26.02.2023, 18:42 ✶
- A, że w tym sensie – zreflektowała się, łącząc kropki. I przewróciła oczyma, chociaż Cathal akurat mógł tego nie zauważyć – nie obróciła twarzy w jego stronę – Hej, takie też się mieszczą w katalogu naleśnika i jeża, dokładnie o czymś takim mówię – zaznaczyła, po czym parsknęła cichym, krótkim chichotem.
Tak, biedny Cal, mieszkanie w jednym pokoju razem z Letą mogłoby być na dłuższą metę dość problematyczne dla biedaka. Zwłaszcza że kobiecie było bliżej do chaosu niż do ładu i o ile faktycznie potrafiła się skupiać na swojej pracy i być przez to najzwyczajniej w świecie cichą, niemniej stan otoczenia wtedy potrafił zostawić wiele do życzenia.
- Tak, no i co z tego? – rzuciła z pewnym roztargnieniem. Zwłaszcza że miała te cholerne inskrypcje prawie na wyciągnięcie ręki, ba, w zasadzie już podnosiła dłoń, żeby wskazać Calowi, co dokładnie chce obejrzeć. No i naprawdę niezbyt widziała związek między Latającą Śmiercią a tym, że większość – bo chociażby taki Jamil się w to nie wpisywał – miała ten zaszczyt przynależeć do domu Slytherina. Nie każdy Ślizgon pędził, żeby pozbyć się paru mugolaków z tego świata, ba, nawet była w stanie wskazać Ślizgonów, którzy mieli to przeserdecznie w dupie.
Choćby dlatego, że nos wsadzali głównie w swoje wykopaliska, będące głównym priorytetem. Cała reszta…? W zasadzie chrzanić, byleby tylko im nie przeszkadzano w wykopkach. Tylko tyle i aż tyle.
Jej własne Lumos zgasło, tak samo jak i to Nell. Komnatę spowiły ciemności, co wcale nie polepszało sprawy. Błysk – Jamilowi udało się przywołać trochę światła, akurat na tyle długo, żeby zdążyć potraktować kolejnego skorpiona zaklęciem. Tyle że to nie rozwiązywało bynajmniej problemu, nawet ten podpalony skorpionik.
I bynajmniej nie zmniejszało żądzy mordu, jaką dyszała pod adresem Jamila – niemniej pogróżki pogróżkami, ich realizacja była zgoła odmienną sprawą. Choćby z tego względu, że zastąpienie jednego specjalisty drugim nie należało do szczególnie prostych zadań – tak więc, na dłuższą metę, mężczyzna faktycznie nie musiał się obawiać, że nagle spadnie na niego jakaś mordercza – bądź tylko upierdliwa – klątwa. Jak to w grupach bywało – konflikty powstawały i się rozpadały; przynajmniej dopóki wszyscy mieli na względzie główny cel, zamiast wzajemne podjazdy.
- Czekaj ty... – sapnęła, choć trudno powiedzieć, czy było to pod adresem Jamila czy któregoś skorpiona. Koniec różdżki Lety rozbłysł, a ona sama…
… krzyknęła. Tak po prostu. Głośno, przeraźliwie. Zatkała sobie sama usta dłonią, jakby wystraszona swoim własnym krzykiem, tyle że…
… raczej miała powód. Jakimś cudem zamarła w bezruchu, choć najchętniej odstawiłaby tu jakiś przedziwny, pokraczny taniec, byleby tylko…
… pozbyć się skorpiona z głowy. Tak. Miała tego pecha, że nie wszystkie zdążyły już zlecieć na dół. Uchował się jeszcze jakiś i najwyraźniej uznał, że nastroszona czupryna Crouch jest idealnym lądowiskiem.
Przerażone spojrzenie kobiety odruchowo podążyło w stronę Cala.
Różdżka upadła na podłogę.
Tak, biedny Cal, mieszkanie w jednym pokoju razem z Letą mogłoby być na dłuższą metę dość problematyczne dla biedaka. Zwłaszcza że kobiecie było bliżej do chaosu niż do ładu i o ile faktycznie potrafiła się skupiać na swojej pracy i być przez to najzwyczajniej w świecie cichą, niemniej stan otoczenia wtedy potrafił zostawić wiele do życzenia.
- Tak, no i co z tego? – rzuciła z pewnym roztargnieniem. Zwłaszcza że miała te cholerne inskrypcje prawie na wyciągnięcie ręki, ba, w zasadzie już podnosiła dłoń, żeby wskazać Calowi, co dokładnie chce obejrzeć. No i naprawdę niezbyt widziała związek między Latającą Śmiercią a tym, że większość – bo chociażby taki Jamil się w to nie wpisywał – miała ten zaszczyt przynależeć do domu Slytherina. Nie każdy Ślizgon pędził, żeby pozbyć się paru mugolaków z tego świata, ba, nawet była w stanie wskazać Ślizgonów, którzy mieli to przeserdecznie w dupie.
Choćby dlatego, że nos wsadzali głównie w swoje wykopaliska, będące głównym priorytetem. Cała reszta…? W zasadzie chrzanić, byleby tylko im nie przeszkadzano w wykopkach. Tylko tyle i aż tyle.
Jej własne Lumos zgasło, tak samo jak i to Nell. Komnatę spowiły ciemności, co wcale nie polepszało sprawy. Błysk – Jamilowi udało się przywołać trochę światła, akurat na tyle długo, żeby zdążyć potraktować kolejnego skorpiona zaklęciem. Tyle że to nie rozwiązywało bynajmniej problemu, nawet ten podpalony skorpionik.
I bynajmniej nie zmniejszało żądzy mordu, jaką dyszała pod adresem Jamila – niemniej pogróżki pogróżkami, ich realizacja była zgoła odmienną sprawą. Choćby z tego względu, że zastąpienie jednego specjalisty drugim nie należało do szczególnie prostych zadań – tak więc, na dłuższą metę, mężczyzna faktycznie nie musiał się obawiać, że nagle spadnie na niego jakaś mordercza – bądź tylko upierdliwa – klątwa. Jak to w grupach bywało – konflikty powstawały i się rozpadały; przynajmniej dopóki wszyscy mieli na względzie główny cel, zamiast wzajemne podjazdy.
- Czekaj ty... – sapnęła, choć trudno powiedzieć, czy było to pod adresem Jamila czy któregoś skorpiona. Koniec różdżki Lety rozbłysł, a ona sama…
… krzyknęła. Tak po prostu. Głośno, przeraźliwie. Zatkała sobie sama usta dłonią, jakby wystraszona swoim własnym krzykiem, tyle że…
… raczej miała powód. Jakimś cudem zamarła w bezruchu, choć najchętniej odstawiłaby tu jakiś przedziwny, pokraczny taniec, byleby tylko…
… pozbyć się skorpiona z głowy. Tak. Miała tego pecha, że nie wszystkie zdążyły już zlecieć na dół. Uchował się jeszcze jakiś i najwyraźniej uznał, że nastroszona czupryna Crouch jest idealnym lądowiskiem.
Przerażone spojrzenie kobiety odruchowo podążyło w stronę Cala.
Różdżka upadła na podłogę.
450/1371