• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[22.09.1972] No mourners, no funerals

[22.09.1972] No mourners, no funerals
oceanic feeling
Wipe the feet, the knees
Crawl to angry sea
I feel trampled here

The night just cradle in me
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
bezpieśny
zawód
wagabunda, twórca
Niesamowicie piękny człowiek. 179 centymetrów wzrostu; długie, lekko falujące się, brązowe włosy. Srebrzyca. Czasami jego oczy w świetle mogą wydawać się złote, ale to iluzja optyczna. Sporadycznie kilkudniowy zarost. Kilka blizn, które zdobył na morzu, większość zakryta runicznymi tatuażami zamkniętymi w kołach. Nie używa żadnych perfum - czuć od niego pot, morze, alkohol i las.

Dægberht Flint
#13
28.11.2025, 21:01  ✶  
Część dla osób, co ze mną w interakcję weszły

Mina pana Flinta była tak wesoła i tak serdeczna, jak tylko się dało. Niektórzy powiedzieliby pewnie, że było w jego obyciu coś wyjątkowo upiornego, ale on na to nie zważał - uśmiechał się wesoło zza kaskady tych pięknych, choć nieco roztrzepanych przez wiatr, długich włosów i... pozostawił Fridę samą sobie. Bo Dægberht, wbrew wszystkiemu, co można było o nim pomyśleć, nie był człowiekiem bardzo nachalnym. Jego córka, wychowana z takim ojcem właśnie stała się tegoż zachowania przeciwieństwem – bardzo się więc tym wszystkim przejęła i kiedy starszy Flint zniknął z zasięgu wzroku Fridy tak szybko, jak potrafił zatonąć statek podczas sztormu, malutki Flint towarzyszący zaczął mówić, mówić i mówić... o matkomatko-matko-matkooo matulu przenajświętsza aaaaa – bo tak bardzo się tego nie spodziewała ani tej słodyczy, ani tego przyjęcia. Tata ją przecież zabierał głównie na jakieś nudne nabożeństwa, podczas których śpiewał pieśni, pił wino i batożył się mówiąc, że na to zasłużył (i czasami chyba miał rację).

– Czy... – zaczęła niepewnie, zadzierając głowę do góry i wpatrując się w Lorraine jak w obrazek, z przeszklonymi oczyma i błagalnym spojrzeniem – czy jak zjem całego kotleta, to możemy się iść pobawić? BYŁOBY CUDOWNIE.

Przykre pytanie: dlaczego zadała to pytanie pani domu, a nie własnemu ojcu, albo Fridzie, pozostawało niezwerbalizowane. Unosiło się jednak w powietrzu z całą swoją niezręcznością. Szczególnie, że świadkiem tego był przekazujący jej karty Peregrinus.

Dægberht wydawał się nie przejmować ani Abigail, ani Fridą, jakby kompletnie ręki do dzieci nie miał, ale to nie była do końca prawda. Trelawney, jego wspaniały przyjaciel, mógł momentami wibrować jak dziwacy postrzegający dzieci bardziej jako obiekty badawcze niż żywych ludzi, ale bardzo się starać, a on był jego przeciwieństwem – znał dzieci na wylot i z jakiegoś powodu aż za dobrze wyczuwał, kiedy przychodziła pora na milczenie, a kiedy dziecko należało podnieść i zrobić mu samolocik. Próbował utrzymać idealny życiowy balans, tak aby żadne z nich się go nie bało, a jednocześnie nie był dla nikogo pierwszym wyborem, kiedy nie życzył sobie cudzego towarzystwa. Niestety idealnym człowiekiem nie był. Mógł być dobry i był, mógł ogrzewać swoim jestestwem jak słońce wznoszące się nad jego ukochanym Kairem, ale coś jego wnętrzu zdawało się zionąć permanentnym chłodem. Nikt jeszcze nie zdołał przebić się do jego wnętrza przez tę cholerną skorupę i ogrzać miejsc, które zakrywał przed światem nawet wtedy, kiedy nazywano go bezczelnym narcyzem. Abigail z tym walczyła. Kiedy Flint wciąż pierdzielił coś Lorraine o posągu, ona wciskała mu bez słowa do rąk przedmioty, których nie chciała już trzymać i wyjmowała te, za którymi zdążyła przez tych kilka sekund zatęsknić. Jako że trzymał wciąż własne upominki dla organizatorki przyjęcia, przełożenie wszystkiego do jednej ręki było problematyczne. Udało mu się cudem. Wbrew wszelkiej logice nie wyglądał też przy tym jak skończony idiota.

– Baldwinie! – Do niego również się uśmiechnął, sięgnął do niego dłonią i... no, zawiesił się na moment. – Jeszcze nie w tym roku – odpowiedział zgodnie z prawdą, odrobinę zdziwiony jak długo zajęło mu wymyślenie odpowiedzi, bo w słowach był sprawniejszy od wszystkich zebranych, ale wszystko jakoś źle mu w głowie brzmiało. – Będziemy widywali się częściej, bo przybiłem do Londynu na dłużej, a Whitecroft nadal jest moim domem. – Niestety nie było tu czasu na poruszające historie, nawet jeżeli przedstawiono go jako najdzielniejszego żeglarza, jakiego Lorraine udało się poznać.

W Necronomiconie narastał chaos.

Chociaż był charyzmatyczny ponad standard i radził sobie w takich sytuacjach doskonale, momentalnie zatęsknił za smakiem rumu. Jeszcze kilka tygodni, nim przestanie pić. Może... kilkanaście.


Tutaj już siedzę przy stole

Nowo poznaną osobą, która najbardziej przypadła Dægberhtowi do gustu, była niewątpliwie Scarlett. Kiedy Lorraine mu ją przedstawiała, mężczyzna uśmiechnął się do niej szeroko i wyraźnie chciał ją o te egzorcyzmy zagadać, a siedząc przy stole, posłał jej dwa równie serdeczne uśmiechy. Nie ignorowały one egzystencji Baldwina ani nie były flirciarskie – wyglądało po prostu na to, że zechce ją później zaczepić.

Większość jego uwagi skupiała się na osobach siedzących przy nim. Przez moment opierał się nawet łokciem o ramię Peregrinusa, ale szybko zaniechał – bo poproszony o modlitwę nie mógł przecież odmówić.

Najpiękniejszym śpiewnikiem poświęconym Pani Księżyca nie był żaden z dzisiejszych prezentów. Najpiękniejszego śpiewnika nie dało się znaleźć w Whitecroft an w żadnym z innych brytyjskich kowenów. Najpiękniejszy z nich wytatuowano na ciele siedzącego wśród nich marynarza.

– Był czas, kiedy przemierzałem szkockie góry i osiadłem w wiosce nieopodal słynnej Beinn Dòbhrain, gdzie usłyszałem, jak starzy ludzie ze stoków tej góry opowiadają o złym duchu – Gaemailtcie – istocie złożonej z mroku, nieprzybierającej żadnej postaci choćby podobnej człowiekowi lub zwierzęciu. Spowijał swoją ciemnością przybyszów, którzy dostrzegli go jako cień pod górskim głazem, albo jako złotą łzę piaskową w rwącym strumieniu okolicznej rzeki. Szeptał do serc słabych ludzi i zasiewał tam pustkę.

Powiadam wam, nigdy żeście nie widzieli tak bogatej wsi. Wszyscy obsypani kamieniami od stóp do głów wędrowali uliczkami wystrojeni jak magnaci, a nie poczciwi rolnicy czy pasterze.

Ludzie, co poznali Garmlailita, zaczynali gromadzić coraz więcej. Kamienie, ziarno, skóry, srebro. Czasem i nawet puste skrzynie, które mogły się kiedyś przydać. Wspinali się na szczyt z koszam pełnymi darów, które Garmailt namnażał, ale im więcej zbierali, im więcej posiadali, tym więcej potrzebowali, aby poczuć w swoim życiu choćby cień satysfakcji. Ten duch karmił ich niemożliwą do poskromienia chciwością.

Mieszkańcy ucieszyli się na wieść, że w ich okolicy pojawił się egzorcysta, ale pięć razy przestrzegli mnie przed tym, co miało czekać mnie u podnóży Beinn Dòbhrain. Niektórzy wyśmiewali mnie, kiedy szedłem tam tylko ze świecznikiem z jałowca i węzłem runicznym plecionym z lnu. Jedyną rzeczą, o którą ich poprosiłem była bowiem kromka chleba posmarowana miodem, co żem ją wpakował do pudełka i szedłem tak długo, aż nie spotkałem Garmailta pod postacią cienia rzuconego skałę. Zapytał mnie:

– Czego szukasz, czarodzieju?

A ja rzekłem:

– Niczego nie szukam i niczego ci nie przyniosłem, oprócz poznania czegoś nowego. Współdziel ze mną kolację.

Miałem wrażenie, że słowa te zbiły Garmailta z tropu. Coś w nim zawrzało, góra na której stałem zadrżała, a cień z którym rozmawiałem rozlał się jak plama atramentu wsiąkająca w papier. Zachowując powagę, przysiadłem na ziemi, wyciągnąłem z pudełka chleb i naderwałem go. I część zjadłem ja, a część pożarł cień góry Beinn Dòbhrain, co go zwano niegdyś Garmailtem, zanim nie usiadł ze mną przy blasku rozpalonej świecy, kuszącej go ciepłem, jakiego nie zaznał nigdy.

Skurczył się, zwinął i skruszył jak suchy liść, nie potrafiąc zrozumieć tego, że po tym chlebie nie pozostały nawet okruchy, a my najedliśmy się obaj. Byłem pierwszym i ostatnim, który nic od niego nie chciał. Beinn Dòbhrain zadrżała jeszcze raz, a Germailt został porwany przez podmuch wiatru i uniesiony ponad szczyty odszedł.

Ostrzegłem mieszkańców Drochaid Urchaidh, że Garmailt powróci w dniu, w którym napełnią swoją miskę przed napełnieniem tej sąsiada.


I każdy, kto Flinta dobrze znał, to wiedział, że nie był on w stanie kłamać. To wtedy się zacinał i plątał – kiedy próbował zbudować w głowie zdanie tak, aby nawet nie otrzeć się o fałsz. Garmailt musiał więc istnieć naprawdę, albo Flint musiał wierzyć w jego istnienie do stopnia, w którym udało mu się oszukać samego siebie.

– O Pani księżycowa, co wiedziesz nas nad wrzosowisko. Matko, której pieśń brzmi w kamieniach kręgu, przyjmij tę modłę, niesioną jak dym ognisk rdzawych, bo oto nadchodzi wieczór, w którym dziękujemy ci za wszystkie twoje dary i obiecujemy, że podzielimy się nimi ze wszystkimi twoimi dziećmi tak, aby nikt nigdy nie był głodny...

Kontynuował, zaciskając palce na dłoniach Peregrinusa i Abigail. Jego córka, z opuszczoną głową milczała. Zdążyła przyzwyczaić się do tego, że musiała w takich chwilach zachować absolutną ciszę.


Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Baldwin Malfoy (1581), Bard Beedle (4115), Dægberht Flint (2005), Lorraine Malfoy (5169), Maeve Chang (1536), Peregrinus Trelawney (1784), Scarlett Mulciber (1898), Stanley Andrew Borgin (1644)




Wiadomości w tym wątku
[22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Lorraine Malfoy - 10.11.2025, 10:00
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Bard Beedle - 10.11.2025, 10:04
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Dægberht Flint - 14.11.2025, 17:49
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Scarlett Mulciber - 15.11.2025, 15:53
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Bard Beedle - 16.11.2025, 15:34
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Bard Beedle - 01.12.2025, 14:32
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Stanley Andrew Borgin - 16.11.2025, 16:55
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Peregrinus Trelawney - 16.11.2025, 21:30
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Maeve Chang - 16.11.2025, 22:31
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Bard Beedle - 17.11.2025, 09:04
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Baldwin Malfoy - 17.11.2025, 21:35
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Lorraine Malfoy - 19.11.2025, 20:58
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Scarlett Mulciber - 28.11.2025, 18:48
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Dægberht Flint - 28.11.2025, 21:01
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Maeve Chang - 30.11.2025, 00:31
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Stanley Andrew Borgin - 30.11.2025, 17:14
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Peregrinus Trelawney - 30.11.2025, 21:00
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Baldwin Malfoy - 02.12.2025, 10:02
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Lorraine Malfoy - 08.12.2025, 08:38
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Bard Beedle - 08.12.2025, 08:41
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Stanley Andrew Borgin - 15.12.2025, 22:20
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Scarlett Mulciber - 10.01.2026, 12:50
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Peregrinus Trelawney - 02.02.2026, 12:59
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Bard Beedle - 17.03.2026, 20:57
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Lorraine Malfoy - 17.03.2026, 20:57

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa