Pokiwał głową i zaraz zaczął żałować, że świat nie wybrał jednak jego wspomnień.
To uczucie wracało jak echo po cudzym wołaniu, ciche, lecz natarczywe, wwiercające się w myśl jedną jedyną nutą: mogłem być bliżej, a nie w dalekiej Grecji. Wina nie miała kształtu ani twarzy, była raczej ciężarem zawieszonym tuż pod mostkiem, czymś, co kurczyło oddech, jakby każdy ruch klatki piersiowej był zbyt śmiały, zbyt żywy. Bycie gdzieś indziej stawało się grzechem samym w sobie, choć tak naprawdę nie wybrało się niczego złego, tylko pozwoliło światu toczyć się swoim biegiem. A jednak to wystarczało, aby w myślach odtwarzać setki niemożliwych wariantów, ścieżek nigdy niepostawionych kroków, słów, które mogłyby, a przecież nie musiały, cokolwiek odmienić.
Wina była więc nieustającym powrotem, zaciętym ruchem myśli, które krążyły po jednym zdaniu: nie było mnie tam, gdzie mnie potrzebowali i dlatego Derwin umarł. To moja wina. I nawet jeśli to nieprawda, serce i tak wierzyło w nią z brutalną konsekwencją.
— Przepraszam, że mnie nie było, Lucy. Przepraszam — głos mu się lekko zawahał. Złapał bratanicę za dłoń i mocno ją uścisnął. W sumie nie wiedział sam, co chciał tym przekazać, oprócz tego, że po raz pierwszy zobaczył Beltane tym, czym było, ujrzał jego tragedię w pełnej krasie i wstrząsnęło to nim do szpiku kości.
Kolejna znajoma twarz, jedna za drugą, pojawiały się we wspomnieniu, wcierając mu w twarz jego nieobecność jeszcze bardziej. Człowiek pozostawał z tym uczuciem jak z cierniem, zbyt głęboko wbitym, by go usunąć, zbyt drobnym, by przestał uwierać.