Po tym, co wydarzyło się w piątkową noc, świat nie wyglądał już tak samo… Pomijając oczywistości związane ze zniszczeniami, wiele prac po prostu zostało wstrzymanych, a inne zawody – wręcz przeciwnie, przeżywały nagłe zatrzęsienie. Walijski obóz archeologiczny nie został dotknięty nieszczęściem i była to dla Ginny prawdziwa ulga, bo przynajmniej nie musiała się martwić o tę część (chociaż była uzdrowicielką, i gdy skontaktowali się z nią potrzebujący pomocy koledzy z pracy, to nie potrafiła, ale tez nawet nie chciała, odmówić) – już wystarczało, że zastanawiała się ciągle nad tajemniczym znakiem, który pojawiał się w domu dziadków w różnych miejscach, którego nie widział nikt prócz niej. Problem był też w czym innym: nie przywrócono jeszcze całkowicie sieci Fiuu i TO była dla panny McGonagall prawdziwa tragedia, bo teraz musiała częściej niż zwykle korzystać z teleportacji.
A tej szczerze nienawidziła.
Nauczyła się jej tylko dlatego, żeby w sytuacjach awaryjnych mieć jakąkolwiek możliwość wyjścia, nie sądziła tylko, że będzie musiała korzystać z tego nagle tak często. Była to jej osobista tragedia, bo lot z Walii pod Londyn zajmował stanowczo zbyt dużo czasu, więc ostatecznie musiała się teleportować, jeśli chciała wrócić na noc do dziadków, a po Spalonej Nocy wracała do nich co noc. Skończyła więc pracę na dzisiaj i zrobiła to co zwykle, spakowała swoje najpotrzebniejsze rzeczy do torby, a potem wzięła kilka głębszych oddechów i skoczyła w nicość, która wykręcała jej żołądek do góry nogami, a później zawiązywała w ciasny supeł. Było to tak samo straszne, jak za każdym innym razem. Lecz żadną normą nie było to, żeby miała tak twarde lądowanie jak teraz – gdy trzasnęło, świsnęło, a McGonagall zatoczyła się na jednej nodze, robiąc przy tym piruet, po czym zwaliło ją z nóg prosto na ziemię, wprost we wrzosy.
W oddali zagrzmiało, a ona poczuła, jak żołądek gwałtownie podchodzi jej do gardła. Jak zawsze próbowała powstrzymać mdłości, te jednak były zbyt mocne i zwyczajnie zwymiotowała pod siebie, po czym otarła usta ze stęknięciem.
– Allaena – przeklęła po arabsku i uniosła głowę. Dopiero wtedy dotarło do niej, że wcale nie jest na podwórku przed domem dziadków, tylko gdzieś…
Gdzieś. Nie miała zielonego pojęcia gdzie było to gdzieś, ale niebo robiło się naprawdę ciemne i to nie tylko przez szybko zapadający wieczór, słyszała to grzmienie, słyszała wycie wiatru. I przy tym… słyszała chyba też jakiś łopot.
Spróbowała się podnieść i wtedy poczuła, jak znowu zakręciło jej się w żołądku, jednak nie tak mocno jak jeszcze przed momentem.