśmy razem tonąć. Chciałem, kurwa, wyjaśnić jej, że nie ma sensu, żadnego, ani kawałka, że powinniśmy przestać, że powinniśmy…
I wtedy, w tym całym syfie, w tej ciszy, która wisiała między nami… Coś we mnie strzeliło. W tym napięciu, w tym ścisku, w tym gównie, które wisiało między nami tak gęsto, że niemal czułem jego smak, coś we mnie po prostu puściło. Nie w złości, nie w słabości, w jakiejś popierdolonej, desperackiej, nagłej klarowności, która wyszła ze mnie sama. Nachyliłem się jeszcze niżej, patrząc jej prosto w oczy, twardo, bez uśmiechu, bez łagodności. Nie zrobiłem kroku w tył, nie zrobiłem kroku w przód, po prostu otworzyłem usta.
- Sun… - Powiedziałem nisko, niżej niż wcześniej, jakby to był początek groźby, a nie czegokolwiek innego - ani cienia miękkości, ani odrobiny żartu, nic. Stała tak blisko, że czułem jej oddech na mojej szyi, a mimo to miałem wrażenie, że między nami stoi jakiś pieprzony mur, o który teraz oboje jebaliśmy.
- Pludence Madison Bletchley… - Wypowiedziałem jej imię całe, powoli, z rozmysłem, jak wyrok. - Wyjdziesz za mnie? - Powiedziałem to ostro, niemal burkliwie, w tym samym tonie, w którym chwilę wcześniej kłóciłem się z nią o własne istnienie - prowokacyjnie, bez cienia miękkości, jakbym ją właśnie konfrontował z czymś poważnym, a nie pytał o coś, co powinno być ciepłe, romantyczne, popierdolone w zupełnie inny sposób. To pytanie zawisło w powietrzu, rzucone między nas jak zaklęcie niewybaczalne.
Patrzyłem na nią, bez mrugania, jakbym oczekiwał, że miała mi odpowiedzieć natychmiast, nie później, nie za chwilę, nie po namyśle, bo wtedy świat miał się przez to zawalić. Chuj wie, może właśnie dlatego to powiedziałem - bo wszystko i tak już waliło się w cholerę. Odetchnąłem krótko, jak ktoś świadomy, że musiał to powtórzyć, bo inaczej zabrzmiałoby to jak coś, co powiedziałem w amoku, a potem, wciąż patrząc jej w oczy, bez mrugnięcia, powtórzyłem to, mocniej, pełniej, tak, jakbym wbijał coś w ziemię, żeby się już nie ruszyło.
- Słyszysz mnie, Sun? Pytam powasznie. Wyjdziesz. Za. Mnie? Czy nie? -
Wiedziałem, jak to brzmi - wiedziałem, jak bardzo to pojebane. Powiedziałem to tak, jakby to było jedyne sensowne rozwiązanie w całym tym gównie, bo, kurwa, może właśnie było.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)