30.11.2025, 20:06 ✶
Ciekawe, jak Spalona Noc potrafiła zmieniać społeczne zależności. Ot jedno wydarzenie. Co niby mogła znaczyć w dziejach całego kraju jedna noc? Ile to było godzin? Osiem? Dziesięć? Tyle zdarzało się Henrykowi siedzieć w pracy. A jednak ten krótki czas przewrócił Londyn do góry nogami. Bo teraz to dwoje czystokrwistych znajomych nocowało u niego. Ile to miało trwać? Nie miał pojęcia.
Jednak pozytywnie się zaskoczył. O ile Hannibal potrafił być głośny i przytłaczać otoczenie swoją obecnością, to Electra jakoś to łagodziła. Jej uśmiech rzeczywiście zawsze, od lat, udzielał się i Henrykowi. Lubił słuchać jej tembru głosu, a to, że miała na uwadze to, jak się czuł, pomagało. Zdecydowanie. Być może czuł się z nią lepiej dlatego, że byli razem na roku w Hogwarcie? Możliwe też było, że od wizyty doktora Prewetta, obecność Hana potrafiła go irytować (tak jak to się zwykle działo, gdy współlokatorami zostawały osoby o odmiennych temperamentach). Tak jakby Henry'emu został tylko jeden pokój, a reszta mieszkania już przestała do niego należeć.
Siedział właśnie przy stole i czyścił aparat. Sprzęt ten wymagał niestety od właściciela szczególnej dyscypliny. Kliszy zdarzało się zacinać przez osiadający kurz, a lampa błyskowa nie zawsze kontaktowała. Stanowiło to też dla Lockharta czynność odprężającą. Jakąś regularność w galopującym jak klacz po polach życiu.
Słuchał więc rozmowy Hannibala i Electry. Nie potrafił niestety pomóc z szydełkowaniem. Jego babcia uczyła go tego i owego, ale zajawki na to nie załapał nigdy. Mógłby co najwyżej pomóc z gotowaniem... albo majsterkowaniem.
– Nie przeszkadzacie mi. Serio – uśmiechnął się do Ellie, kiedy zapytała go o samopoczucie. – A o targowisku na wodzie też słyszałem. Podobno mają tam stoiska na łodziach. Jest w tym coś czarującego. Nigdy nie wiesz, na co trafisz. Tak jakby o tym, co kupisz, decydowało przeznaczenie.
Jednak pozytywnie się zaskoczył. O ile Hannibal potrafił być głośny i przytłaczać otoczenie swoją obecnością, to Electra jakoś to łagodziła. Jej uśmiech rzeczywiście zawsze, od lat, udzielał się i Henrykowi. Lubił słuchać jej tembru głosu, a to, że miała na uwadze to, jak się czuł, pomagało. Zdecydowanie. Być może czuł się z nią lepiej dlatego, że byli razem na roku w Hogwarcie? Możliwe też było, że od wizyty doktora Prewetta, obecność Hana potrafiła go irytować (tak jak to się zwykle działo, gdy współlokatorami zostawały osoby o odmiennych temperamentach). Tak jakby Henry'emu został tylko jeden pokój, a reszta mieszkania już przestała do niego należeć.
Siedział właśnie przy stole i czyścił aparat. Sprzęt ten wymagał niestety od właściciela szczególnej dyscypliny. Kliszy zdarzało się zacinać przez osiadający kurz, a lampa błyskowa nie zawsze kontaktowała. Stanowiło to też dla Lockharta czynność odprężającą. Jakąś regularność w galopującym jak klacz po polach życiu.
Słuchał więc rozmowy Hannibala i Electry. Nie potrafił niestety pomóc z szydełkowaniem. Jego babcia uczyła go tego i owego, ale zajawki na to nie załapał nigdy. Mógłby co najwyżej pomóc z gotowaniem... albo majsterkowaniem.
– Nie przeszkadzacie mi. Serio – uśmiechnął się do Ellie, kiedy zapytała go o samopoczucie. – A o targowisku na wodzie też słyszałem. Podobno mają tam stoiska na łodziach. Jest w tym coś czarującego. Nigdy nie wiesz, na co trafisz. Tak jakby o tym, co kupisz, decydowało przeznaczenie.