28.11.2025, 01:44 ✶
Nie wiedziałem, jakim cudem ona jeszcze stała tak blisko, skoro ja emanowałem wkurwieniem jak piec hutniczy. Widziałem, że to wszystko w niej pracowało - widziała moją frustrację, widziała, jak próbuję być „właściwy”, jak toczyłem wojnę z samym sobą, jak rozum trzymał mnie za gardło, a emocje próbowały je przegryźć, właśnie to sprawiało, że wrzałem, bo ona wszystko widziała, a mimo to nie odpuściła. Kiedy powiedziała, że nie żałuje, że to spierdoliłem, poczułem, jak coś we mnie drgnęło niebezpiecznie. Kto normalny mówi coś takiego? Kto normalny patrzy facetowi prosto w oczy, kiedy on jest tak zdenerwowany, że mógłby zionąć ogniem? No kto? Ona. Bo oczywiście, że ona. W półmroku jej oczy wyglądały jak dwie przeklęte latarnie, które świeciły dokładnie tam, gdzie nie chciałem patrzeć.
A potem dorzuciła to swoje „nie zawsze można mieć to, czego się chce”. Ironia, bo ona właśnie chciała mnie, mówiła o tym jakby to była najbardziej oczywista sprawa świata. Doskonale wiedziała, że jesteśmy problemami, ona chciała być moim. Kto normalny tak mówi? Znowu - ona. Potem to jej milczące czekanie, ta krew na ustach, te szeroko otwarte oczy - to mnie dobiło, ten upór, którego nie potrafiłem złamać ani argumentem, ani sykiem, ani ciszą. Kładła mi na stół wszystkie te swoje rzeczy - pragnienia, strach, pewność, determinację - i ja w końcu musiałem coś na to postawić, coś większego niż moje jebane „to nie ma sensu”. Jej dolna warga drgnęła, przygryzła ją mocno, za mocno, zobaczyłem to i wiedziałem, że czeka na wyrok. Być może miała go dostać, być może nawet tej nocy, ale nie w ten sposób, nie taki.
Więc wyszło ze mnie to pytanie, te słowa, których nigdy nie miałem wypowiedzieć. Nie wiedziałem, kiedy to się stało, nie wiedziałem, w którym momencie wojna, strach, wyrzuty sumienia i wszystkie moje plany wycofania się zamieniły się w jedno, krótkie, gwałtowne zdanie skierowane do niej, ale to nie było ważne. Wszystko, co mi wygarnęła wcześniej, wszystko, co sobie wyjaśniliśmy, i wszystko, o co się posprzeczaliśmy… To składało się na to jedno zdanie, chociaż prawdopodobnie oboje wiedzieliśmy, że żaden normalny człowiek nie stawia pytania o ślub w środku takiej rozmowy.
Ale ja nigdy nie byłem normalny. Ona też nie.
Patrzyłem na nią z góry, z zaciśniętą szczęką, wciąż wściekły, wciąż spięty, wciąż cały zrobiony z frustracji, nie rozluźniłem ani jednego mięśnia, nie cofnąłem ręki, nie uniosłem kącika ust. Nie było w tym nic miękkiego, było mi z tym cholernie dobrze - pierwszy raz tego wieczoru wiedziałem, co robię.
Kochałem ją.
Kochałem ją do bólu.
I byłem wkurwiony jak nigdy.
Te rzeczy nie musiały się wykluczać.
Czasem się wręcz uzupełniały nawzajem.
Więc kiedy zapytała „co?”, odpowiedziałem… Wciąż twardo, ostro, ale spokojniej niż sam się spodziewałem:
- Słyszałaś. - Odpowiedziałem nisko, zachrypniętym głosem, zanim zdążyłem się zastanowić, czy powinienem to złagodzić. - Powiedziałem to, co powiedziałem. To, co usłyszałaś, Sun. - Nie powiedziałem tego jak romantyczny debil. Powiedziałem jak ktoś, kto żyje w czasie wojny i zna wartość każdego podpisu, każdego dokumentu, każdej obrączki, która potrafiła zmienić czyjś status z „nikogo” na „rodzinę”. Moje palce zacisnęły się raz jeszcze na jej płaszczu - odruchowo, instynktownie, jakby to był jedyny sposób, żeby nie opaść na kolana. Choć może powinienem? - Oświadczam ci się. - Powiedziałem to tak, jakby to było oczywiste, jakby to było logiczne przedłużenie wszystkiego, co tu się wydarzyło, chociaż przecież było odwrotnością logiki. A jednocześnie… Nie było. Bo po tym, co mi powiedziała wcześniej, po tym, jak mnie kurwa rozłożyła na czynniki pierwsze, jak mi wcisnęła w klatę swoje „kocham cię” bez żadnego drżenia głosu, bez fałszu, bez uników - to nie było z dupy. To było jedyne, co miało sens.
Patrzyła na mnie tak, jakby jej świat właśnie przechylił się o dziewięćdziesiąt stopni i nie bardzo wiedziała, czy się na tym utrzyma. A ja… Ja czułem, jak te jej szeroko otwarte oczy próbują rozgryźć, czy naprawdę byłem na tyle popierdolony, żeby oświadczyć się w środku kłótni. A przecież byłem, byłem dokładnie tak popierdolony. Nie spodziewałem się, że to z siebie wyrzucę, nie w ten sposób, nie teraz, nie kiedykolwiek, ale z drugiej strony - po tym wszystkim, co słyszałem z jej ust, po każdej jej deklaracji, po każdej kurwa próbie wbicia mi do głowy, że ona chce ze mną zostać, choćby miał się świat przewrócić - to nie było znikąd. To było naturalne. To było logiczne, to było jedyne rozwiązanie, które miało sens w tej całej popieprzonej układance.
- Nie będziesz na mnie czekaś. To jest moje ostatnie, jedyne, jebane veto. Nie. Koniec. - Zmrużyłem oczy, patrząc na nią tak intensywnie, że pewnie czuła ten wzrok pod skórą - jakbym sam nie wierzył, że to mówię, ale jednocześnie jakbym nigdy w życiu nie był czegoś bardziej pewien, jakby wybór chwili ślubu był czymś równie prostym jak decyzja, czy wychodzimy z pubu przed deszczem. - Więc jeśli mówisz „tak”… To ja coś lobię. Lobię coś, by to nie zgasło. - Nachyliłem się znów, jeszcze niżej, tak że nasze czoła prawie się stykały - wciąż trzymałem jej płaszcz w pięściach, wciąż wyglądałem na nieprzystępnego - nic się w tym nie zmieniło, ale każde słowo, jakie wypowiadałem, było cholernie jasne. Musiało być. - Dziewczyna mose czekaś na faceta, asz wlósi. Małżonka ma plawo wymagaś, szeby wlósił. To jest lósznica. - Spojrzałem jej prosto w oczy, nie unikałem już niczego. Patrzyłem, jak jej twarz się zmienia, wraca do siebie po tym zaskoczeniu, zbiera myśli. A kiedy powiedziała „już jestem”… Coś mnie uderzyło, tak po ludzku, w mostek. I „kiedy” - to „kiedy” poruszyło mnie bardziej niż wszystko, co powiedziała wcześniej, bo w nim nie było wahania, nie było warunków, nie było „ale”, była czysta decyzja. Złapałem powietrze - płytko, szybko, za szybko. Nie spodziewałem się, że to „tak” wyjdzie z jej ust tak szybko, tak bez wahania - po tym całym gównie, po tej kłótni, po tym, jak niemal sam ją wypchnąłem z drzwi. Patrzyłem na nią, jakby dopiero teraz docierało do mnie, że naprawdę powiedziała „tak” - dokładnie tak było.
- Sun… - Zniżyłem głos, prawie do szeptu, ale to nie był czuły szept - to był szept człowieka, który postawił wszystko na jedną kartę - nie był ani groźny, ani kłótliwy, po prostu niski, zmęczony i nietypowo uczciwy. Przechyliłem głowę, patrząc jej prosto w oczy, z tą intensywnością, która nieco wcześniej była wściekłością, a teraz stawała się czymś bardziej skupionym. - Zawsze wyglądałaś jak ktoś, kto powinien nosiś symbole, nie ozdoby. - Wyszeptałem chrapliwie. - Ktoś, kto powinien nosiś coś plawdziwego, więc mogę ci to daś, kiedy tylko zechcesz. To akulat mogę. Nazwisko. Oblączkę. Kulwa, moje szycie, jeśli chcesz. - Zaciąłem się na ułamek sekundy. Poluzowałem uścisk na jej płaszczu tylko po to, żeby ująć materiał inaczej - nie tak nerwowo, spokojniej. - A pielścionek? Jeśli go nie chcesz, nigdy go nie zobaczysz. Nie będę ci wciskał szeszy, któle cię nie obchodzą. Wolę daś ci nósz i zapałki, chociasz, nie uklywam, pielścionek byłby ładny. - Powiedziałem cicho, ale pewnie, tak jak powinno się mówić rzeczy, które mają wagę. - Powiedz tylko słowo, Pludence Madison Bletchley… A się pobieszemy. Tak jak chcesz, kiedy chcesz. - Spojrzałem w jej oczy, głos miałem niski, chropowaty, wciąż z tym twardym brzmieniem, którego nie potrafiłem wyłączyć. Mówiłem teraz głębiej, ale nie łagodniej. - Dziś, telas, zalas. Jeśli powiesz jedno słowo, znajdę w ślodku nocy kogoś, kto da nam ten ślub, kto połączy nas lęką, lószczką, lytuałem, zaklęciem, plawem, czymkolwiek chcesz, nawet jeśli będę musiał postawiś go na nogi zaklęciem. - Przesunąłem kciukiem po materiale jej płaszcza. - Mogę jutlo. Mogę pojutsze. Mogę za lok, jeśli chcesz mieś celemonię, czalne świece, swoich lodziców, pszyjaciół, moich ludzi, całą tę oplawę, któla splawi, sze będzie to wyglądało jak lytuał, nie papielologia. - Przełknąłem ślinę, czując ciężar tych kolejnych słów w klatce piersiowej, ale nie uciekłem wzrokiem. - Jeśli potszebujesz czasu, dam ci go. Czekanie to nic, jeśli mam czekaś na ciebie, plawda? - Kącik moich ust uniósł się minimalnie, pierwszy raz tej nocy uśmiechnąłem się naprawdę, prosto do niej, bez obrony, bez zaciśniętych zębów.
A potem dorzuciła to swoje „nie zawsze można mieć to, czego się chce”. Ironia, bo ona właśnie chciała mnie, mówiła o tym jakby to była najbardziej oczywista sprawa świata. Doskonale wiedziała, że jesteśmy problemami, ona chciała być moim. Kto normalny tak mówi? Znowu - ona. Potem to jej milczące czekanie, ta krew na ustach, te szeroko otwarte oczy - to mnie dobiło, ten upór, którego nie potrafiłem złamać ani argumentem, ani sykiem, ani ciszą. Kładła mi na stół wszystkie te swoje rzeczy - pragnienia, strach, pewność, determinację - i ja w końcu musiałem coś na to postawić, coś większego niż moje jebane „to nie ma sensu”. Jej dolna warga drgnęła, przygryzła ją mocno, za mocno, zobaczyłem to i wiedziałem, że czeka na wyrok. Być może miała go dostać, być może nawet tej nocy, ale nie w ten sposób, nie taki.
Więc wyszło ze mnie to pytanie, te słowa, których nigdy nie miałem wypowiedzieć. Nie wiedziałem, kiedy to się stało, nie wiedziałem, w którym momencie wojna, strach, wyrzuty sumienia i wszystkie moje plany wycofania się zamieniły się w jedno, krótkie, gwałtowne zdanie skierowane do niej, ale to nie było ważne. Wszystko, co mi wygarnęła wcześniej, wszystko, co sobie wyjaśniliśmy, i wszystko, o co się posprzeczaliśmy… To składało się na to jedno zdanie, chociaż prawdopodobnie oboje wiedzieliśmy, że żaden normalny człowiek nie stawia pytania o ślub w środku takiej rozmowy.
Ale ja nigdy nie byłem normalny. Ona też nie.
Patrzyłem na nią z góry, z zaciśniętą szczęką, wciąż wściekły, wciąż spięty, wciąż cały zrobiony z frustracji, nie rozluźniłem ani jednego mięśnia, nie cofnąłem ręki, nie uniosłem kącika ust. Nie było w tym nic miękkiego, było mi z tym cholernie dobrze - pierwszy raz tego wieczoru wiedziałem, co robię.
Kochałem ją.
Kochałem ją do bólu.
I byłem wkurwiony jak nigdy.
Te rzeczy nie musiały się wykluczać.
Czasem się wręcz uzupełniały nawzajem.
Więc kiedy zapytała „co?”, odpowiedziałem… Wciąż twardo, ostro, ale spokojniej niż sam się spodziewałem:
- Słyszałaś. - Odpowiedziałem nisko, zachrypniętym głosem, zanim zdążyłem się zastanowić, czy powinienem to złagodzić. - Powiedziałem to, co powiedziałem. To, co usłyszałaś, Sun. - Nie powiedziałem tego jak romantyczny debil. Powiedziałem jak ktoś, kto żyje w czasie wojny i zna wartość każdego podpisu, każdego dokumentu, każdej obrączki, która potrafiła zmienić czyjś status z „nikogo” na „rodzinę”. Moje palce zacisnęły się raz jeszcze na jej płaszczu - odruchowo, instynktownie, jakby to był jedyny sposób, żeby nie opaść na kolana. Choć może powinienem? - Oświadczam ci się. - Powiedziałem to tak, jakby to było oczywiste, jakby to było logiczne przedłużenie wszystkiego, co tu się wydarzyło, chociaż przecież było odwrotnością logiki. A jednocześnie… Nie było. Bo po tym, co mi powiedziała wcześniej, po tym, jak mnie kurwa rozłożyła na czynniki pierwsze, jak mi wcisnęła w klatę swoje „kocham cię” bez żadnego drżenia głosu, bez fałszu, bez uników - to nie było z dupy. To było jedyne, co miało sens.
Patrzyła na mnie tak, jakby jej świat właśnie przechylił się o dziewięćdziesiąt stopni i nie bardzo wiedziała, czy się na tym utrzyma. A ja… Ja czułem, jak te jej szeroko otwarte oczy próbują rozgryźć, czy naprawdę byłem na tyle popierdolony, żeby oświadczyć się w środku kłótni. A przecież byłem, byłem dokładnie tak popierdolony. Nie spodziewałem się, że to z siebie wyrzucę, nie w ten sposób, nie teraz, nie kiedykolwiek, ale z drugiej strony - po tym wszystkim, co słyszałem z jej ust, po każdej jej deklaracji, po każdej kurwa próbie wbicia mi do głowy, że ona chce ze mną zostać, choćby miał się świat przewrócić - to nie było znikąd. To było naturalne. To było logiczne, to było jedyne rozwiązanie, które miało sens w tej całej popieprzonej układance.
- Nie będziesz na mnie czekaś. To jest moje ostatnie, jedyne, jebane veto. Nie. Koniec. - Zmrużyłem oczy, patrząc na nią tak intensywnie, że pewnie czuła ten wzrok pod skórą - jakbym sam nie wierzył, że to mówię, ale jednocześnie jakbym nigdy w życiu nie był czegoś bardziej pewien, jakby wybór chwili ślubu był czymś równie prostym jak decyzja, czy wychodzimy z pubu przed deszczem. - Więc jeśli mówisz „tak”… To ja coś lobię. Lobię coś, by to nie zgasło. - Nachyliłem się znów, jeszcze niżej, tak że nasze czoła prawie się stykały - wciąż trzymałem jej płaszcz w pięściach, wciąż wyglądałem na nieprzystępnego - nic się w tym nie zmieniło, ale każde słowo, jakie wypowiadałem, było cholernie jasne. Musiało być. - Dziewczyna mose czekaś na faceta, asz wlósi. Małżonka ma plawo wymagaś, szeby wlósił. To jest lósznica. - Spojrzałem jej prosto w oczy, nie unikałem już niczego. Patrzyłem, jak jej twarz się zmienia, wraca do siebie po tym zaskoczeniu, zbiera myśli. A kiedy powiedziała „już jestem”… Coś mnie uderzyło, tak po ludzku, w mostek. I „kiedy” - to „kiedy” poruszyło mnie bardziej niż wszystko, co powiedziała wcześniej, bo w nim nie było wahania, nie było warunków, nie było „ale”, była czysta decyzja. Złapałem powietrze - płytko, szybko, za szybko. Nie spodziewałem się, że to „tak” wyjdzie z jej ust tak szybko, tak bez wahania - po tym całym gównie, po tej kłótni, po tym, jak niemal sam ją wypchnąłem z drzwi. Patrzyłem na nią, jakby dopiero teraz docierało do mnie, że naprawdę powiedziała „tak” - dokładnie tak było.
- Sun… - Zniżyłem głos, prawie do szeptu, ale to nie był czuły szept - to był szept człowieka, który postawił wszystko na jedną kartę - nie był ani groźny, ani kłótliwy, po prostu niski, zmęczony i nietypowo uczciwy. Przechyliłem głowę, patrząc jej prosto w oczy, z tą intensywnością, która nieco wcześniej była wściekłością, a teraz stawała się czymś bardziej skupionym. - Zawsze wyglądałaś jak ktoś, kto powinien nosiś symbole, nie ozdoby. - Wyszeptałem chrapliwie. - Ktoś, kto powinien nosiś coś plawdziwego, więc mogę ci to daś, kiedy tylko zechcesz. To akulat mogę. Nazwisko. Oblączkę. Kulwa, moje szycie, jeśli chcesz. - Zaciąłem się na ułamek sekundy. Poluzowałem uścisk na jej płaszczu tylko po to, żeby ująć materiał inaczej - nie tak nerwowo, spokojniej. - A pielścionek? Jeśli go nie chcesz, nigdy go nie zobaczysz. Nie będę ci wciskał szeszy, któle cię nie obchodzą. Wolę daś ci nósz i zapałki, chociasz, nie uklywam, pielścionek byłby ładny. - Powiedziałem cicho, ale pewnie, tak jak powinno się mówić rzeczy, które mają wagę. - Powiedz tylko słowo, Pludence Madison Bletchley… A się pobieszemy. Tak jak chcesz, kiedy chcesz. - Spojrzałem w jej oczy, głos miałem niski, chropowaty, wciąż z tym twardym brzmieniem, którego nie potrafiłem wyłączyć. Mówiłem teraz głębiej, ale nie łagodniej. - Dziś, telas, zalas. Jeśli powiesz jedno słowo, znajdę w ślodku nocy kogoś, kto da nam ten ślub, kto połączy nas lęką, lószczką, lytuałem, zaklęciem, plawem, czymkolwiek chcesz, nawet jeśli będę musiał postawiś go na nogi zaklęciem. - Przesunąłem kciukiem po materiale jej płaszcza. - Mogę jutlo. Mogę pojutsze. Mogę za lok, jeśli chcesz mieś celemonię, czalne świece, swoich lodziców, pszyjaciół, moich ludzi, całą tę oplawę, któla splawi, sze będzie to wyglądało jak lytuał, nie papielologia. - Przełknąłem ślinę, czując ciężar tych kolejnych słów w klatce piersiowej, ale nie uciekłem wzrokiem. - Jeśli potszebujesz czasu, dam ci go. Czekanie to nic, jeśli mam czekaś na ciebie, plawda? - Kącik moich ust uniósł się minimalnie, pierwszy raz tej nocy uśmiechnąłem się naprawdę, prosto do niej, bez obrony, bez zaciśniętych zębów.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)