26.02.2023, 12:37 ✶
Odetchnęła nie kryjąc ulgi gdy przyznał, że on również dopiero przybył. Wyglądało na to, że wyjątkowo miała zaskakująco dobre wyczucie czasu - gdyby zawsze takie miała, jej życie byłoby znacznie łatwiejsze, a świat piękniejszy. Może pech postanowił na moment dać jej taryfę ulgową?
- Dobrze to słyszeć. - przyznała, a jej twarz na moment rozświetlił uśmiech. Ten niestety dosyć szybko zniknął, ustępując ogólnemu niepokoju. - Dziękuję, nie trzeba było... - dodała, choć dało się wyczytać z jej mimiki, że docenia ten gest. Tym bardziej, że gdy tylko usiadła, ujęła w dłonie filiżankę, ogrzewając tym samym zmarznięta skórę. - Nie ukrywam, że nie mogę doczekać się wiosny. Zima to piękna pora roku, ale tylko na chwilę...
Czy dyskusje o pogodzie były powodem, dla którego go tu ściągnęła? No... raczej nie. Oczywiście, jako ekstrawertyczka czerpała energię z przebywania z ludźmi, a towarzystwo Gio lubiła i ceniła, tak na pewno nie zawracałaby mu głowy takimi drobnostkami; istniała całkiem spora szansa, że gdyby znali się nieco lepiej, sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej.
Miała swoje powody, dla których postanowiła odezwać się właśnie do Urquarta. Przede wszystkim uznawała go za człowieka godnego zaufania, na którym można polegać - choć nie miała możliwości przekonać się o tym na własnej skórze, do dnia dzisiejszego, sugerowała to aura, która go otaczała. Zielona z przebijającym, delikatnym różem - gdyby więcej osób na tym świecie miała choć odrobinę zbliżoną, świat byłby lepszym miejscem. Umiejętność widzenia aur była niezwykle przydatna i jak dotychczas, jeszcze jej nie zawiodła - Danielle udała jej bezgranicznie.
- Nie do końca. - wypaliła w pierwszej chwili. Szybko zreflektowała się i po krótkim odchrząknięciu wyprostowała się. - U mnie tak, dziękuję za troskę. Znaczy... - urwała. Mimo, że ćwiczyła to, w jaki sposób opowiedzieć całą historię, wszystko momentalnie wyleciało jej z głowy.
- Przede wszystkim, strasznie Cię przepraszam, że Cię w to wciągam. Absolutnie nie czuj się zobligowany do podjęcia działań, nie będę miała Ci za złe odmowy, całkowicie to zrozumiem. Nie chcę, byś choć przez moment czuł nawet najmniejsze wyrzuty sumienia. - zaczęła od początku. To musiała powiedzieć jako wstęp, gdyż doskonale zdawała sobie sprawę z powagi sytuacji oraz tego, jakie konsekwencje mieszanie się w nią może za sobą pociągnąć. Rozejrzała się ukradkiem, jednak poza pojedynczymi, nieszkodliwymi spojrzeniami rzucanymi w stronę Gio, nikt zbytnio się nimi nie interesował.
- Potrzebuję twojej pomocy. To znaczy... Moja dobra koleżanka potrzebuje. - przyznała otwarcie. - W Mungu pracuje ze mną uzdrowicielka, przecudowna kobieta, ze świecą takiej szukać. Jest empatyczna, uzdolniona, wszyscy pacjenci na oddziale ją kochają... No, prawie wszyscy. Byłam świadkiem sytuacji, gdy jeden z chorych naskoczył na nią i zarządał zmiany uzdrowiciela tylko dlatego, że Anna jest pochodzenia mugolskiego. Wyobrażasz to sobie? - wyrzuciła z siebie z wyraźnym poruszeniem. Nawet nie próbowała ukryć, że wszelkie objawy dyskryminacji są dla niej oburzające. - Anna oczywiście nie dała sobie wejść na głowę i odmówiła, przez co ten zaczął się jej wygrażać. W pierwszej chwili myślałyśmy, że to takie czcze gadanie, jednak przyznała mi się, że od jakiegoś czasu czuje się obserwowana i ma wrażenie, że ktoś ją śledzi. - urwała, biorąc głębszy wdech. Najwyraźniej wyrzucenie tego z siebie dawało jej ulgę i mimo powagi sytuacji, z każdą chwilą sprawiała wrażenie spokojniejszej.
- Znam Annę i wiem, że nie przesadza. Proponowałam jej by na moment wraz z synem zatrzymali się u mnie, jednak odmówiła, twierdząc że nie może mnie narażać. - jakby samo nazwisko Longbottom i głoszone poglądy nie narażały jej wystarczająco. - Pytałam, dlaczego nie wyjedzie z Wielkiej Brytanii, ale upiera się, że nie ma gdzie i nie może dać się zastraszyć. Gdyby nie miała syna, pewnie byłabym dumna z jej odwagi, ale na Merlina on ma cztery lata. Giovanni... - urwała, przechodząc do meritum sprawy. Wzięła głębszy wdech.
- Na pewno masz większe możliwości i znajomości niż ja. Czy istnieje jakakolwiek możliwość, by pomóc jej w wyjeździe za granicę? Być może gdyby miała świadomość, że wyjeżdża do kogoś i na miejscu będzie miała wsparcie, byłaby skłonna odłożyć odwagę na bok i uciec, nim stanie się najgorsze. Wiem, że proszę o zbyt wiele i pewnie nigdy nie dam rady spłacić tego długu wdzięczności. Jeżeli chodzi o pieniądze, nie grają żadnej roli. Opłacę wszystko z własnej kieszeni. - dodała. Znaczy... Kieszeni Longbottomów - nie rozmawiała jeszcze z resztą rodziny, ale wątpiła, by jej odmówiono. Była gotowa spłacać ten dług. W napięciu obserwowała mężczyznę i jego reakcje na jej monolog.
- Dobrze to słyszeć. - przyznała, a jej twarz na moment rozświetlił uśmiech. Ten niestety dosyć szybko zniknął, ustępując ogólnemu niepokoju. - Dziękuję, nie trzeba było... - dodała, choć dało się wyczytać z jej mimiki, że docenia ten gest. Tym bardziej, że gdy tylko usiadła, ujęła w dłonie filiżankę, ogrzewając tym samym zmarznięta skórę. - Nie ukrywam, że nie mogę doczekać się wiosny. Zima to piękna pora roku, ale tylko na chwilę...
Czy dyskusje o pogodzie były powodem, dla którego go tu ściągnęła? No... raczej nie. Oczywiście, jako ekstrawertyczka czerpała energię z przebywania z ludźmi, a towarzystwo Gio lubiła i ceniła, tak na pewno nie zawracałaby mu głowy takimi drobnostkami; istniała całkiem spora szansa, że gdyby znali się nieco lepiej, sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej.
Miała swoje powody, dla których postanowiła odezwać się właśnie do Urquarta. Przede wszystkim uznawała go za człowieka godnego zaufania, na którym można polegać - choć nie miała możliwości przekonać się o tym na własnej skórze, do dnia dzisiejszego, sugerowała to aura, która go otaczała. Zielona z przebijającym, delikatnym różem - gdyby więcej osób na tym świecie miała choć odrobinę zbliżoną, świat byłby lepszym miejscem. Umiejętność widzenia aur była niezwykle przydatna i jak dotychczas, jeszcze jej nie zawiodła - Danielle udała jej bezgranicznie.
- Nie do końca. - wypaliła w pierwszej chwili. Szybko zreflektowała się i po krótkim odchrząknięciu wyprostowała się. - U mnie tak, dziękuję za troskę. Znaczy... - urwała. Mimo, że ćwiczyła to, w jaki sposób opowiedzieć całą historię, wszystko momentalnie wyleciało jej z głowy.
- Przede wszystkim, strasznie Cię przepraszam, że Cię w to wciągam. Absolutnie nie czuj się zobligowany do podjęcia działań, nie będę miała Ci za złe odmowy, całkowicie to zrozumiem. Nie chcę, byś choć przez moment czuł nawet najmniejsze wyrzuty sumienia. - zaczęła od początku. To musiała powiedzieć jako wstęp, gdyż doskonale zdawała sobie sprawę z powagi sytuacji oraz tego, jakie konsekwencje mieszanie się w nią może za sobą pociągnąć. Rozejrzała się ukradkiem, jednak poza pojedynczymi, nieszkodliwymi spojrzeniami rzucanymi w stronę Gio, nikt zbytnio się nimi nie interesował.
- Potrzebuję twojej pomocy. To znaczy... Moja dobra koleżanka potrzebuje. - przyznała otwarcie. - W Mungu pracuje ze mną uzdrowicielka, przecudowna kobieta, ze świecą takiej szukać. Jest empatyczna, uzdolniona, wszyscy pacjenci na oddziale ją kochają... No, prawie wszyscy. Byłam świadkiem sytuacji, gdy jeden z chorych naskoczył na nią i zarządał zmiany uzdrowiciela tylko dlatego, że Anna jest pochodzenia mugolskiego. Wyobrażasz to sobie? - wyrzuciła z siebie z wyraźnym poruszeniem. Nawet nie próbowała ukryć, że wszelkie objawy dyskryminacji są dla niej oburzające. - Anna oczywiście nie dała sobie wejść na głowę i odmówiła, przez co ten zaczął się jej wygrażać. W pierwszej chwili myślałyśmy, że to takie czcze gadanie, jednak przyznała mi się, że od jakiegoś czasu czuje się obserwowana i ma wrażenie, że ktoś ją śledzi. - urwała, biorąc głębszy wdech. Najwyraźniej wyrzucenie tego z siebie dawało jej ulgę i mimo powagi sytuacji, z każdą chwilą sprawiała wrażenie spokojniejszej.
- Znam Annę i wiem, że nie przesadza. Proponowałam jej by na moment wraz z synem zatrzymali się u mnie, jednak odmówiła, twierdząc że nie może mnie narażać. - jakby samo nazwisko Longbottom i głoszone poglądy nie narażały jej wystarczająco. - Pytałam, dlaczego nie wyjedzie z Wielkiej Brytanii, ale upiera się, że nie ma gdzie i nie może dać się zastraszyć. Gdyby nie miała syna, pewnie byłabym dumna z jej odwagi, ale na Merlina on ma cztery lata. Giovanni... - urwała, przechodząc do meritum sprawy. Wzięła głębszy wdech.
- Na pewno masz większe możliwości i znajomości niż ja. Czy istnieje jakakolwiek możliwość, by pomóc jej w wyjeździe za granicę? Być może gdyby miała świadomość, że wyjeżdża do kogoś i na miejscu będzie miała wsparcie, byłaby skłonna odłożyć odwagę na bok i uciec, nim stanie się najgorsze. Wiem, że proszę o zbyt wiele i pewnie nigdy nie dam rady spłacić tego długu wdzięczności. Jeżeli chodzi o pieniądze, nie grają żadnej roli. Opłacę wszystko z własnej kieszeni. - dodała. Znaczy... Kieszeni Longbottomów - nie rozmawiała jeszcze z resztą rodziny, ale wątpiła, by jej odmówiono. Była gotowa spłacać ten dług. W napięciu obserwowała mężczyznę i jego reakcje na jej monolog.