01.12.2025, 21:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.12.2025, 21:34 przez Cynthia Flint.)
Z Anthonym na Parkiecie
Taniec był jednocześnie rozmową, a i przekroczeniem pewnej granicy intymności, co zawsze ją zastanawiało. Fascynowało. Wszystkie ruchy na pierwszy rzut oka wyuczone do perfekcji, wizja kolejnych kroków samodzielnie pojawiała się przed oczami przy kolejnych dźwiękach muzyki, a jednak za każdym razem do tego spektaklu można było przenieść coś nowego. Słowo, obietnicę, pokusę. Chociaż omiotła wzrokiem sale w poszukiwaniu Louvaina, który zniknął gdzieś w tłumie, chwilę później skupiła uwagę na swoim niespodziewanym towarzyszu, obdarzając go krótkim i grzecznym uśmiechem na przywitanie. Jej jasne oczy przemknęły po twarzy Anthonyego, ale trudno było znaleźć w tym coś głębiej, niż typową uprzejmość i dozę ludzkiej ciekawości, przynajmniej na pierwszy rzut. A prawda była taka, że w głowie Cynthii kręciły się już trybiki, próbujące przypomnieć jej o tym, co wiedziała lub słyszała na jego temat.
Anthony Shafiq był przystojnym i popularnym czarodziejem, więc plotek było wiele. Tylko w których tkwiło ziarno prawdy? Niewątpliwie był obeznany towarzysko, ich ruchy były dograne, jakby wcześniej już mieli ze sobą w tańcu styczność, ale wszystko to było sztuką kamuflażu i tym, że większość rodzin z popularnym w ich świecie nazwiskiem przygotowywała swoje latorośle w ten sam sposób.
- Chwilowa odskocznia pozwala nabrać odrobinę nowej perspektywy. Jestem pewna, że zebranym tutaj zrobi to doskonale. - przyznała z delikatnym skinięciem głowy, przez co jasne pasmo włosów połaskotało jej odkrytą szyję i ramiona. Prowadził pewnie, cały walc szedł zaskakująco lekko i każdy, kto przyglądałby się grupie tańczących ludzi, uznałby, że wcześniejsze tragedie były tylko złym snem. Każdy się uśmiechał, rozmawiał, pił, jakby naprawdę szarą i pokrytą popiołem rzeczywistość zostawił za drzwiami teatru. Jej wzrok raz jeszcze przesunął po zebranych dookoła, jak i parach w centrum sali, dostrzegła nawet Atreusa z Brenną – Merlin jej świadkiem, wyglądała, jakby doskonale się bawiła i nawet ona na chwilę zapomniała o tym, co z pewnością ją trapiła. Nie mogła jednak długo się nad tym zastanawiać, gdyż głos towarzyszącego jej mężczyzny sprawił, że skupiła się na jego słowach, nie chcąc stracić ich wśród rozbrzmiewających dookoła dźwięków i stukotu obcasów.
- Muszę się zgodzić, mnie też loteria wydaje się odświeżająca. - zaczęła po chwili milczenia, przyglądając mu się znów nieco dłużej, niż powinna, zaskoczona tym, skąd taki wniosek wyciągnął. Nie miałaby żadnego powodu, aby mu odmówić, wszak się nie znali i Shafiq nie był zupą, którą można było lubić lub nie lubić ot tak. Niewątpliwie miał swoje za uszami, ale kto w tej sali nie miał w obecnych czasach? Mniejsze lub większe grzechy zostawiały piętno. - Zapewniam Pana, że bym nie odmówiła. Nie miałabym powodu, a dodatkowo, bardzo lubię tańczyć. Niestety, nie mogłam się tam znaleźć, to prawda. Słyszałam, że wesele było udane? - zakończyła pytaniem, bo zaraz po uroczystościach, cały Londyn zdawał się o tym mówić. Przymknęła na chwilę oczy podczas obrotu, powstrzymując delikatny uśmiech, który usiłował wedrzeć się na jej usta, bo widocznie jedno ze wspomnień zatańczyło jej przed oczami w formie obrazu. Kiedyś takie bale odbywały się znacznie częściej.
-Muszę Pana rozczarować. Jesteśmy obserwowani, a każdy tu ocenia. Tylko lepiej się maskują. - wyznała ciszej, jakby konspiracyjnym szeptem, zaraz się uśmiechając, znów uprzejmie i tak, aby wszystko było jasne i przejrzyste. Takie miejsca obfitowały w opowieści, jutro pracownica recepcji w ich departamencie na pewno wspomni o jakieś parze, która zniknęła w jednym z teatralnych korytarzy, nawet jeśli nie będzie to prawda. Takie było już życie. Ludzie łapali się tych fascynujących historii, chcąc, chociaż na chwilę być kimś innym. Materiał sukienki wciąż kołysał się delikatnie, ale zupełnie jej nie przeszkadzał, pomimo długości. Ułożyła swoją dłoń we właściwym miejscu i wyprostowała głowę, obdarzając go spojrzeniem.
Trudno było jej znaleźć źródło myśli, która uderzała jej do głowy – że tańczący z nią mężczyzna miał wiele tajemnic i mógł być jednocześnie cennym towarzyszem, jak i trudnym, rzucającym kłody pod nogi przeciwnikiem. - Wiewiórki.
Rzuciła jeszcze cicho, idealnie przed tym, gdy muzyka zaczęła cichnąć.
Taniec był jednocześnie rozmową, a i przekroczeniem pewnej granicy intymności, co zawsze ją zastanawiało. Fascynowało. Wszystkie ruchy na pierwszy rzut oka wyuczone do perfekcji, wizja kolejnych kroków samodzielnie pojawiała się przed oczami przy kolejnych dźwiękach muzyki, a jednak za każdym razem do tego spektaklu można było przenieść coś nowego. Słowo, obietnicę, pokusę. Chociaż omiotła wzrokiem sale w poszukiwaniu Louvaina, który zniknął gdzieś w tłumie, chwilę później skupiła uwagę na swoim niespodziewanym towarzyszu, obdarzając go krótkim i grzecznym uśmiechem na przywitanie. Jej jasne oczy przemknęły po twarzy Anthonyego, ale trudno było znaleźć w tym coś głębiej, niż typową uprzejmość i dozę ludzkiej ciekawości, przynajmniej na pierwszy rzut. A prawda była taka, że w głowie Cynthii kręciły się już trybiki, próbujące przypomnieć jej o tym, co wiedziała lub słyszała na jego temat.
Anthony Shafiq był przystojnym i popularnym czarodziejem, więc plotek było wiele. Tylko w których tkwiło ziarno prawdy? Niewątpliwie był obeznany towarzysko, ich ruchy były dograne, jakby wcześniej już mieli ze sobą w tańcu styczność, ale wszystko to było sztuką kamuflażu i tym, że większość rodzin z popularnym w ich świecie nazwiskiem przygotowywała swoje latorośle w ten sam sposób.
- Chwilowa odskocznia pozwala nabrać odrobinę nowej perspektywy. Jestem pewna, że zebranym tutaj zrobi to doskonale. - przyznała z delikatnym skinięciem głowy, przez co jasne pasmo włosów połaskotało jej odkrytą szyję i ramiona. Prowadził pewnie, cały walc szedł zaskakująco lekko i każdy, kto przyglądałby się grupie tańczących ludzi, uznałby, że wcześniejsze tragedie były tylko złym snem. Każdy się uśmiechał, rozmawiał, pił, jakby naprawdę szarą i pokrytą popiołem rzeczywistość zostawił za drzwiami teatru. Jej wzrok raz jeszcze przesunął po zebranych dookoła, jak i parach w centrum sali, dostrzegła nawet Atreusa z Brenną – Merlin jej świadkiem, wyglądała, jakby doskonale się bawiła i nawet ona na chwilę zapomniała o tym, co z pewnością ją trapiła. Nie mogła jednak długo się nad tym zastanawiać, gdyż głos towarzyszącego jej mężczyzny sprawił, że skupiła się na jego słowach, nie chcąc stracić ich wśród rozbrzmiewających dookoła dźwięków i stukotu obcasów.
- Muszę się zgodzić, mnie też loteria wydaje się odświeżająca. - zaczęła po chwili milczenia, przyglądając mu się znów nieco dłużej, niż powinna, zaskoczona tym, skąd taki wniosek wyciągnął. Nie miałaby żadnego powodu, aby mu odmówić, wszak się nie znali i Shafiq nie był zupą, którą można było lubić lub nie lubić ot tak. Niewątpliwie miał swoje za uszami, ale kto w tej sali nie miał w obecnych czasach? Mniejsze lub większe grzechy zostawiały piętno. - Zapewniam Pana, że bym nie odmówiła. Nie miałabym powodu, a dodatkowo, bardzo lubię tańczyć. Niestety, nie mogłam się tam znaleźć, to prawda. Słyszałam, że wesele było udane? - zakończyła pytaniem, bo zaraz po uroczystościach, cały Londyn zdawał się o tym mówić. Przymknęła na chwilę oczy podczas obrotu, powstrzymując delikatny uśmiech, który usiłował wedrzeć się na jej usta, bo widocznie jedno ze wspomnień zatańczyło jej przed oczami w formie obrazu. Kiedyś takie bale odbywały się znacznie częściej.
-Muszę Pana rozczarować. Jesteśmy obserwowani, a każdy tu ocenia. Tylko lepiej się maskują. - wyznała ciszej, jakby konspiracyjnym szeptem, zaraz się uśmiechając, znów uprzejmie i tak, aby wszystko było jasne i przejrzyste. Takie miejsca obfitowały w opowieści, jutro pracownica recepcji w ich departamencie na pewno wspomni o jakieś parze, która zniknęła w jednym z teatralnych korytarzy, nawet jeśli nie będzie to prawda. Takie było już życie. Ludzie łapali się tych fascynujących historii, chcąc, chociaż na chwilę być kimś innym. Materiał sukienki wciąż kołysał się delikatnie, ale zupełnie jej nie przeszkadzał, pomimo długości. Ułożyła swoją dłoń we właściwym miejscu i wyprostowała głowę, obdarzając go spojrzeniem.
Trudno było jej znaleźć źródło myśli, która uderzała jej do głowy – że tańczący z nią mężczyzna miał wiele tajemnic i mógł być jednocześnie cennym towarzyszem, jak i trudnym, rzucającym kłody pod nogi przeciwnikiem. - Wiewiórki.
Rzuciła jeszcze cicho, idealnie przed tym, gdy muzyka zaczęła cichnąć.