• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence

[8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#17
28.11.2025, 17:31  ✶  
To stało się zanim zdążyłem pomyśleć. Nie było żadnego wyliczania, żadnego „powinienem”, żadnej logiki. Po prostu patrzyłem na nią, na te jej oczy, które potrafiły mnie rozbroić, rozłożyć na czynniki pierwsze, przywrócić do życia i posłać do diabła jednocześnie. Patrzyłem na nią, na tę jej twarz, na spojrzenie, które ani razu nie uciekło. Ile razy je widziałem? Setki? Tysiące? Ale nigdy tak, nigdy tak jednoznacznie, tak… Wybierająco. I poczułem, że to jest ten moment, jeśli mam zrobić coś głupiego, coś wielkiego, coś, co będzie niosło konsekwencje na całą resztę mojego pieprzonego życia - to właśnie teraz, bo w tym się specjalizowałem, w wielkich, głupich decyzjach, które zmieniają wszystko.
„Zrób to teraz, albo spierdolisz to znowu.”
Wszystko w tym było absolutnie, bezdyskusyjnie popierdolone, ale nic na świecie nie wydawało mi się bardziej właściwe niż ta właśnie chwila. Prue mówiła, że nie będzie czekać, chce tego teraz, nie potrzebuje czasu, że nie potrzebuje nikogo, a ja? Kiedy to mówiła, czułem, jak każdy mój stary nawyk, każdy lęk, każdy pierdolony mechanizm obronny zaczyna się łamać, jak cienka tafla lodu pod zbyt dużym ciężarem. A kiedy powiedziała „przyjmę twoje nazwisko”… Nie wiedziałem, jakim cudem nie upadłem wtedy na kolana od razu.
Ona mnie nie powinna była kochać, nie powinna była mi ufać, nie powinna była mi wybaczyć. A mimo to mnie chciała, chciała mnie teraz - nie za rok, nie „jak będzie spokojniej”, nie „jak się ułoży” - teraz, tu, w tym wszystkim. Patrzyłem na nią, gdy ściskała mój tors, opierała o mnie cały swój ciężar, jakby to było najbezpieczniejsze miejsce, jakie znała - to mnie rozwaliło bardziej niż wszystko inne. Jak mogłem jej to zabrać? Jak mogłem zostawić ją samą? Jak mogłem myśleć, że to dla jej dobra?
Do chuja, ona tu stała, po wszystkim, po latach, po tym, jak mogła mnie znienawidzić, zgasić, opluć, nasłać na mnie pół Ministerstwa, albo po prostu odejść. Czuła mój wkurw, czuła każde spięcie mięśni pod palcami, ale nie cofnęła się ani o milimetr, jakby moja złość była dla niej tylko kolejną falą, którą trzeba przeczekać, wierzyła, że nie utonie, jakby wiedziała, że ja jej na to nie pozwolę. A może po prostu kochała mnie do szaleństwa - tak samo, jak ja kochałem ją. Stała przy mnie blisko, na tyle blisko, że czułem jej serce pod żebrami, jej ciało próbowało przekonać moje, że to jest właściwe miejsce, to jest ten punkt, w którym wreszcie możemy zacząć oddychać. Widziałem, że odpłynęła, ale to było jej odpłynięcie - znane, charakterystyczne - kiedyś mnie to zastanawiało, czasem może irytowało, teraz wiedziałem, że to po prostu jej sposób na to, żeby przeżywać rzeczy całym mózgiem naraz. Wiedziałem już, skąd to się brało, mogłem poczekać, tak długo, jak tego potrzebowała.
Mogłem, bo nagle dotarło do mnie coś jeszcze bardziej popierdolonego niż to, że się właśnie jej oświadczyłem - to, że ona się mnie w ogóle nie bała. Nie mojego wkurwienia, nie mojego zawahania, nie mojej przyszłości, nie mojego cienia. Prue miała w sobie ten rodzaj odwagi, który nie powinien istnieć w żadnym normalnym świecie, ale świat, w którym żyliśmy, normalny nie był.
Była nienormalna, ja też, może właśnie dlatego to wszystko miało sens. W świecie, w którym nic już nie działało normalnie, w którym ludzie znikali, ginęli, tracili siebie szybciej niż własny oddech… Co to w ogóle znaczyło „za szybko”? Za szybko w stosunku do czego - do jutra, którego możemy nie doczekać? Może i byliśmy nienormalni, pewnie cholernie, ale patrząc na nią w tej chwili, stojąc w półmroku z jej dłońmi na mojej piersi, z moimi palcami wbitymi w jej płaszcz, wiedziałem jedno - świat też zwariował, więc czemu mielibyśmy udawać normalność, kiedy wszystko wokół dawno przestało być normalne?
Kiedy powiedziała „nie będziemy czekać”, poczułem, jak coś przechodzi mi przez kręgosłup, krótkie spięcie, które ani nie było bólem, ani ulgą, bardziej czymś, co przywracało człowieka do jednego konkretnego punktu w rzeczywistości. Jakby jej słowa zahaczyły mnie za mostek i przyciągnęły z powrotem do tu-i-teraz. Nie „kiedyś”, nie „pomyślimy”, nie „zastanowię się” - teraz.
Mówiła to z taką pewnością, że naprawdę zaczynałem wierzyć, że nie było tu żadnej pomyłki. Jej twarz była blisko, za blisko, żeby można było zaprzeczyć temu zdecydowaniu, jakie pojawiło się w jej oczach. Czułem jej oddech na swojej brodzie, na ustach, na żuchwie, i wiedziałem, że nie ma w niej ani odrobiny wahania, nie było drżenia, nie było zawahania brwi, nie było niczego, co świadczyłoby o tym, że się nad tym zastanawia. Ona już wybrała.
A kiedy powiedziała „przyjmę twoje nazwisko”, to…
Merlinie.
To coś mnie przecięło od środka, spokojnie, ale głęboko.
Patrzyłem jej w oczy i po raz pierwszy od lat - naprawdę lat - poczułem, że ktoś mnie widział, nie jako problem, nie jako zagrożenie, nie jako faceta, który przynosił śmierć ze sobą jak cień. Tylko jako kogoś, kogo można wybrać. To nie była żadna desperacja, ona naprawdę chciała być moją żoną. Kiedy więc zapytała, czy jestem pewien, że znajdę kogoś, kto zrobi to „teraz”…
Uniósłem jedną brew, powoli, nachyliłem się do niej mocniej, tak że nasze nosy dzieliły może dwa palce.
- Sun, ja jestem człowiekiem, któly potlafi znaleźć zaklinacza w piepszonym kanale, na jebanych ścieszkach, o tszeciej nad lanem, jak tszeba. - Stwierdziłem cicho, ale nie było w tym złości. - Zaufaj mi, jeśli powiesz „telas”, to „telas” się stanie. - Moje palce przesunęły się po jej płaszczu, tym razem nie z nerwu, tylko pewnie.
A kiedy powiedziała „nóż i zapałki są odpowiednie, znajdź kogoś, zróbmy to”… Tak spokojnie, tak pewnie, tak… Nienaturalnie zdecydowanie, jak na człowieka, który dopiero co słyszał oświadczyny wyrzucone w środku kłótni - poczułem, jak moje serce zaczyna napierdalać szybciej niż powinno. To nie była adrenalina, nie był strach, nie był gniew, chociaż jeszcze przed chwilą kipiałem jak kociołek na ogniu. Jej oczy były szeroko otwarte, a ta wkurwiona determinacja, którą jeszcze chwilę temu próbowała mnie zabić argumentami, teraz paliła się zupełnie innym ogniem. Widziałem, jak bardzo była pewna, bardziej niż ja kiedykolwiek byłem pewny czegokolwiek, przynajmniej do tej chwili. To było coś, co rzadko mnie dopadało - coś, czego nie znałem od lat. Całe to napięcie, które trzymałem w barkach, w szczęce, w palcach, w plecach po prostu puściło, jakby ktoś przeciął więzy. Patrzyłem jej w oczy długo, zbyt długo, jak na kogoś, kto jeszcze chwilę temu warczał jak wściekły pies. Zbyt intensywnie, jak na kogoś, kto próbował ją od siebie odepchnąć.
Po raz drugi tej nocy uśmiechnąłem się do niej - prawdziwie, powoli, z jakąś głęboką, męską, nie chłopięcą, nie gówniarską, nie szczenięcą pewnością, która dawno nie miała we mnie miejsca.
- Będziesz moją, zanim wzejdzie słońce. - To nie była obietnica, to była pewność, nie deklaracja, to było pieprzone przewidywanie przyszłości, którą sami sobie kreowaliśmy teraz - nagle, gdy całe to wkurwienie, cały ten chaos, cała ta wojna w środku mnie przestała mieć sens. Odsunąłem się na tyle, by znowu ją zobaczyć, w całości, całą tę jej gotowość, jej popierdoloną odwagę, cały ten ogień, który mnie niszczył i spajał jednocześnie. Patrzyłem jej w oczy, a one były czyste, pewne, nienaturalnie spokojne jak na kogoś, kto właśnie zgadzał się zostać żoną człowieka, przy którym wszystko się pali.
Nie mogłem już stać, nie mogłem utrzymać tej pozycji, tej przewagi wzrostu, tej przygniatającej sylwetki nad nią - to nie było to, kim miałem być w tej sekundzie. Po prostu… Puściłem powietrze. Wypuściłem płaszcz Prudence z jednej dłoni i zanim mózg zdążył powiedzieć „co ty odpierdalasz”, ja już klęczałem - tak, jakby ktoś mnie uderzył od środka, jakbym poddał się sile, która była większa ode mnie.
Nie odwróciłem wzroku ani na sekundę, patrzyłem w jej oczy z dołu, tak intensywnie, że aż mnie paliło pod powiekami. Jedna ręka wciąż trzymała jej płaszcz, kurczowo, jakbym bał się, że odsunie się choć o centymetr, drugą, cholernie drżącą, bolącą, z tą pulsującą raną w śródręczu, wsunąłem w cholewkę buta, aż poczułem chłód metalu. Jego zimno przecięło mi palce natychmiast, ostrze zahaczyło o dłoń, skaleczyło, ale miałem to gdzieś. Nie syknąłem, nie cofnąłem ręki, krew nie była tu przeszkodą, krew była dokładnie tym, co miała znaczyć.
Nóż był wiekowy, rytualny, runiczny, oprawiony w pociemniałą, wytartą kość i skórę, przekazywany jak przekleństwo i błogosławieństwo jednocześnie.
Spuścizna po człowieku, który nigdy nie miał nikogo.
Spuścizna, którą ja zamierzałem złamać.
Chciałbym, żeby to widział.
Chciałbym, żeby się uśmiechnął i powiedział „bon choix, garçon, dobrze wybrałeś”.
Nie powiedziałby. Mój mentor powiedziałby, że użycie go w ten sposób to profanacja, ale mój mentor zmarł sam.
A ja nie musiałem.
Ostrze nie błyszczało, było matowe, przygaszone, jakby pochłaniało światło zamiast je odbijać, a jednak wyglądało prawdziwiej niż jakikolwiek pierścionek, który mógłbym kiedykolwiek kupić. To nie był byle nożyk, to była spuścizna, dziedzictwo - moje jedyne dziedzictwo, które nie było skażone nazwiskiem, którego nienawidziłem. Patrzyłem na nią bez mrugnięcia, napięcie między nami można było przeciąć tym cholerstwem, gdyby chciała. Podniosłem nóż, trzymając go poziomo, ostrzem skierowanym prosto w moją pierś, rękojeścią w stronę Prue - gest nie mógłby być bardziej symboliczny, nawet gdybym go zaplanował.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (19460), Prudence Fenwick (15509)




Wiadomości w tym wątku
[8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 24.11.2025, 14:20
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 24.11.2025, 18:12
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 24.11.2025, 20:03
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 24.11.2025, 22:32
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 25.11.2025, 03:09
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 25.11.2025, 12:00
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 25.11.2025, 18:01
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 26.11.2025, 12:17
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 26.11.2025, 21:34
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 27.11.2025, 00:59
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 27.11.2025, 14:15
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 27.11.2025, 19:25
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 27.11.2025, 21:04
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 27.11.2025, 22:54
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 28.11.2025, 01:44
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 28.11.2025, 10:09
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 28.11.2025, 17:31
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 28.11.2025, 23:27
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 29.11.2025, 01:09
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 29.11.2025, 02:14
RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 29.11.2025, 04:28

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa